Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > Czas zacząć finał Ligi Światowej

Czas zacząć finał Ligi Światowej

Jedno zwycięstwo dzieli polskich siatkarzy od sukcesu, na jaki czekamy od 22 lat. By to osiągnąć, dzisiaj z Kubą mogą nawet przegrać. W 1983 roku Polacy po raz ostatni stanęli na podium seniorskiej imprezy, zdobywając srebrny medal mistrzostw Europy.

Jedno zwycięstwo dzieli polskich siatkarzy od sukcesu, na jaki czekamy od 22 lat. By to osiągnąć, dzisiaj z Kubą mogą nawet przegrać, choć trener Raul Lozano nie chce o tym słyszeć. W 1983 roku Polacy po raz ostatni stanęli na podium seniorskiej imprezy, zdobywając srebrny medal mistrzostw Europy.

Po latach tłustych, erze triumfów zainspirowanej przez niedoścignionego Huberta Wagnera, nasza siatkówka chudła w oczach. Nadchodziły czasy niespełnionych nadziei – juniorskich sukcesów, a potem rozczarowań w dorosłym sporcie. Zagumny, Gruszka, Murek, Świderski i Ignaczak, czyli kluczowe od lat postaci reprezentacji, dobrze wiedzą, co znaczy poczucie, że czas przecieka przez palce. Trenerów wymieniano co półtora roku, a i tak w najlepszym razie kończyło się na tzw. nieprzynoszącym wstydu, czyli piątym miejscu, bo wiecznie perspektywiczni siatkarze w rozstrzygających chwilach zawodzili.



Brazylia ponad światem

Jeśli ufać suchym statystykom, Polacy się przełamali, pokonali pewną barierę. Do czołowej czwórki też przecież nigdy się nie wdarli. Wczoraj w nowoczesnej, 18-tysięcznej hali „Beogradska Arena” widać było, że poczuli szansę. Zerwali się skoro świt, by rozgrzewkę przeprowadzić wcześniej niż planowano i punkt dziewiąta rozpocząć właściwe zajęcia. Podczas treningowej gierki nikt nie odpuszcza, zawodnicy pokrzykują, strofują się, cieszą z udanych akcji, słowem, zasuwają, aż miło patrzeć. Czasem nawet w zapale tracą nerwy i dochodzi do kłótni – Łukasz Kadziewicz ostro zrugał Krzysztofa Ignaczaka, który zdaniem środkowego reprezentacji złośliwie komentował jego nieudane zagrania.

W rozsadzanym przez ambicje, męskim gronie spięcia zdarzać się muszą. Na poważniejsze waśnie nie ma jednak miejsca, bo w Belgradzie mamy przekonać się, czy trener Raul Lozano był w stanie, w dwa miesiące wprowadzić do elity nową siłę. Albo przynajmniej pogrozić elicie palcem. Z rewelacyjną Kubą jego drużyna zagra „tylko” o rozstawienie. Właściwe półfinały odbędą się w sobotę. Jeśli Polacy Kubę pokonają, zagrają z przegranym meczu Brazylia – Serbia i Czarnogóra. Jeśli nie, zagrają z jego zwycięzcą.

Dzisiaj można więc „odpuścić”, a mimo to wygrać turniej, a jednak jest o co się bić – można uniknąć Brazylii. Przyjmując, że gospodarze jej nie sprostają, zwycięzca spotkania Polska – Kuba wpadnie na nią dopiero w finale, a to absolutny faworyt, drużyna grająca pięknie i skutecznie, która w ostatnich latach zdominowała siatkówkę w stopniu, o jakim np. piłkarze „Canarinhos” – też przecież uchodzący za bezkonkurencyjnych – mogą tylko pomarzyć. Dość powiedzieć, że gdyby nie wpadka w Portugalii sprzed kilku tygodni, Brazylijczycy przystępowaliby do turnieju finałowego z serią 35 kolejnych zwycięstw w LŚ! Teraz mierzą w trzeci z rzędu triumf w rozgrywkach.

Byle uciec z Kuby

Polacy z zaciekawieniem przyglądali się Kubańczykom, którzy rozpoczęli trening tuż po nich. Z zaciekawieniem, bo choć w siatkarskiej czołówce wszyscy grają ze wszystkimi nawet po kilka razy do roku, a potem spotykają się jeszcze w lidze włoskiej, to poddani Fidela Castro stanowią przypadek osobny. Nie mogą wyjeżdżać z kraju, więc i w pełni rozwijać swoich talentów. Czasem się buntują i uciekają, ale wtedy wypadają z reprezentacji. Sebastian Świderski wspominał wczoraj syna wiceprezesa tamtejszej federacji, który jakiś czas temu uciekł rodakom i wylądował we Włoszech, Piotr Gruszka przywoływał rok 2001, kiedy podczas pobytu w Belgii od kadry odłączyła się cała grupa siatkarzy. Trener Świderek narzekał, że kasety z zapisem ich meczów sprzed LŚ trzeba było wyrzucić właśnie dlatego, że wolność wybrał ich rozgrywający.

Gdyby nie rejterady gwiazd, Kubańczycy byliby na stałe w ścisłej światowej czołówce. W fazie grupowej najlepiej atakowali i blokowali, a Raydel Poey Romero zdobył najwięcej punktów. Polacy nie grali z Kubą od porażki 0:3 mundialu w 1998 roku, ale dzisiejsze czasy to – jak mówi trener Świderek – zupełnie inna epoka.

Inna zwłaszcza dla biało-czerwonych, których świadomość, że uzyskali już najlepszy wynik w dziejach LŚ, ma dodatkowo motywować, a nie rozleniwiać. Lozano nie zna pojęcia meczów bez stawki i Kubę chce pokonać, choć być może będzie manipulował składem, by nie odsłaniać wszystkich kart. Rywale będą uważnie patrzeć, a we współczesnej siatkówce dobre rozpoznanie przeciwnika to połowa sukcesu. Taktyczna konsekwencja ma być zresztą dziś sposobem na Kubańczyków, bo to drużyna bazująca na młodzieńczym entuzjaźmie i niesamowitej, wrodzonej sprawności, lecz nie zawsze grająca z głową i zimną krwią.

Na prośbę FIVB wszystkie drużyny wystąpią w Belgradzie w nietypowych, jednolitych strojach. „Canarinhos” zagrają na żółto, Serbowie – na niebiesko, Kubańczycy – na czerwono, Polacy – na biało. Brazylijski dziennikarz żartował – ale z nutką dumy w głosie – że jego siatkarze założą barwy najbardziej odpowiednie dla drużyny regularnie sięgającej po złoto. I zaraz dodał: wam, Polakom, kolor też wróży dobrze. Jeśli ma rację, jeśli Polaków rzeczywiście stać na srebro – niechby zresztą był nawet brąz – to osiągną życiowy sukces. LŚ to impreza towarzyska, ale prestiżowa – pokażą ją telewizje ze 140 krajów, nawet mongolska czy jeden z kanałów Al-Jazeery. Dość już honorowych porażek, dość słodko-gorzkich występów, po których zostaje niedosyt. Wystarczy jedno zwycięstwo – w sobotę lub niedzielę – by wreszcie spojrzeć na świat z wysokości podium.

źródło: gazeta.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności

Więcej artykułów z dnia :
2005-07-08

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2020 Strefa Siatkówki All rights reserved