Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Jacek Grabowski: Jestem do zadań specjalnych w Gwardii

Jacek Grabowski: Jestem do zadań specjalnych w Gwardii

Najpierw wprowadził drużynę żeńską do Serii A, prowadząc ją z powodzeniem w lidze. Potem z mężczyznami Gwardii z „marszu” awansował do ekstraklasy siatkarzy. Dziś, trener-beniaminek świętuje sukces zajęcia 6. miejsca w PLS-ie.

Dariusz Gintowt: Przede wszystkim gratulacje za zajęcie wysokiego szóstego miejsca w PLS dla Ciebie i zespołu. Jak czuje się trener, który wraz drużyną był beniaminkiem w ekstraklasie mężczyzn a po trudnym początku ligi osiągnął taki sukces?

Jacek Grabowski: – Dziękuję bardzo za te ciepłe słowa, zespół zasłużył na słowa uznania – nie mówiąc już o mojej skromnej osobie. Czuję się bardzo dobrze w sytuacji kiedy udało się osiągnąć ten cel. Jednak łatwo nie było. W tych latach, gdy pracowałem z zespołami seniorskimi to byłem takim człowiekiem do zadań specjalnych, bo najpierw wziąłem dziewczyny i awansowałem z nimi do Serii A (dawna LSK – przyp. red.) – co mi się udało w pierwszym sezonie – później zespół miałem utrzymać. W drużynie grały wtedy bardzo młode zawodniczki niektóre nawet po szesnaście, siedemnaście lat.



Teraz mężczyźni, dwa lata temu podjąłem wezwanie, debiutując w roli szkoleniowca męskiego zespołu. Celem był awans do PLS, udało się to zrobić a w tym roku kolejnym krokiem było utrzymanie tego zespołu. Debiutowałem w PLS-ie, co było najważniejsze stworzyliśmy DRUŻYNĘ i zrealizowaliśmy cel z nawiązką zajmując na koniec gier 6. miejsce.

Czy wiesz co Ciebie łączy z trenerem reprezentacji Brazylii, Bernardo Rezende?

Jacek Grabowski: – To, że on również pracował z kobietami?

Podczas meczu play-off, tak się emocjonował spotkaniem, zerwał ścięgno Achillesa. Czyli jest w takiej sytuacji zdrowotnej jak Ty. W związku z tym chciałem zapytać przede wszystkim jak Twoje zdrowie zanim padną kolejne pytania?

Jacek Grabowski: – Zdecydowanie ta sytuacja utrudnia mi pracę, tym bardziej, że nie mogłem pojechać na końcowe mecze play-off. W tej chwili kończę już nosić gips. Mam nadzieję, że tam to się wszystko dobrze pozrastało. Teraz rozpocznę rehabilitację, która niestety nie wiadomo ile potrwa. Przy całym nieszczęściu, szczęście było w tym, że nastąpiło to w takim momencie, gdzie był już duży spokój w zespole. A pro po jeszcze Rezende, dotychczas myślałem, że prowadzenie kobiet i mężczyzn nas „łączy”, on oczywiście na poziomie reprezentacji, ja na poziomie ligi, ale nie jest to „złe porównanie”.

Przy „okazji” tego, że nie mogłeś pracować bezpośrednio z zespołem w końcówce rozgrywek, jakie są wtedy możliwości trenera, aby pomóc zespołowi?

Jacek Grabowski: – Byłem w kontakcie bezpośrednim z moim szanownym asystentem, Szymonem Fiedorowem, nawet w czasie meczu rozmawialiśmy, aczkolwiek to, że ja akurat byłem w pewien sposób niedysponowany może to miało na zespół pozytywny wpływ. Jeśli los nie sprzyja tu, to może gdzie indziej można go zrównoważyć.

Wróciłbym do początku sezonu 2005/6, rozpoczęliście rozgrywki z plagą kontuzji. Jak przyjmowałeś wtedy nienajlepsza postawę zespołu, zdając sobie sprawę jakie są główne tego przyczyny?

Jacek Grabowski: – Powiem szczerze, że był to bardzo trudny moment dla mnie, bo nie dość, że faktycznie debiutowałem w tej lidze, która w tym roku uważam, była bardzo silna – już przed sezonem fachowcy zapowiadali, że będzie to najsilniejsza liga w ostatnich latach, cztery „eskportowe” zespoły – i ja w tym „towarzystwie” z drużyną, która z góry była już skazana „na pożarcie”. Taka sytuacja już na początku nie daje dobrego samopoczucia a myśmy przez 12. kolejek udowodniali, że ci, którzy nazywali nas „czerwoną latarnią” mieli rację. Ja w tej chwili oczywiście trochę żartuję, ale wtedy wcale nie było mi do śmiechu. Mieliśmy od pierwszych spotkań plagę kontuzji. Maciek Krupnik wyeliminował się na dość długo, Piotrek Poskrobko tuż przed pierwszym meczem odniósł uraz, Maciek Zając też nie był w pełni sił. Wykonaliśmy pewne desperackie ruchy z Mierzejewskim na przyjęciu zagrywki. Próbowaliśmy coś działać.

Po tym niełatwym okresie, jakie symptomy zauważyłeś w zespole, wskazujące, że będzie lepiej – nie tylko chyba przyjście Wojciecha Szczurowskiego było powodem zmiany gry Gwardii?

Jacek Grabowski: – To przyjście Wojtka na pewno było widoczne i „namacalne”, natomiast było ostatecznym dopełnieniem. Na pewno również ten zespół wymagał jakiegoś wzmocnienia, jakiegoś impulsu, który „ożywił” by grę. Powiem szczerze, że od początku wierzyłem, że to się uda, naprawdę wierzyłem, mimo, że dzisiaj trudno to udowodnić. Na pewnej konferencji prasowej, po przegranym meczu, zadano mi pytanie sformułowane w ten sposób: „…Pewien trener koszykówki powiedział, że postawi wszystko na osiągnięcie zamierzonego rezultatu.” Mnie zapytano czy i Ja bym wszystko postawił na swój zespół – a było to w pierwszej rundzie, gdzie zajmowaliśmy zdecydowanie ostatnie miejsce – odpowiedziałem, że tak, jestem w stanie to zrobić. Wierzyłem głęboko w sukces i myślę, że to było też ważne, że Ja nie spuszczałem głowy, nie poddawałem się smętnym nastrojom, ale na pewno takim pozytywnym bodźcem było przyjście Wojtka do drużyny, która poczuła wtedy swoją siłę.

Graliście później dobrze, a nawet bardzo dobrze momentami, przyszedł mecz z Piłą, 2-0 dla gości i 24-24 w trzecim secie. Z boku było widać, że w tej niesamowicie trudnej sytuacji zachowujesz „zimną krew”. Jak się czułeś „głębiej”?

Jacek Grabowski: – Na pewno starałem się być spokojny, choć oczywiście spokój był w dużej mierze „sztuczny”, bo trudno być spokojnym przy stanie 0-2. Podchwyciłem hasło, które rzucił Pavel Chudik, że ci młodzi chłopcy (Piła grała w bardzo odmłodzonym składzie – przyp. red.) nie mogą grać tak długo dobrze, w którymś momencie muszą „pęknąć”. W takich sytuacjach rola trenera, uważam, nie polega na mówieniu wciąż zespołowi co można poprawić, skoro tamci grają „jak z nut” a nam nic nie szło. Można się tylko odwoływać do „głowy” i tylko to robiłem. Jednocześnie należało zadziałać na przeciwnika, wykorzystać jakiś jego błąd. Na tym to polega, żeby nie stracić wiary, bo jeżeli się traci wiarę, to już jest koniec.

Gwardia nie traciła wiary, co widać po wynikach. Jak byś podsumował „spokojniejszy czas” dla Twego zespołu, czyli udział w play-off?

Jacek Grabowski: – W fazie pucharowej zaczęliśmy od zwycięstwa ze Skrą. Dla nas to był bardzo dobry moment, że akurat wtedy trafiliśmy na przyszłych mistrzów Polski. Fajne, że udało się wytworzyć taką atmosferę, która spowodowała sprawienie sobie niezłego „prezentu”. Graliśmy już dla przyjemności, co podkreślaliśmy wielokrotnie, że chcemy teraz tą grą się „bawić”, to miało nam sprawić satysfakcję. No i uważam, że takie podejście się sprawdziło, to nie tylko ma być dla zawodników, praca, obowiązek, ale i przyjemność. Udowodniliśmy, że grając bez presji, bez tego co przeszkadza, tak naprawdę, bez negatywnych emocji – można by się tu powołać na prawo Yerkesa – Dodsona o związku optymalnego poziomu motywacji ze skutecznością działania(śmiech) – czyli przy właśnie optymalnej motywacji można uzyskiwać maksymalne wyniki. Problem w tym, że wszyscy o tym mówią, ale nie mówią jak to zrobić. Gra „na luzie” najprawdopodobniej o to prawo „zahacza”.

„Zahaczając” o przyszły sezon, co w Twoim zespole uważasz za skuteczne, a co trzeba by było jeszcze poprawić?

Jacek Grabowski: – Nie odkrywam żadnej „Ameryki”, że naszym najsilniejszym atutem był blok, bo tu byliśmy w klasyfikacji PLS-u najwyżej, mieliśmy dwóch czołowych blokujących: Jakuba Markiewicza – Kuba wygrał ten ranking – i Macieja Krupnika – był piąty. W tym kierunku dużo robiliśmy, żeby nie popełniać błędów, nie ryzykować w ataku, gdzie było to niepotrzebne a dostarczać przeciwnikowi piłkę, w odpowiednie miejsce, aby sobie grę ułatwić i żeby grę sprowadzić do najlepszego działania jakim był blok. Na tym polegają m.in. gry zespołowe, aby chować to co słabsze a eksponować swoje silne strony. W związku z tym o słabszych stronach nie będę mówił.

Nad czym głównie pracowaliście na treningach, jeśli to nie tajemnica?

Jacek Grabowski: – Dużo koncentrowaliśmy się nad blokiem i obroną, nie jest to żadną tajemnicą, że współpraca między tymi działaniami była przez nas szlifowana najbardziej – to była podstawa naszej pracy. Znacznie więcej problemów mieliśmy z kończeniem kontr – to też nie jest tajemnicą – właśnie przyjście Wojtka powiększyło skalę naszych możliwości w ataku. Wojtek dobrze się rozumiał z Pavlem Chudikiem i to też wpłynęło na poprawę ataku. Jednakże, blok-obrona tym głównie przeciwstawialiśmy się rywalom. Robiliśmy te rzeczy, które można poprawić, bo jeśli ktoś nie skacze 360cm jak robi to z dużą naturalnością Mariusz Wlazły to nie będzie tak atakował, natomiast jeżeli ktoś nie broni tak jak Ignaczak to – oczywiście może nie będzie bronił tak nigdy w życiu – ale musi się do niego zbliżać, bo może tą różnicę nadrobić pracą.

Czy Twoi siatkarze, mimo dużej wiary jaką w nich pokładasz, zaskoczyli Cię jednak w Rzeszowie, gdzie chociażby obronili dwa meczbole?

Jacek Grabowski: – Wiarę w meczach z Rzeszowem opierałem na trzech faktach: po pierwsze, w rundzie zasadniczej w Rzeszowie byliśmy bardzo blisko zwycięstwa. Po drugie, grając u nas mecz w play-off, Rzeszów był osłabiony brakiem Perłowskiego, Łuki, z Józefackim po kontuzji – a to prawie cała siła Resovii, we Wrocławiu grając bez Maćka Krupnika, przegraliśmy „na styk”, więc po powrocie Krupnika nasze szanse wzrosły w Rzeszowie. I po trzecie, może to najważniejsze, na wyjazdach gramy lepiej.

Czy w tym miejscu mógłbyś się odnieść do problemu, że Gwardia wygrywała w tym sezonie wyłącznie na wyjeździe?

Jacek Grabowski: – Tutaj nie ma większego logicznego uzasadnienia. Jedyny racjonalny powód to taki, że nie jest to nasza hala, my w niej na co dzień nie trenujemy, na co dzień nie gramy.

Jednak można by powiedzieć, że tym bardziej Waszą halą nie były inne obiekty sportowe w Polsce, więc problem jest na pewno bardzo złożony?

Jacek Grabowski: – Tak, oczywiście to nie jest takie proste. Mimo, że nie jest to nasza hala to wszyscy przeciwnicy traktują ją jak naszą i przyjeżdżają, aby wygrać w Gwardii. W związku z tym jest presja, jest „mus”, trzeba wygrać, a my musimy grać „jak u siebie” – czyli jakby czujesz się zobowiązany do wygranej – a tak nie jest, bo nie czujemy się dobrze, gdyż tak naprawdę nie jesteśmy u siebie.

Czyli większość pracy trenera w takich meczach polega na zrzuceniu takiej presji z zawodników?

Jacek Grabowski: – Na ten temat można by wiele ciekawych prac naukowych napisać, bo pewne rzeczy są tu trudno wytłumaczalne. Jest to też problem przyszłego sezonu, ale być może damy radę częściej bywać w Orbicie i tym samym będzie to obiekt bardziej przyjazny. Związane jest to z przychylniejszym „patrzeniem” władz miasta na te kluby, które korzystają z Orbity i ze zmniejszeniem dla nich opłat, jest szansa, że będziemy tam czuli się lepiej.

W grach zespołowych generalnie indywidualnych „cenzurek” się nie wystawia, bo jest to bardzo trudne. Ale co mógłbyś o swoim zespole powiedzieć jako o grupie ludzi?

Jacek Grabowski: – Najważniejsze w zespole jest to, aby ta grupa ludzi znalazła dla siebie określony sposób funkcjonowania. Bo każdy zespół jest inny, ja co prawda, mam większe doświadczenie z drużynami kobiecymi, ale mechanizm jest ten sam. Uważam, że jest to bardzo ważny element uzyskiwania dobrych wyników – co najważniejsze, wyników dostosowanych do możliwości zespołu. Póki co, miałem okazję być i tym, który jest na „górze” tabeli w I lidze mężczyzn, gdzie trzeba było atakować i wygrywać, i byłem tam gdzie trzeba było się przede wszystkim bronić, poczuć z tym związaną presję, myślę oczywiście o tym sezonie. Natomiast wszystko to musi być odzwierciedlone w sposobie oddziaływania na zespół, w sposobie współpracy z zawodnikami, aby wszystko dobrze funkcjonowało. Muszą być liderzy w grupie, bo bez tego się nie da nic zrobić, formalni i nieformalni, najlepiej, aby te funkcje były tożsame. Osobowości zawodników muszą być wykorzystane dla dobra zespołu. Trzeba wartościować, często kosztem może jakiś innych osób w zespole, kosztem swojej ambicji – to są rzeczy bardzo trudne do wyważenia. Jeżeli to się udaje to jest bardzo dobrze, gdyż wiele niepowodzeń w zespołach wynika z konfliktów na linii zawodnik-zawodnik, zawodnik-trener.

Póki co, widać, że w Gwardii ta trudna sztuka prowadzenia grupy ludzi udała się. Przecież i u Ciebie w zespole na pewno były różne trudności związane z indywidualnymi cechami zawodników?

Jacek Grabowski: – Ja miałem trudne charaktery w zespole, bo wiele osób mi odradzało Kubę Markiewicza, problem z tym zawodnikiem polegał na tym, że był on skonfliktowany z poprzednim trenerem w tym klubie. On miał złe skojarzenia z klubem, ja z kolei z tym, że ktoś na tym samym stanowisku był skonfliktowany z zawodnikiem – to nie ułatwia początku pracy. Nie musiałem Kuby zatrudnić, do mnie należał wybór, ale po wielogodzinnej rozmowie z nim stwierdziłem, że podejmę się tego zadania. Kolejny rok to kolejny trudny charakter w zespole – Pavel Chudik, o którym w Polsce mówiło się, że to nie najłatwiejsza osobowość. Podjąłem to wyzwanie i wcale nie żałuję, ani jednego, ani drugiego. Było kilka sytuacji, w których musieliśmy się razem „dotrzeć”, ale wszystkim one wyszły na dobre. Dziś mogę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolony ze współpracy z Pavlem, jest to ciekawy człowiek.

Co możesz powiedzieć dziś o przyszłym sezonie, bo w radio „Aplauz” wypowiedziałeś się pozytywnie na swój temat dotyczący prowadzenia Gwardii w przyszłym sezonie?

Jacek Grabowski: – To prawda, dostałem propozycję prowadzenia drużyny w kolejnym roku i wstępnie ją przyjąłem, niemniej żadnych jeszcze podpisów nie składałem. Jak to zwykle bywa „o tej porze” na ten temat mogę powiedzieć bardzo mało. Ja bym chciał, żeby wiele się wyjaśniło jak najszybciej. Jest tu bardzo dużo znaków zapytania. Powiem co bym chciał: to jest najpewniejsze. Chciałbym oprzeć zespół na zawodnikach, którzy byli już w tej drużynie. Nie chcę nikogo skrzywdzić, bo osiągnęliśmy pewien sukces. Dlatego nikogo nie chciałbym tu „skreślić”, ale na pewno mogę śmiało powiedzieć, – tu nikogo myślę, że nie obrażę – że najsilniejsze nasze punkty, czyli Maciek Krupnik i Kuba Markiewicz, no i Pavel Chudik, który dobrze wkomponował się w zespół, będę chciał, aby tworzyli trzon teamu. Natomiast dalej nic mogę teraz powiedzieć. To są moje „pobożne” życzenia. Gdybyśmy dzisiaj mieli podpisane kontrakty lub posiadane 2,3-letnie umowy, to można by powiedzieć, że tacy gracze już są a szukamy na daną pozycję takiego a takiego zawodnika. W naszej sytuacji pewne rzeczy trzeba zacząć od nowa.

Czy przekształcenie Gwardii w spółkę akcyjną ma jakiś wpływ na przygotowanie zespołu do sezonu?

Jacek Grabowski: – Ten temat bardziej dotyczy władz klubu, prezesa Fiedorowa, prezesa Plichty czy menagera zespołu Łopacińskiego. Ja mam nadzieję tylko, bo nie muszę się na tym znać, że to pomoże nam a nie zaszkodzi. Choć z tego co wiem, to korzyści z takiego przekształcenia niekoniecznie musimy już dojrzeć dziś.

Dziękuję za rozmowę, życząc mniej stresów w przyszłym sezonie i szybkiego powrotu do pełni zdrowia.

Jacek Grabowski: – Dziękuję bardzo i pozdrawiam wszystkim kibicom, dziękując im za to, że nas nie opuszczali w trudnych chwilach, jeździli z nami po Polsce, to jest bardzo ważne w pracy trenerskiej, bardzo ważne dla zawodników – jest dla kogo pracować, wygrywać, starać się. Mamy taką pracę publiczną czy społeczną, aby być dla kibica. Cieszę się, że nasi sympatycy będą mogli w przyszłym sezonie znów oglądać najlepsze zespoły we Wrocławiu.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
PlusLiga

Więcej artykułów z dnia :
2006-05-06

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2021 Strefa Siatkówki All rights reserved