Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > mistrzostwa świata > MŚ: Trzeba pokonać Rosjan

MŚ: Trzeba pokonać Rosjan

Polscy siatkarze aż rwą się do wtorkowej batalii z Rosją, która będzie ważniejsza, niż się zdawało. Obserwatorzy mundialu mocno wytężają pamięć i pytają, czy ktokolwiek kiedykolwiek nie stracił seta w siedmiu meczach ważnego turnieju?

Przed mistrzostwami wydawało się, że jeśli Polacy nie potkną się z rywalami teoretycznie słabszymi i pokonają jednego z potentatów – Rosję lub Serbię, to wreszcie awansują do półfinału wielkiej imprezy. Niestety, jedna porażka może wystarczyć, by ze strefy medalowej wypaść. Właśnie porażka z Rosją. A wszystko z powodu groteskowego regulaminu, który przy układaniu tabel wyżej ceni stosunek małych punktów niż stosunek setów.

Rosjanie gładko ulegli na inaugurację turnieju Serbii. Gdyby pokonali Polskę, a Polska następnego dnia – Serbię, trzy bezapelacyjnie najsilniejsze reprezentacje grupy zakończyłyby rundę z jedną przegraną. O klasyfikacji przesądzałyby małe punkty, a te najniżej zepchnęłyby – jeśli sytuacja się radykalnie nie zmieni – biało-czerwonych, skazując ich na walkę o miejsca 5-8.



Absurdalność sytuacji polega na tym, że to Polacy grają najrówniej i jako jedyni nie stracili jeszcze seta. Niestety, zgodnie z preferencjami światowych władz niepohamowanie żonglujących przepisami lepiej byłoby, gdyby drużyna Raula Lozano oddawała partie, w których rywale zdobyli sporo punktów, i nie zawsze usiłowała odrabiać straty. Innymi słowy, czasem korzystniejsza byłaby wygrana 3:2 lub 3:1 niż 3:0.

To dlatego mecz z Rosją jest nadzwyczajnie istotny. Po minimalnej nawet przegranej do awansu może nie wystarczyć najbardziej spektakularny triumf nad Serbią.

Oba weekendowe mecze miały scenariusz, do którego już przywykliśmy. Tunezyjczycy i Kanadyjczycy, owszem, próbowali stawiać opór, ale tylko do pewnego etapu każdego seta. Ci pierwsi sprawiali wrażenie znacznie bardziej solidnych niż ich jedyni poważni rywale w Afryce, czyli Egipcjanie, którzy – kiedy grają nieźle – popełniają seppuku, szukając wszelkich sposobów, by jednak przegrać. Trzeciego seta Tunezyjczycy mogli nawet wygrać, bo Polacy popadli w lekki dołek. Niestety, i oni w kluczowym momencie zaliczyli głupią wpadkę, tracąc punkt za błąd w ustawieniu. A potem biało-czerwoni nie dali im szans.

Polacy czują się coraz mocniejsi i coraz chętniej się tym wrażeniem dzielą. – To był dziwny mecz, trochę senny, bo i rangi nie miał wyjątkowej. Tunezja to raczej mało wymagający przeciwnik – stwierdził Mariusz Wlazły, który w końcówce drugiego seta zszedł z boiska i już do gry nie wrócił. Tzn. wrócił, ale tylko na pierwszą akcję ostatniej partii, bo został pomyłkowo wpisany do protokołu (sędziom zgłasza się nazwiska grających, bo muszą kontrolować ustawienie).

Zastąpił go Grzegorz Szymański, co było wydarzeniem, bowiem Lozano rzadko sięga na tym turnieju po zmienników i można się było obawiać, czy brak kontaktu z boiskiem im nie zaszkodzi. Szymańskiemu nie zaszkodził. Dziewięć punktów na 16 zbić i tylko dwukrotne wyrzucenie piłki w aut to wynik przyzwoity. – Wreszcie udało mi się trochę poatakować, w dodatku skutecznie, i z tego cieszę się najbardziej, bo rywale wypadli zaskakująco słabo – opowiadał potem. – Siatkarze z reprezentacji, które z nimi grały, chwalili ich, ale boisko pokazało, że chyba trochę przesadzali.

Dzień później Kanadyjczycy zostali wręcz zdemolowani. Każdy poprzedni przeciwnik na MŚ, nawet Egipt, zdobywał więcej punktów niż niedzielni rywale, którzy uciułali ich ledwie 55. A Świderski umocnił się na pozycji lidera najlepszych atakujących turnieju.

Wszyscy gracze komentowali wydarzenia weekendu podobnie – bez zbytniej ekscytacji, raczej z przeświadczeniem, że solidnie potraktowali – i podołali im – nie najtrudniejsze wyzwania. Lozano znów był spokojny, uśmiechnięty, dowcipkujący, a po meczach precyzyjnie tłumaczył, dlaczego podejmuje akurat te decyzje, które podejmuje. Po sobotnim zwycięstwie nad Tunezją znów padło pytanie, dlaczego przez cały mecz dokonał tylko jednej zmiany, eksploatując podstawowych graczy nawet w drugiej partii, kiedy Polacy prowadzili bardzo wysoko.

Jeśli nie ma kontuzji, a na szczęście ich nie ma, to reaguję tylko wtedy, gdy coś na boisku nie działa – mówił. – Dzisiaj słabiej wypadł Wlazły, więc go zdjąłem. A nie przeżywał jakiegoś wielkiego kryzysu, bo w bloku grał nieźle. Interweniowałem, kiedy jego skuteczność w ataku spadła do niespełna 40 proc. To samo we wcześniejszych meczach przytrafiało się Winiarskiemu i Kadziewiczowi, więc wyganiałem ich z boiska. Bez potrzeby nie kombinuję, przecież sami wiecie, jak ważna jest każda akcja. Z powodu gorszego stosunku małych punktów nie awansowaliśmy już do finału tegorocznej Ligi Światowej. Nie chciałbym przeżyć tego znów, a, niestety, istnieje spore ryzyko, że tak się stanie – zakończył selekcjoner.

Tak, to byłoby koszmarne déja vu. We wspomnianej przez Lozano LŚ małymi punktami – mimo identycznej liczby zwycięstw – też pobili Polaków Serbowie. A przecież passa siedmiu zwycięstw bez straty seta w meczach o stawkę nie przytrafiła się reprezentacji Polski jeszcze nigdy, co – nawet jeśli pamiętać, że kiedyś MŚ nie były turniejem tak rozbudowanym – jest wyczynem niezwykłym.

źródło: gazeta.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
mistrzostwa świata, reprezentacja Polski mężczyzn

Więcej artykułów z dnia :
2006-11-27

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved