Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Polska ziemia obiecana

Polska ziemia obiecana

Jako zawodnik był 5 razy mistrzem i 5 razy zdobył Puchar Holandii, trzykrotnie grał w Final Four Ligi Mistrzów. Jako trener 3 razy zdobył mistrzostwo i Puchar Francji. Arie Cornelis "Harry” Brokking opowiada o swojej recepcie na sukces i przyszłości polskiej siatkówki.

Prowadzi pan Wkręt-Met Częstochowa od pół roku. Pana siatkarze grają wreszcie tak, jak pan tego od nich oczekuje?

Oczywiście, że nie. Nadal możemy poprawić sporo rzeczy. Ale są już mecze, w których gramy tak, jak trzeba to robić, by wygrywać z najlepszymi. Dobrze zagrywamy – niekoniecznie mocno, ale taktycznie – robimy mało własnych błędów, dobrze wygląda współpraca bloku z obroną.



Dokładnie na te same elementy zwracał uwagę od początku swojej pracy z reprezentacją Raul Lozano.

Bo one są najważniejsze, a Lozano jest świetnym fachowcem. Polaków nie powinno to dziwić, bo tak się pracuje. Macie u siebie sporo dobrych trenerów, którzy na pewno o tym wiedzą. A tych, którzy nie wiedzą zapraszam do siebie na treningi. Żadnych nie zamykam, a po zajęciach chętnie służę radą. Przecież także po to sprowadza się trenera z zagranicy, by coś wniósł nowego.

Pana zawodnicy mówią, że trening jest dla pana ważniejszy niż sam mecz, a zajęcia są najcięższe jakie mieli.

Trening jest bardzo ważny. Mecz to święto, nim zawodnik powinien się bawić i cieszyć, bo jest nagrodą za wysiłek na zajęciach. Ja wiem co jest dobre dla moich zawodników, co muszą zrobić, by być lepsi. Co? Pracować jak nikt w lidze. Jak się komuś nie podoba, może rozwiązać swój kontrakt. Ale na razie wszyscy zostali. Włosi mniej pracują w ostatnich latach, zrezygnowali z porannych treningów i jakie są skutki? Kłopoty ma kadra, zaczynają mieć je kluby. Są coraz słabsi. Moja filozofia, to ciężka pracy i mecz, w którym siatkarze będą robili to, co im powiem. Gdy się nie uda, winę biorę na siebie. Najważniejsze, żeby być dobrym w najważniejszym momencie. Można przegrać z silniejszym – taki jest sport. Jeśli z takim do pokonania – za mało trenujesz, albo za dużo piwa wypijasz.

No właśnie, Raul Lozano zakupił alkomat na potrzeby reprezentacji, a półtora roku temu zawiesił trzech zawodników w Olsztynie. Jednym z nich był Andrzej Stelmach, z którym pan teraz pracuje. Ma pan kłopot z alkoholem w drużynie?

Żadnego. A pijanego Andrzeja sobie nie wyobrażam. O alkomacie w kadrze dowiedziałem się od pana. Był kiedyś użyty? Nigdy? Tak myślałem. Był więc tylko formą straszaka. Ja uważam, że trzy piwa po meczu nikomu nie zaszkodzą. Co innego siedem, albo dziesięć. Ale w Częstochowie to się nie zdarzyło i nie zdarzy. U nas jest tak, że zawodnicy przychodzą po meczu i pytają, czy mogą wypić piwo. I ja się zgadzam. Co innego podczas turnieju. Zawodnik nie ma prawa nic pić w czasie zawodów i przed ważnym meczem.

Słyszałem, że zawodnicy mówią o panu „tyran”.

Lubię dyscyplinę, ale nie wiem, czy „tyran” to dobre słowo. Ja zawsze proszę zawodników, by zawsze dawali z siebie wszystko. Może ich wrażenie wynika z tego, że nie znam polskiego języka. Mówię po angielsku, francusku i niemiecku. A oni przeciętnie po angielsku. Dlatego komendy wydaję krótko: skocz, dograj, zaatakuj. Mogą brzmieć twardo, jak w wojsku. Muszę być twardy, by dobrze przygotować zespół na trudny finisz sezonu. Jak zawodnicy będą dobrze czuć się fizycznie, będą też lepsi mentalnie. Proste.

I nikt z panem nie dyskutuje? Nawet lubiący porozmawiać Robert Szczerbaniuk, z którym miał pan drobny zatarg?

To nie był konflikt, po prostu, zawsze ktoś musi być poza dwunastką. A ze mną Szczerbaniuk nie dyskutuje, bo nie znam polskiego. Mam tylko nadzieję, że on rozumie, co tłumaczę mu po angielsku. To oczywiście żarty. Mówiąc serio, nie jest ważne, co mówią ludzie. Ja wierzę tylko w to, co widzę w sali treningowej. Szczerbaniuk nie jest może łatwym człowiekiem, ale bardzo dobry zawodnik. Musiałem się z nim dogadać, by wspólnie odnieść sukces. Jest ważny dla zespołu. Nie będę z nim walczył, bo jest mi potrzebny, by grać o mistrzostwo.

O mistrzostwo? Nawet po zwycięstwie w Olsztynie Wkręt-Met uważany jest za najsłabszy zespół z wielkiej czwórki.

Powiedzmy sobie szczerze, w Częstochowie nie grają najlepsi zawodnicy. Właściwie na żadnej pozycji nie mamy numeru jeden w lidze. Ale możemy mieć najlepszy zespół. Siedmiu dobrych, zgranych, rozumiejących się zawodników może być jako drużyna lepszych od siedmiu wybitnych indywidualności. To chcemy osiągnąć. Najważniejszy będzie play-off. Nie można cały czas być w bardzo wysokiej formie, to niemożliwe. Ona musi przyjść w najważniejszym momencie. Moim celem jest medal. W zeszłym sezonie Wkręt-Met był na czwartym miejscu. Teraz każdy mówi o medalu, to dlaczego nie mieć ochoty na złoty medal?

Bo to stwarza presję.

Mam zawodników, którzy potrafią sobie z nią radzić. Przychodząc do tego klubu musieli zdawać sobie sprawę, że będzie presja. Ja też się jej nie boję. Największą wywieram sam na siebie, większą niż sponsorzy, czy kibice. Za dobrą mam reputację w Europie, zbyt znane nazwisko, by psuć je słabszym wynikiem w Polsce. Gdy zaproponowano mi pracę w Częstochowie i pokazano listę zawodników, uznałem, że z nimi osiągnę sukces. Dlatego podpisałem kontrakt.

Nie żałuje pan?

Oczywiście że nie. Polska to taka siatkarska ziemia obiecana. Jest tu wszystko, czego potrzeba. Kibice, hale, sponsorzy, zawodnicy, pasja. Moim zdaniem liga polska może być za trzy – cztery lata lepsza od włoskiej. Na razie jest słabsza tylko dlatego, że tam jest 10 świetnych zespołów, a tu tylko cztery. Ale to się zmieni.

Nie polecałby pan młodym zawodnikom wyjazdu do Włoch, jak robi to Lozano?

Mając 22 – 23 lata nie ma sensu wyjeżdżać. Tu jest lepiej. Mając 26 i pozycję, która zapewni grę od razu w pierwszym składzie, można jechać. W Italii zawsze trzeba być dobrym, bo za to tam płacą. Jak się ma humory, to się wylatuje. A w Polsce, gdy jesteś gwiazdą, możesz zagrać słabiej. Wtedy cię uspokoją, usprawiedliwią…

Pana rodak Leo Beenhakker robi furorę jako selekcjoner reprezentacji futbolowej. Jego piłkarze traktują jak przyjaciela, chodzą do niego z problemami…

A ja jestem tyranem, tak? Nie przesadzajmy. Ale faktem jest, że ja wolę trzymać dystans z zawodnikami. A Beenhakkera chciałbym wreszcie poznać. Zaproszę go na mecz Wkręt–Metu, bo jemu będzie chyba łatwiej znaleźć wolną chwilę niż mnie. Leo w Holandii jest bardzo popularny i lubiany. Dobrze żyje z mediami, bo jest otwarty i ma coś do powiedzenia. Ma autorytet nawet u wielkich gwiazd. Umie przekonać każdego do siebie, by osiągnąć postęp. I dotrzymuje słowa.

Chyba lubi pan futbol?

W Holandii bywam na Amsterdam Arena tak często, jak mogę. Jestem kibicem Ajaksu, od czasów, gdy grał najlepszy futbol w Europie. Chciałbym, by Wkręt-Met prezentował się, jak ten mój dawny Ajax – grał pięknie dla oka i skutecznie. Wiele kombinacji, dużo obron, mniej siły, ale więcej kreatywności. By prezentował bardziej brazylijski styl niż rosyjski siłowy. On bardziej się sprawdza w dzisiejszych czasach. I mnie bardziej odpowiada, bo przecież w siatkówkę gramy, bo to lubimy i chcemy porwać kibiców.

A jaki styl zaprezentowała Polska w pierwszych meczach pod wodzą Beenhakkera?

Po meczu z Finlandią moją jedyną pociechą było to, że zawsze byłem wielkim fanem Litmannena, który zagrał świetnie. Ale Beenhakkera było mi żal, bo każdy kibic w Polsce chciał go rozszarpać.

Jak pan się czuje w Polsce i Częstochowie?

Dla zawodowego siatkarza lub trenera, to świetne miejsce do mieszkania. Dla mnie kontrast jest spory, bo mieszkam pod Amsterdamem, znanym np. z dzielnicy czerwonych latarń. Teraz trafiłem do miasta kultu religijnego… Jasną Górę chciałem zobaczyć od razu. Robi wrażenie. Opowiadał mi o niej już Arie Sellinger, z którym przez kilka lat pracowałem. Mówił mi co warto zobaczyć. Opowiadał też o Auschwitz i swojej trudnej historii.

Mówiono, że może zostać trenerem reprezentacji Polski siatkarek.

Nie było to chyba realne. On ma prawie 70 lat, wygodne życie w Japonii. Chce teraz wypocząć, zażyć słońca, luzu.

A pan, nie mając pracy, złożyłby podanie na konkurs na selekcjonera?

Kiedyś pracowałem z kobietami. To zupełnie inna sprawa niż prowadzenie mężczyzn. Oni ćwiczą głównie dla siebie, a dziewczyny – bardziej dla trenera. Gdy tracą do niego zaufanie, to natychmiast widać. Poza tym kobieta, mając kłopot z trenerem, nie pójdzie z tym do niego, ale pogada z koleżankami. Jak okaże się, że kilka ma podobne zdanie, wszystko eksploduje, zespół się dzieli na grupy i jest klapa. Facet inaczej, przyjdzie do szkoleniowca, ostro sobie pogadają i albo się porozumieją, albo jeden wyleci z klubu. Z dziewczynami możesz trenować nawet ciężej niż z mężczyznami. Więcej wytrzymają, jeśli ufają swojemu trenerowi. To będzie ciekawe wyzwanie, wprowadzić Polki znów na szczyt.

Asystentowi Niemczyka nie mogło się to udać?

Asystent jest od tego, by być pomiędzy zespołem, a trenerem. Dziewczyny patrzą na asystenta, jak na swojego kolegę. Nawet ktoś o silnych cechach przywódczych ma problem po awansie, by je przekonać, że stał się kimś więcej. One mówią, że się zmienił na gorsze. Moim zdaniem, asystent musi odczekać parę lat i wrócić dopiero do innej grupy, do innego pokolenia.

Wynik polskich siatkarek w Japonii zaskoczył pana?

Nie. W Polsce zaskoczyły mnie tylko strasznie dziurawe drogi, mało autostrad i to, że nawet na nich są skrzyżowania ze światłami. No i piękne krajobrazy, oczywiście. W Holandii takich nie ma. Tak jak nie ma, tak dobrej siatkówki jak u was.

Z trenerem Brokkingiem rozmawiał Żelisław Żyżyński – Dziennik

źródło: Dziennik

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
PlusLiga

Więcej artykułów z dnia :
2007-01-22

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved