Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > mistrzostwa świata > Siatkarze zaczynają mundial. Jak nie teraz, to kiedy?

Siatkarze zaczynają mundial. Jak nie teraz, to kiedy?

Menedżer reprezentacji gospodarzy, w drodze do hotelu Royal Pines w Urawie, gdzie zamieszkały wszystkie drużyny grupy A, z rozrzewnieniem wspominał wizytę w katowickim Spodku. - Ależ macie świetnych, kochających siatkówkę fanów!

Ineuto nie miał do czwartku pojęcia, że nasze medalowe nadzieje pozostają niespełnione od schyłku lat 90., kiedy w Polsce zaczął się boom na siatkówkę. Pojawiło się wówczas arcyzdolne – jak sądziliśmy – pokolenie juniorów, reprezentację wsparł bogaty sponsor, fenomen Ligi Światowej wypełnił hale kibicami i oderwał je od ziemi. Polska stała się jednym z niewielu zakątków świata, w którym siatkówka wdarła się do ścisłej czołówki najpopularniejszych dyscyplin sportowych. Mieliśmy wszystko.

Zabrakło tylko medali. Mijały lata, niedoceniane i pozostające w cieniu siatkarki zdobywały tytuły mistrzyń Europy, zmieniali się selekcjonerzy, zawodnicy, ale na podium nie udało się wdrapać nigdy, nigdzie i nikomu. Nawet w Lidze Światowej, imprezie towarzyskiej, więc nie zawsze traktowanej przez rywali całkiem serio.



Te mistrzostwa poprzedziły jednak przygotowania szczególne. Kadra przebywa ze sobą – z niewielkimi przerwami – od czerwca, a trener Lozano wymusił nawet przesunięcie startu rozgrywek ligowych, by perfekcyjnie wytrenować siatkarzy. Do Japonii reprezentanci wylecieli dwa tygodnie temu, więc o bezsenności czy chandrze spowodowanej zmianą czasu nie ma mowy. Zamknięte zostały też ostatnie sparingi – z Brazylią – by zawodnicy „mieli święty spokój”, o co argentyński selekcjoner dba wręcz obsesyjnie. Inna sprawa, że tutaj słowo „spokój” nabiera nowych sensów. Kadrowicze mieszkają w Urawie, choć grają w Saitamie, bo w okolicy i tak zatarły się granice między aglomeracjami, tworząc gigantyczną metropolis. Coś jak nasz Górny Śląsk, tyle że pokryty tłumem 35 milionów ludzi, hipnotyzująco migotliwy, niezasypiający przez okrągłą dobę.

Siatkarze do intensywnych wrażeń jednak przywykli, w Japonii grali choćby w tegorocznej Lidze Światowej, a przed MŚ wszystko przebiegało tak sprawnie, że aż nudno. Kłopoty ze zdrowiem wyeliminowały jedynie Dawida Murka, bo z etatowego libero w kadrze ostatnich lat Krzysztofa Ignaczaka zrezygnował sam trener Lozano. Nic nie dolegało nawet rozgrywającemu Pawłowi Zagumnemu, któremu chroniczne kontuzje odbierają ważne imprezy – nie pojechał na poprzedni mundial i zeszłoroczne ME, a podczas igrzysk olimpijskich siedział na ławce, bo nie mógł się normalnie przygotowywać. Badania wyjaśniły też, dlaczego skurcze mięśni notorycznie powalają na boisko Mariusza Wlazłego. Atakujący Skry Bełchatów ma podczas meczów więcej pić, uzupełniać wypłukiwane z organizmu minerały, a między nimi dbać o właściwą dietę.

Nawet losowanie, które przydzieliło drużynę Lozano do grupy z gospodarzami (zawsze traktowani są przychylniej przez światową federację), może sprawiać wrażenie jakby sporządzonego dla Polaków – wiecznych niespełnionych, choć z ambicjami.

W pierwszej rundzie w ogóle nie trafią oni na przeciwnika ze ścisłej czołówki – w żadnej innej grupie nie mieliby tak dobrze. W następnej fazie, jeśli oczywiście do niej awansują, zmierzą się z co najwyżej dwoma potentatami, i to potentatami, których świetnie znają – Rosją oraz Serbią. Gdyby los rzucił Polaków do drugiej turniejowej „połówki”, niemal każde starcie kazałoby się spodziewać walki do ostatniej kropli potu.

W Saitamie powinno być inaczej. Egipt i Portoryko to w siatkówce egzotyka; Chińczycy, z którymi biało-czerwoni zagrają w piątek nad ranem czasu warszawskiego, nigdy nie osiągnęli pozycji zbliżonej do wysoko cenionych wśród kobiet rodaczek; Japończycy – tak jak Polacy – nigdy nie wrócili do tłustych lat 70. Najpoważniejszym rywalem w pierwszej rundzie wydają się Argentyńczycy prowadzeni przez trenowanego kiedyś przez Lozano, Jona Uriarte, ale i oni w żadnym razie nie uchodzą za pretendentów do medali.

Sprzyjające losowanie narzuca pewien rygor – wygrywać trzeba z każdym, i to najlepiej bardzo wysoko. Pojedyncza wpadka może zaprzepaścić wszystko, a jeśli się ona nie przytrafi, to prawdopodobnie starczy jeden triumf nad potęgą (do wyboru wspomniane Rosja lub Serbia), by przebić się do półfinału, czyli osiągnąć najlepszy wynik na MŚ od 32 lat. To rywale, których Polacy nigdy nie pokonali w meczu o naprawdę niebagatelną stawkę. Zwłaszcza Rosjanie sprawiają jednak wrażenie drużyny rozbitej. Do Japonii nie przyleciały takie asy, jak Tietiuchin, Uszakow, Chamucki i Baranow, a Paweł Abramow mówi wprost, że on i partnerzy przestali czerpać przyjemność z gry w siatkówkę.

U Polaków jest inaczej – wszystko przebiega idealnie zgodnie z planem. W czwartek perfekcjonizm Lozano przegrał tylko z tradycyjnym chaosem FIVB, która często miewa organizacyjne wpadki, ale chucha na każdy grosz. W hotelu Royal Pines pożałowała na wynajem sali telewizyjnej i w najnowocześniejszym kraju świata zabrakło sprzętu do taktycznych odpraw z użyciem analiz wideo. Po burzliwej awanturze menedżerowie reprezentacji ustalili, że sami zrzucą się po 180 dolarów, by jednak znaleźć dodatkową salę.

Nawet to była inicjatywa drużyny polskiej, ponoć przygotowanej pod każdym względem jak nigdy. Tak, ta nużąca mantra nie brzmiała jeszcze tak prawdziwie – jak nie teraz, to kiedy?

Łukasz Żygadło: W żadnym razie nie myślimy tak: jak teraz się nie uda, to pewnie już nigdy, bo losowanie było świetne, rywale są słabi, nie można z nikim przegrać. Takie zadręczanie się nie ma sensu, za bardzo koncentrowalibyśmy się na perspektywie porażki. Myślimy tylko o następnym meczu, chcemy wykonywać kolejne małe kroki. Zresztą faworytom też się może coś przytrafić – Nikola Grbić już się asekurował, że Serbom czasem na początku nie idzie i żeby kibice się nie przejmowali.W ogóle wszystko przebiega nadspodziewanie dobrze. Obawialiśmy się, jak to będzie w drużynie po takim długim czasie spędzonym razem, ale nawet kiedy zanosi się na coś niedobrego, to szybko obracamy sprawę w żart. I taka będzie ta pierwsza runda – więcej zależeć będzie od nas niż od przeciwników.

Wojciech Grzyb: Przygotowywaliśmy się tak długo, kosztowało nas to tyle wyrzeczeń, że teraz po prostu nie wyobrażam sobie, byśmy zawiedli. Trzeba zrobić wszystko, żeby jakoś ugrać ten medal. Warunki mamy znakomite, tutaj zresztą wszystko jest niezwykłe. W całej karierze nie widziałem np. tak gigantycznej hali – kiedy wjechaliśmy pod nią autobusem, bez końca krążyliśmy po ogromnych ślimakach, jakby miała wielkość małego miasta. W środku jest pięknie. Całość tworzą ruchome części, które w zależności od potrzeb składają się na 37-tysięczny stadion, 20-tys. halę albo jeszcze mniejszą kameralną salkę. Aż chce się grać.

źródło: gazeta.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
mistrzostwa świata

Więcej artykułów z dnia :
2006-11-16

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved