Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Piotr Gacek: Stać nas, by zagrać w finale z Jastrzębiem

Piotr Gacek: Stać nas, by zagrać w finale z Jastrzębiem

Największą karą dla szkolnego rozrabiaki Gacka był zakaz wyjścia na SKS. - Rodzice wiedzieli, że to najgorsze, co może mnie spotkać. Ale dawałem sobie radę. Niby szedłem się uczyć do kolegi, a śmigałem na salę - mówi libero drużyny wicemistrzów świata.

Tadeusz Iwanicki: Trzy lata temu byłeś zawodnikiem przeciętnego klubu z Nysy, teraz jesteś wicemistrzem świata. Kiedy poczułeś tak naprawdę, że w Twoim życiu dokonuje się wielka przemiana?

Piotr Gacek: Grając w II lidze w Opolu, marzyłem, że kiedyś zagram w I lidze. Szybko przeszedłem do Gorzowa i to był mój pierwszy kontakt z siatkówką na najwyższym poziomie. Później był jeden sezon gry w Nysie – moim rodzinnym mieście – i Częstochowa. Tutaj wszystko zaczęło się toczyć bardzo szybko. Poczułem, że zrobiłem poważny krok w swojej karierze, a niedługo potem przyszedł kolejny – powołanie do kadry.



Czy siatkówka od razu była dla Ciebie dyscypliną numer jeden?

Tak. Nysa jest małym miastem i jedyny sport, jaki mieliśmy na pierwszoligowym poziomie, to siatkówka. Od małego kibicowałem naszej drużynie. Chciałem grać, marzyłem, że w przyszłości będę jednym z tych, dla których siada się na trybunach i zdziera gardło.

Byłeś szalikowcem, siedziałeś na słynnej nyskiej scenie (mecze siatkarskie w Nysie odbywają się w sali widowiskowej domu kultury)?

Ostro kibicowałem: malowałem twarz w barwy Stali Nysa i wydzierałem się co sił. Od szkoły podstawowej mieliśmy z grupą kolegów swoje miejsce w hali. Na scenie nie siedziałem – aż tak bardzo zagorzały nie byłem.

W szkole nie miałem problemów z nauką, ale byłem urwisem. Rodzice zabraniali mi chodzić na SKS-y, bo wiedzieli, że to dla mnie najgorsza kara. Ale dawałem sobie radę. Cichaczem wymykałem się z domu albo niby szedłem do kolegi się uczyć, a w rzeczywistości śmigałem na salę. Kilka razy tak się zdarzyło…

W podstawówce reprezentowaliśmy szkołę w różnych dyscyplinach, ale w siatkówce szło nam najlepiej (pierwsze szlify dawał nam trener Arkadiusz Hoc). Pojechaliśmy nawet na mistrzostwa Polski – sukcesu nie odnieśliśmy, ale to było coś. Później była szkoła średnia i gra w trzecioligowym Mechaniku Nysa, gdzie byłem już zarejestrowanym zawodnikiem.

Gra na pozycji libero to Twój pomysł?

Nie, zresztą długo nie mogłem się z nim pogodzić. Z drugoligowym AZS-em Opole walczyłem wtedy o awans do serii B. Trener Paweł Czerepok powiedział w trakcie sezonu: „Piotrek, musisz grać na libero, bo masz do tego warunki i kiedyś osiągniesz na tej pozycji bardzo dobre wyniki”. Obraziłem się wtedy na trenera, chyba ze dwa tygodnie się do niego nie odzywałem. Brakowało mi ataku, tym bardziej że zdobywałem trochę punktów. Czułem, że zostałem odsunięty na bok, przecież na libero mało kto zwracał uwagę. Z czasem zauważyłem, że coraz bardziej pomagam kolegom. To, co robiłem na boisku, dawało mi coraz większą satysfakcję. Teraz mogę trenerowi Czerepokowi tylko pogratulować decyzji. Niewykluczone, że gdyby jej wtedy nie podjął, skończyłbym karierę na poziomie II ligi i zająłbym się czymś innym. Jako przyjmujący, z moimi warunkami, na pewno miałbym problemy z przeskoczeniem pewnego poziomu.

Wielki potencjał zauważył w Tobie dopiero trener Edward Skorek. Miałeś już wtedy 25 lat…

Tak jakoś jest, że nikt nie patrzy po drugich ligach. Nie miałem kontaktów z trenerami i klubami, musiałem czekać na swoją szansę, ale nie żałuję. Przebijałem się do przodu krok po kroku. Liznąłem wszystkich lig, od najniższej do najwyższej. Dopiero gdy byłem w Opolu, po awansie do serii B zauważyli mnie ludzie z Gorzowa i w barwach tego klubu zadebiutowałem w ekstraklasie. Potem była Nysa i wreszcie Częstochowa, do której trafiłem dzięki trenerowi Skorkowi. Nie przyszło mi przez myśl, że tak szybko się to wszystko potoczy, że nabierze tak poważnego wymiaru.

Pewnie nie przyszło Ci też do głowy, że zostaniesz wicemistrzem świata. Tym bardziej że powszechnym faworytem do wyjazdu do Japonii był Krzysztof Ignaczak…

No tak. Zdawałem sobie sprawę, że Krzysiek ma większe szanse, aby pojechać na mistrzostwa, jednak nie składałem broni. Trenowałem, walczyłem. Pracowałem przede wszystkim dla siebie, bo wiedziałem, że nawet jeśli nie pojadę do Japonii, zostanie mi to, czego się nauczę. Trener Lozano zauważył, że w porównaniu z zeszłym rokiem poprawiłem się w niektórych elementach. W końcowej fazie przygotowań zaczął stawiać na mnie podczas treningów, ogrywać mnie z zespołem. Myślałem, że w meczach sparingowych z Kubańczykami w Kędzierzynie i Katowicach zagramy pół na pół: raz „Igła”, raz ja. Stało się inaczej. Zagrałem w obu i znalazłem się w dwunastce, którą ogłosił trener. Dopiero gdy Lozano wyczytał moje nazwisko, dotarło do mnie, że wystąpię w mistrzostwach świata.

Co czułeś?

Przede wszystkim wielką radość. Rok wcześniej byłem na mistrzostwach Europy, ale znalazłem się w drużynie w niecodziennych okolicznościach. Tym razem wygrałem w sportowej rywalizacji, co dało mi wielką satysfakcję.

Mocno przeżywałeś grę przeciwko gwiazdom światowej siatkówki?

Starałem się nie zwracać uwagi na nazwiska. Pomagało mi w tym znakomite przygotowanie do meczów. Na odprawach dowiadywaliśmy się o rywalach wszystkiego: kto, w którą strefę zagrywa, jaki serwis preferuje, czego można się po nim spodziewać. Naszym zadaniem było wykorzystanie tych informacji. Tego nauczył nas trener.

Jaka była taktyka dla przyjmujących?

Lozano od dwóch lat wpajał nam, że mocne zagrywki trzeba zwyczajnie bronić. Dograć piłkę przynajmniej na trzeci metr i dać szansę na wyprowadzenie kontrataku ze skrzydła. W Japonii nam się to udawało.

Kiedy uwierzyliście w możliwość zdobycia medalu?

Przed mistrzostwami czuliśmy, że możemy mieć miejsce w czwórce. Trener wiedział, że nie jesteśmy faworytami i dlatego asekurował się, mówiąc o piątym, szóstym miejscu. Ale on też wierzył, że stać nas na więcej. Medal był naszym marzeniem. Na mecz z Rosjanami wyszliśmy trochę spięci. Wiedzieliśmy, że to może być pierwsze i ostatnie bardzo ważne spotkanie w mistrzostwach. Po dwóch przegranych pierwszych setach w naszych głowach coś się zmieniło. Jakoś dotarło do nas, że oni też mogą popełniać błędy. Postawiliśmy im trudniejsze warunki, a oni… zmiękli. W tie-breaku byliśmy tak nakręceni, że nic nie było w stanie nas zatrzymać. Ważne, że po dwóch pierwszych setach nie zaczęliśmy sobie skakać do gardeł. Gdyby tak się stało, trzeci trwałby piętnaście minut i wrócilibyśmy do domu z niczym.

Czy po takim sukcesie dasz radę szybko przestawić się psychicznie i fizycznie na ligę?

Fajnie, że rozgrywki zaczynają się szybko, szkoda tylko, że w pierwszych kolejkach nie będę mógł zagrać. Na początek mamy teoretycznie słabszych rywali, ale ani Rzeszowa, ani Kędzierzyna nie wolno lekceważyć. To zespoły, które mogą w tym sezonie sprawić niejedną niespodziankę.

Działacze mówią wprost: macie zdobyć złoty medal…

Uważam, że największe szanse na mistrzostwo Polski ma Jastrzębie, ale Skra, Olsztyn i my wcale nie jesteśmy słabsi. AZS pozyskał Andrzeja Stelmacha, Roberta Szczerbaniuka i Rileya Salmona, a jest jeszcze Marcin Wika. Jeżeli nasz nowy trener poskleja ten materiał i zaczniemy w komplecie trenować, powinniśmy stworzyć silny zespół. Myślę, że stać nas na to, aby zagrać z Jastrzębiem w finale.

Z zawodnikiem rozmawiał Tadeusz Iwanicki – Gazeta Wyborcza

źródło: gazeta.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
PlusLiga, reprezentacja Polski mężczyzn

Więcej artykułów z dnia :
2006-12-16

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved