Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > mistrzostwa świata > Jeszcze słów kilka o MŚ

Jeszcze słów kilka o MŚ

O turnieju życia w wykonaniu Pawła Zagumnego, kontuzji Piotra Gacka, fenomenie Raula Lozano, kibicach oraz hołdzie złożonym Arkowi Gołasiowi można było najczęściej usłyszeć w pomeczowych wypowiedziach. I oczywiście o samym finale.

Mariusz Wlazły:

To dla mnie olbrzymie wyróżnienie, znaleźć się w trójce najlepszych siatkarzy turnieju. I chyba jakieś nieporozumienie. Cieszę się, że zostałem doceniony. Srebrny medal to spełnienie marzeń. Lepiej jakby był złoty, ale dzisiaj się nie dało. Nie widziałem wcześniej tak grającej Brazylii. Na boisku wyraźnie odczuwało się ich wyższość. Robili wszystko, żeby zdobyć złoty medal. Dziękujemy kibicom, że byli z nami, wierzyli w nas i dopingowali. Cieszy nas to, że podobała im się nasza gra.



Arkadiusz Gołaś oddał kilka lat, żeby grać dla kraju i grał bardzo dobrze. Chcielibyśmy, żeby był z nami dziś na podium. Do następnych mistrzostw świata szmat czasu. Będziemy ciężko pracować, żeby było lepiej niż teraz albo przynajmniej tak samo.

Raul Lozano zobaczył w nas pewne rzeczy i je wyprostował. Dużo zrobił przede wszystkim w temacie taktyki.

Sebastian Świderski:

Nie chcę dywagować, czy były szanse pokonać Brazylię, czy nie. Nie chcę gdybać, zastanawiać się, co by było, gdybyśmy zagrali na innej hali albo odbyli przynajmniej jeden trening na tej. To teraz bez sensu, najważniejsze, że dotarliśmy aż tutaj, na podium. Jesteśmy najlepszą europejską drużyną, co chciałbym podkreślić, bo chce się być najlepszym, jeśli mamy w pełni ukoronować te dwa ciężkie lata – trud, na który się zgodziliśmy, podpisując reguły narzucone przez Raula Lozano. To wielki sukces całego polskiego sportu, nie tylko nasz, siatkarzy.

Brazylijczycy zagrali bardzo dobrze, choć ja się upieram, że fenomenów w siatkówce nie ma. To nam w pierwszym secie nic nie wychodziło, czuliśmy się, jakby ktoś wyjął wtyczkę z kontaktu i zabrakło prądu. Cieszę się ze srebra, choć niektórzy mówią, że srebro się przegrywa, więc lepiej zawody zakończyć zwycięstwem i sięgnąć po brąz. Jestem wicemistrzem świata, nieważne, jak dzisiaj graliśmy. Każdy miał tutaj słabszy dzień, szkoda, że nam się zdarzył akurat w finale. Cóż, mam nadzieję, że kibice nam wybaczą i będą się cieszyć z tego, co jest. Zapominam o porażce, cieszę się chwilą. Ja wierzyłem w ten medal cały czas, powtarzałem to przed turniejem bez przerwy.

Mam nadzieję, że pójdzie ku lepszemu. Żadna polska dyscyplina nie istnieje tak w świecie jak siatkówka. Dziewczyny dwa razy zdobyły mistrzostwo Europy, my – wicemistrzostwo świata. To jest coś przepięknego.

Daniel Pliński:

Cudowny ten medal. Miałem krążki mistrzostw Polski, zdobywałem je, grając na plaży, lecz żaden nie był wyjątkowy. Dedykuję go żonie, córeczce, całej rodzinie.

O finale lepiej zapomnieć. W półfinale stres zżerał nas od początku, byliśmy potwornie spięci. W drugim secie zrobiliśmy pięć czy sześć głupich błędów, dlatego Bułgaria wygrała. Gdyby nie to, wygralibyśmy do zera. Stres był jednak gigantyczny, wiemy już, co się dzieje w Polsce, i nie chcieliśmy zawieść ludzi. Półfinały już takie są, czasem człowiek hamuje rękę. Było źle, na nogi postawił nas trener Lozano. Nie powiem, jak, to byłoby za dużo. On jest naszym ojcem, kieruje wszystkim i tyle. Za żadne skarby nie zdradzę, co się działo, kiedy wziął czas.

Srebrnych medalistów się nie sądzi. Jesteśmy wicemistrzami świata, nie ponieśliśmy porażki, straciliśmy tylko trzy sety. Wielu ludzi w to nie wierzyło, przecież wcześniej tylko raz na mistrzostwach udało się Polsce sięgnąć po medal, a zawodników mieliśmy wspaniałych. Piotrek Gacek mężnie wytrzymał do końca z bólem, ale my też mamy problemy, tyle że z kolanami. Tego się zresztą spodziewaliśmy. Bez bólu tak daleko zajść się nie da, przecież w nogach mamy już 10 meczów. Wiedzieliśmy, że do finału dotrwają tylko twardziele. Nam się udało, jesteśmy twardzielami.

Łukasz Kadziewicz:

Nie wierzę… Muszę się wykąpać, zjeść coś… Jak to?! Zostałem wicemistrzem świata?! Nie wiem, co powiedzieć… Może jak się rano obudzę, to do mnie coś dotrze. Powiedzmy sobie szczerze, półfinał był słaby, Bułgarzy nie grali dobrze i w pierwszym secie pokazaliśmy im, kto jest lepszy. W drugim prowadziliśmy wysoko, a przegraliśmy. Nie można tego robić, jak się mierzy w mistrzostwo świata. Ten półfinał powinien skończyć się w godzinę, a my się męczyliśmy, jakbyśmy stracili charakter. Dotychczas potrafiliśmy się skoncentrować.

Dzisiaj było za dużo gadania, jakby sytuacja nas przerosła, jakbyśmy nie wierzyli, że naprawdę gramy w półfinale i mamy szansę zagrać z Brazylią. Nie oszukujmy się, nie opowiadajmy farmazonów – graliśmy słabo. Jak my, Polacy, bardzo mocna drużyna, możemy popełnić sześć czy siedem niewymuszonych błędów w ataku? Teraz już nie możemy sobie na takie rzeczy pozwalać. Jedną, dwie akcje – ujdzie. Ale nie więcej.

Michał Winiarski:

Po przegranym secie z Bułgarią głowy mieliśmy gorące, każdy każdemu wypominał błędy, ale prawda jest taka, że przy takiej stawce, takich nerwach trudno w pełni nad sobą panować i nie powiedzieć jednego słowa za dużo. Całe szczęście, że się pozbieraliśmy, wszystko sobie wyjaśniliśmy. Nawet Lozano krzyczał przez dwa sety tak jak my, przez chwilę na pewno nam to nie pomagało, ale w decydującym momencie odzyskaliśmy kontrolę nad sytuacją i sobą, a po zwycięstwie w trzecim secie nabraliśmy przekonania, że to my wygramy. Gorszy mecz zagraliśmy tylko z Rosją. Ale wytrzymaliśmy do końca… Był taki moment, że stanęły mi przed oczami te przegrywane notorycznie końcówki ważnych spotkań, ale znów się okazało, że to już nie jest dawna reprezentacja.

Nie ma żadnych powodów, byśmy tego poziomu nie utrzymali dłużej, w następnych sezonach. Chyba wszyscy się jeszcze rozwijamy, po przyjściu trenera Lozano mamy dopracowane różne szczegóły – i techniczne, i taktyczne. To zespół o klasę mądrzejszy, bo umiejętności nam nigdy nie brakowało.

Nie przypuszczałem, że nie będę czuł, że jestem wicemistrzem. Jakiś taki spokój wewnętrzny się pojawił. A przecież na odprawach paznokcie zjadłem.

Może dobrze, że były daleko te mistrzostwa, nie czuliśmy żadnej presji poza tą, którą sami sobie narzuciliśmy. Finał? Trzy lata temu zdobyłem mistrzostwo świata juniorów [w Teheranie], wygrywając w półfinale z Bułgarią, a w finale – z Brazylią. Już wtedy myślałem o tych ostatnich, że są z kosmosu, już wówczas wydawali się trzy razy mocniejsi i bardziej rozwinięci fizycznie. A jednak to oni psychicznie nie wytrzymali. Eeech, gdyby to się powtórzyło…

Piotr Gacek:

Dedykujemy medal Arkowi, bo zasłużył, by być razem z nami i założyć na szyję ten sam medal. Był wspaniałym człowiekiem, kolegą, zawodnikiem. Chcę to powiedzieć jeszcze raz: medal jest dla ciebie, wiemy, że jesteś razem z nami.

Z moją kontuzją jest trochę mniej wesoło niż z medalem. W meczu z Bułgarią pośliznąłem się na parkiecie, noga mi się wywinęła w drugą stronę i skręciłem kostkę. Na początku miałem taką adrenalinę, że w ogóle nic nie zauważyłem, choć modliłem się, żeby nie było tie-breaku, bo bym już nie ustał. Po ostatnim punkcie zobaczyłem, że opuchlizna wylewa mi się z buta. Okropny widok. Potem długo rozmawiałem z lekarzami, pracowali nade mną całą noc, bo bardzo chciałem zagrać w finale. Niestety, uraz był zbyt świeży, opuchlizna nie chciała zejść, a teraz – tuż po meczu – widzę, że pojawiły się jeszcze krwiaki. Czeka mnie rehabilitacja, ale zagrożenia poważnej kontuzji nie było. Nie chciałem zrobić czegoś kosztem zdrowia, a lekarz i fizjoterapeuta stwierdzili, że jak zaklajstrujemy kostkę i ją unieruchomimy, to mogę dać radę. Niestety, już na rozgrzewce poczułem, że może być zbyt ciężko. Zszedłem, kiedy stwierdziłem, że w tym stanie nie pomogę zespołowi. Bolało za bardzo.

Chciałem podziękować wszystkim, którzy w jakimkolwiek stopniu przyczynili się do tego, że uprawiam ten piękny sport i pomagali mi się rozwijać. Kilka tygodni temu nic nie wskazywało na to, że tutaj przyjadę, a teraz jestem wicemistrzem świata… Niewiarygodne. Teraz jestem innym siatkarzem, w trakcie mistrzostw cały czas nabierałem pewności siebie i z każdym dniem wzbierała we mnie wiara, że możemy osiągnąć coś wielkiego. I osiągnęliśmy, choć w finale Brazylia grała tak, że nikt na świecie by jej nie zatrzymał. Oni byli w transie, trudno to w ogóle opisać.

Michał Bąkiewicz:

Właściwie nigdy wcześniej nie grałem jako libero, może kilka razy w lidze. No, chyba że wziąć jeszcze pod uwagę zamknięte sparingi z Kubańczykami, kiedy pełniłem tę funkcję w ich drużynie… Już na odprawie trener dał mi sygnał, że jeżeli Piotrek Gacek nie wytrzyma, to zagram na libero. Piotrek się starał, chwała mu, ale nie dał rady. Naprawdę trener Lozano twierdzi, że gdybym się zdecydował na zmianę pozycji, to za kilka lat stałbym się jednym z najlepszym libero na świecie? Cieszę się, ale na razie chcę jeszcze trochę pościnać, poblokować i poserwować. Ale w przyszłości? Bardzo chętnie. Zresztą jeśli trener powie, że mnie powołuje na taką pozycję do kadry, to jego ofertę zaakceptuję.

Piotr Gruszka:

Dla takich chwili warto pracować i warto żyć. W moim życiu ten medal niczego nie zmieni, do głowy mi sukces nie uderzy. Dwóch przyjaciół przestrzegało mnie już, bym się nie zmieniał, pozostał sobą. Zamierzam ich nie zawieść. Ale wreszcie czuję, że lata wyrzeczeń i szafowania zdrowiem miały sens, że było warto. Jest podium, jest drugie miejsce na świecie, teraz pozostało tylko pracować jeszcze ciężej, by wdrapać się wyżej. By być najlepszym. Nie możemy się już cofnąć.

Najgorsze w tym wszystkim to przegrana w ostatnim meczu. Grasz świetnie całe MŚ, a teraz jakiś niedosyt się pojawił. Nawet nie cieszyliśmy się w pierwszej chwili, ale pocieszaliśmy się, że w końcu jesteśmy wicemistrzami. No, jesteśmy. Widzieliście po Lozano, że te pierwsze chwile po porażce nie były wesołe. Dopiero po wejściu na podium, jak dostaliśmy upragnioną blachę, to się nam poprawiło. Nie wiem, czy dałoby się pokonać Brazylię, zastanawialiśmy się nad tym z Sebastianem Świderskim, czy my graliśmy słabo, czy oni nie pozwolili nam na nic. Odpowiedzi nie znaleźliśmy. Brazylia jest wielka, ale będziemy się do niej zbliżać. Teraz mierzymy tylko w medale, ten turniej był dla nas takim kopem, że aż chce się dalej pracować. Japonia to nie był incydent, chyba sami wyczuliście, że jesteśmy pewni siebie, świetnie przygotowani. Dlaczego ma się to nie powtórzyć? To są dwa lata pracy Lozano, a co będzie za cztery? Chociaż gramy od nastu lat w siatkówkę, od różnych trenerów nauczyliśmy się techniki i nie chciałbym o nikim zapomnieć. Raul nas przekonał, że możemy stawać na podium, zaufaliśmy mu, zaufaliśmy jego mądrości. Teraz najlepsza na świecie jest Brazylia, ale my czaimy się tuż za nią. Możemy ją pokonać. Może w Pekinie?

Grzegorz Szymański:

Po sparingach przed mundialem powiedzieliśmy sobie z Brazylijczykami „do zobaczenia” w finale. Oni mówili serio, my żartowaliśmy. Mecz z Bułgarią był potwornie nerwowy, podminowani byli wszyscy. My Bułgarom oddaliśmy drugiego seta, oni nam podarowali trzeciego. Jeśli udało się na drżeniu wygrać, to znaczy, że musimy być naprawdę mocni.

Raul Lozano:

Widzę, że wy jesteście bardziej weseli niż ja, ale naprawdę bardzo chciałem, by finał wypadł znakomicie. Znakomicie zagraliśmy 10 razy, niestety, 11. raz się nie udało. Trudno, takie życie, samo srebro to wyczyn niewiarygodny. Nie potrafię wyrazić, jak bardzo czuję się szczęśliwy, że dokonaliśmy tego nie tylko dla polskiej siatkówki, ale dla całego waszego kraju. Przede wszystkim chciałbym podziękować tym, których tu nie ma, a i oni są zasłużeni dla tego medalu: Prygiel, Perłowski, Pilarz, Możdżonek, Murek, Ignaczak i trójka dzieciaków: Kurek, Jarosz i Bartman. Oni są częścią reprezentacji. Gdyby z nami nie pracowali na zgrupowaniach tak, jak pracowali, tego medalu byśmy nie zdobyli. Teraz my gramy o wejście do historii, a Brazylijczycy – by stać się legendą. Nigdy niepokonaną legendą. To według mnie najwspanialsza drużyna wszech czasów. Nikt tyle nie wygrał. Co nie znaczy, że wyszliśmy na boisko, by przegrać. Naładowaliśmy baterie i wracamy do walki. Nie udało się, ale tyle, co oni, nie osiągnął nikt – ani Rosja, ani Włochy, ani nawet wasza drużyna Wagnera.

Co mówiłem, by ich pobudzić, kiedy popadli w kryzys w meczu z Bułgarią i medal był zagrożony? Nie chciałem budzić, ale uspokajać i przypomnieć, by atakowali trochę inteligentniej. Ale widzieliśmy w meczu z Bułgarią, że doświadczenia nie można kupić, trzeba je zarobić na boisku. My właśnie zarobiliśmy kilka bardzo cennych przeżyć – grę w półfinale i finale MŚ, a to kiedyś zaprocentuje. Bo chyba wreszcie stało się jasne, że nasza grupa nie była taka słaba. Bułgaria pokonała potęgi, a my pokonaliśmy Bułgarię.

Teraz świętujemy. Porozmawiam z zawodnikami, a potem niech się bawią sami. Koniec z kontrolą i dyscypliną, surowe reguły obowiązują podczas MŚ, a nie po nich. Dziś robią, co chcą.

Smutno mi tylko, kiedy pomyślę o Arku Gołasiu. Ten smutek czułem też na dekoracji, bo zobaczyłem koszulki z jego nazwiskiem. Postanowiliśmy, że je założymy na podium już w kwietniu. I dopóki ja pozostanę selekcjonerem reprezentacji, będziemy je zakładać zawsze. Zawsze, kiedy pójdziemy odbierać medale.

źródło: gazeta.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
mistrzostwa świata

Więcej artykułów z dnia :
2006-12-03

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved