Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > europejskie puchary > Castellani: Zespół, który wszystko wygrał, już nie istnieje

Castellani: Zespół, który wszystko wygrał, już nie istnieje

- Czuję się w Polsce tak, jak w latach osiemdziesiątych we Włoszech. Wszyscy najlepsi zawodnicy i trenerzy chcieli tam grać i pracować. Tak samo jest w waszym kraju - mówi argentyński szkoleniowiec mistrzów Polski, BOT Skry Bełchatów, Daniel Castellani.

Jako trenerowi zawsze podobało mi się szukanie nowych wyzwań, kreowanie czegoś, budowanie. W Argentynie razem z prezesem klubu Bolivar praktycznie od zera stworzyliśmy nowy zespół, który nie miał tradycji. Wracając do Polski, to pod względem sportowym czuję się w niej jak w latach 80. we Włoszech. Wszyscy najlepsi zawodnicy i trenerzy chcieli tam grać i pracować. Tak samo jest w waszym kraju. To jest rewolucja: na mecze przychodzi duża publiczność, pojawiają się coraz bogatsi sponsorzy. Kluby sprowadzają z zagranicy coraz lepszych zawodników, a także szkoleniowców. Wokół siatkówki bardzo dużo się dzieje – mówi Daniel Castellani.

A kiedy Polska dorówna lidze włoskiej pod względem sportowym i organizacyjnym?



Trochę czasu potrzeba. Podam przykład zawodnika, który popełnia błędy techniczne i taktyczne, ale rozumie, że od razu nie da się wszystkich poprawić. Tak właśnie jest z polską siatkówką.

Mówi Pan o dużej różnicy dzielącej polską i włoską siatkówkę, a w ubiegłym tygodniu Skra pokonała mistrza Włoch – Lube Banca Macerata.

– (śmiech) No tak. Ale nie chodziło mi o poziom techniczny, ale o struktury organizacyjne klubów. Pod tym względem jesteśmy jeszcze trochę za Włochami. Na pewno nie dzieli nas 25 lat, ale w latach 80. we Włoszech zaczął się boom na siatkówkę, taki, jak teraz jest w Polsce. Liga włoska w siatkówce jest jak NBA.

Jak na tle Włochów wygląda Skra?

Jest bardzo profesjonalnie zorganizowana, ma solidne podstawy finansowe. I nie mówię tego dlatego, że siedzi z nami wiceprezes [Konrad Piechocki – red.].

A gdyby miał Pan porównać Polskę i Argentynę?

W Polsce jest więcej zdolnej młodzieży, mocniejsze są kluby i większe jest zainteresowanie siatkówką. W Argentynie lepsze jest to, że liga jest bardziej niezależna od federacji. We Francji, Brazylii czy Włoszech liga coraz bardziej oddala się od związku. Dzięki temu ma większe wpływy z transmisji telewizyjnych czy od sponsorów.

Skoro w Polsce są lepsi siatkarze czy lepsze klubu, to dlaczego zatrudnia się argentyńskich szkoleniowców?

W Argentynie od dawna jest duża kultura trenerska. Przywiązuje się do tego bardzo dużą wagę. Razem z Silvano Sprandim, teraz trenerem włoskiego Cuneo, oglądaliśmy kiedyś mecze drużyn z Rosji. Od razu widać było, że zawodnicy wyszli ze szkoły rosyjskiej. Ja myślałem, że nie ma szkoły argentyńskiej. Ale Sprandi stwierdził, że jest. Charakteryzuje się ona agresywnością, wielkimi chęciami do walki i zaangażowaniem. Dlatego, że w lidze nie gra tak dużo zawodników jak w innych krajach, to muszą się starać więcej, żeby osiągnąć wysoki poziom. Tak samo jest z trenerami. Nie mamy takich możliwości rozwoju jak w Europie, ale staramy się nadrobić to zaangażowaniem. Trzeba też pamiętać, że w ostatnich 15 latach reprezentacja Argentyny nigdy nie spadła poniżej ósmego miejsca w mistrzostwach świata, a na igrzyskach olimpijskich w Sydney była czwarta, zaś w Atenach zakończyła grę na pozycjach 5-6. U nas jest więcej pasji niż organizacji.

W Argentynie mieszka podobna liczba ludzi co w Polsce, ale sport jest na wyższym poziomie. Argentyńczycy są wspaniałymi piłkarzami, tenisistami, koszykarzami…

Zgadzam się z tym. Wie Pan, czym różni się dobry sportowiec od wielkiego? Sercem. Jest wielu zdolnych zawodników, którzy mają stworzone doskonałe warunki do rozwoju, ale nie dochodzą do wielkich wyników. Różnica tkwi w chęciach do pracy i przekraczania granic, które wydają się nie do przejścia. Tacy właśnie są argentyńscy sportowcy. Wystarczy popatrzeć na Nalbandiana [czołowy tenisista na świecie- red.], Ginobiliego [gwiazda NBA- red.] czy wielkich piłkarzy. W piłce nożnej Brazylijczycy są bardziej utalentowani, ale Argentyńczycy nadrabiają ten dystans pasją i zaangażowaniem. W moim kraju nikt nie odmówi występu w reprezentacji. Mało tego, przyjeżdżają i grają za darmo, właśnie po to, by przekraczać te granice. Ja spotkałem się z sytuacją, że siatkarze sami płacili za przyjazd na zgrupowania reprezentacji. Gdy prowadziłem kadrę, to kilka razy płaciłem za bilety, a nawet kupowałem zawodnikom buty. Związku nie było na to stać.

Czy w Polsce odczuwa Pan dużą presję?

Nie, normalną. Jak w każdym kraju, w którym siatkówka stoi na wysokim poziomie. Ale jesteśmy dopiero na początku sezonu, więc nie wiem, co będzie dalej.

Skra w ostatnich latach zdobyła w kraju wszystko, co było można. Czeka Pana bardzo trudne zadanie, bo każde drugie miejsce będzie porażką.

Jest duże ryzyko, bo zespół, który wszystko wygrał, już praktycznie nie istnieje. Inaczej jest, gdy jedzie się na mecz z Maceratą, z którą Polacy nigdy nie wygrali, a inaczej, gdy spotykamy się ze słabszym rywalem. Ale w każdym klubie są pozytywy i negatywy, a trener musi sobie z tym poradzić.

Siatkarze mówią, że jest Pan innym szkoleniowcem od Raula Lozano. On jest nerwowy, stanowczy, zaś u Pana widać luz.

Ja bardzo wierzę w odpowiedzialność zawodników. Trzeba dać im możliwość improwizacji. Oczywiście w pewnych granicach, których nie mogą przekraczać. Ale muszą mieć tą przestrzeń do pokazania się. O Lozano nie mogę się wypowiedzieć, bo nie znam go z tej strony.

Podczas meczów sprawia Pan wrażenie bardzo spokojnego, co chyba udziela się zawodnikom.

Oczywiście, że się denerwuję, ale staram się tego nie pokazywać. W Roeslare byłem wściekły i ostro powiedziałem – dość. Bo siatkarze zbytnio się rozluźni i zamiast grać, rozmawiali między sobą i z sędziami.

Czy tak duża popularność siatkówki nie przeszkadza Panu w pracy?

Absolutnie nie. W Brazylii czy Włoszech, gdzie grałem, też siatkarze byli popularni, nawet bardziej niż w Polsce. Staram się pomagać zawodnikom w zrozumieniu, że są trzeba bardzo ciężko pracować, bo wtedy będziemy wygrywać, a na trybunach będzie więcej kibiców. Zawodnicy muszą zrozumieć, że najważniejsze jest trenowanie i zwyciężanie. Wszystko inne jest nieważne.

W Polsce mówi się, że Skra nie jest faworytem ligi?

To prawda, więcej szans ma Jastrzębie, które zainwestowało w zespół więcej pieniędzy, zrobiło głośniejsze transfery. Ale wszystko zweryfikuje boisko, bo silne są też Olsztyn i Częstochowa.

Ale te drużyny nie mają Mariusza Wlazłego.

Mariusz to zawodnik z innego świata. Widziałem wielu siatkarzy z różnych pokoleń, ale takiego jeszcze nie spotkałem. Niestety, ligę wygrywa zespół, a nie jeden zawodnik. Barcelona ma Ronaldinho, Argentyna w Meksyku miała Maradonę. To duży plus, ale dla silnej drużyny, grającej dobrze taktycznie i zorganizowanej. Jeśli Mariusz Wlazły dalej będzie tak grał, to w przyszłym roku ustawi się po niego kolejka najsilniejszych i najbogatszych klubów z Włoch i Rosji. Moim zdaniem nie powinien się nigdzie spieszyć, bo gra w bardzo silnej lidze. W nas się mówi, że nie wszystko co się błyszczy, jest złotem. Tak samo jest we Włoszech, gdzie nie wszystkie drużyny są silne. Tak też są kluby, które nie płacą, mają problemy. Powinien poczekać na ofertę z naprawdę silnego klubu.

Autorem wywiadu jest Jarosław Bińczyk – Gazeta Wyborcza.

źródło: gazeta.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
europejskie puchary, PlusLiga

Więcej artykułów z dnia :
2006-12-24

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved