Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Przyjemny powiew dawnej PlusLigi

Przyjemny powiew dawnej PlusLigi

Ostatnimi czasy polska siatkówka, która przecież nie tak dawno, bo w roku 2014, przeżywała swój najlepszy okres, nie ma się najlepiej. Reprezentacja pod wodza Ferdinando de Giorgiego zawiodła oczekiwania kibiców na rozgrywanych u nas mistrzostwach Europy i nie usprawiedliwia jej nawet to, że owe zawyżone oczekiwania to efekt narracji proponowanej przez ekspertów zasiadających na wygodnych fotelach Polsatu.

Włoski szkoleniowiec zbudował w naszej lidze maszynę do wygrywania, bo tak ZAKSĘ trzeba nazwać, patrząc na dwa ostatnie sezony. Maszyna ta nie zawojowała jednak Ligi Mistrzów, odpadając w starciu z rosyjskim Biełgorodem, który coraz bardziej przypomina zespół oldboyów. Z ligi odpływają sponsorzy, Trefl Gdańsk osierocony przez spółkę Lotos musiał szukać ratunku u kibiców i organizować zbiórkę przez internet, co oczywiście się udało, ale nie jest to raczej droga dla zawodowego klubu na dłuższą metę. ZAKSA ma znacznie mniejszy budżet niż dotychczas, Kielce po raz kolejny zmieniają nazwę (a więc głównego sponsora), Bydgoszcz nadal gra jako Łuczniczka (a więc sponsora nie ma). Z ligi za chlebem wyjechali Dawid Konarski i Bartosz Kurek, dotychczasowi bombardierzy mistrza i wicemistrza, kontrakty przed samym rozpoczęciem rozgrywek zerwali potencjalni liderzy drużyn z miejsc 3 i 4 – Tillie i Perrin. Co więcej do tej pory niezawodny w temacie pokazywania siatkówki Polsat zaczyna sezon od przepełnionych błędami grafik przedmeczowych, a zagubionym komentatorom nie pomagają problemy ze sprzętem. Czy więc możemy mówić o początkach wieków ciemnych dla piłki siatkowej w Polsce? Początek października zdaje się temu przeczyć.



Granie meczów o godzinie 13:00 i 12:30 nie wydaje się najlepszym pomysłem, nawet jeśli jest to sobota i niedziela, co potwierdzą na pewno fani dwóch mediolańskich drużyn z futbolowej Serie A. Biorąc jednak pod uwagę to, że w godzinach wieczornych rozstrzygały się losy eliminacji do mundialu w Rosji, wczesne popołudnie z siatkówką można było zaakceptować. I się nim delektować, bo to, co pokazały drużyny w dwóch pierwszych hitowych starciach tego sezonu, naprawdę mogło robić wrażenie. W sobotę w hali w Rzeszowie tutejsza Resovia podjęła ZAKSĘ i naprawdę trudno było wskazać faworyta tego starcia. Mecz przypominał najlepsze pojedynki obu drużyn w ramach półfinałów wtedy jeszcze rozbudowanej fazy play-off. Grano wtedy do trzech wygranych meczów, a ZAKSA z Resovią często walczyły aż do ostatniego meczu o prawo gry w finale. Wtedy to oglądaliśmy najefektowniejszą siatkówkę w Polsce. Szybka, twarda i niepozbawiona ozdobników, czego nie można było powiedzieć wtedy o dominującej bełchatowskiej Skrze, w której grze obserwowaliśmy więcej pragmatyzmu, sprytu, co oczywiście miało wymierny efekt w postaci tytułów mistrzowskich. Na Podpromiu w drugim meczu obu zespołów fajerwerków nie brakowało. Trzeba jednak przyznać, że nawet w tych wspaniałych sezonach, w których w pasiastej koszulce występował Grozer, nie mieliśmy na polskich parkietach takiego wirtuoza rozegrania, jakim jest Benjamin Toniutti. To on, a także Sam Deroo zrobili różnicę i to dzięki nim ZAKSA ostatecznie mecz wygrała, oddając rywalom jednego seta. Belg Deroo robi nieustanny postęp. W ekipie z Kędzierzyna nie ma już ani Konarskiego, ani Tillie. Obok Sama występuje więc zdecydowanie defensywny i pozbawiony atutów w ataku Buszek, a nowy atakujący – Torres – dopiero zgrywa się z drużyną. Dlatego gwiazdor reprezentacji prowadzonej przez Vitala Heynena jest bardzo obciążany. Toniutti rzuca mu wszystkie trudne, np. źle przyjęte piłki, często wybiera go też na kontrze. W drugiej kolejności obsługuje środkowych. Dlatego właśnie Deroo w meczu z Resovią tak zaimponował. Grał skutecznie i efektownie, ale nie po odbiorze w punkt i na pojedynczym bloku, ale właśnie wtedy, gdy ZAKSA miała problem. Oczywiście takie obciążenie sprawiło, że w czwartym secie musiał go zmienić Szymura i trzeba przyznać, że dobrze zastąpił kolegę z podstawowego składu. Na szczęście dla obrońców tytułu Torres w sobotę zaczął już wyglądać znacznie pewniej w ataku, bo to, że będzie straszył zagrywką, było pewne. Tylko wgranie w zespół reprezentanta Portoryko pozwoli odpocząć trochę Deroo i da ZAKSIE szanse na trzeci tytuł z rzędu.

Resovia przegrała rzecz jasna po dobrym meczu i z bardzo mocnym rywalem, więc nie ma co specjalnie bić na alarm. W przekroju całego sezonu może mieć jednak problem dotrzymać kroku przeciwnikom. Tichacek mimo wszystko był przez ostatnie sezony tylko rezerwowym, a więc jego awans do wyjściowej szóstki można rozpatrywać jako osłabienie zespołu (co było widać szczególnie na tle będącego w wyśmienitej formie Toniuttiego). Zastąpić nie udało się tez Perrina, choć tutaj oczywiście trudno winić sam klub, a raczej pozwalający na niewywiązywanie się z umów system. Liderami w ataku mają być leworęczni Śliwka i Rossard oraz wracający do Polski Jakub Jarosz. Może się to oczywiście udać, bo dwaj pierwsi mają olbrzymi potencjał i mogą nawet w trakcie sezonu wejść na poziom wystarczający do walki o mistrza, a Jarosz też pewną jakość zapewnia. Może, ale nie musi, a na ławce raczej trudno o godne zastępstwa. Jest co prawda Jochen Schoeps, ale czy niemiecki arbiter elegancji jest jeszcze w stanie wykrzesać z siebie tyle, by Sovia pokonywała potentatów? Trudno powiedzieć, a najlepszą ilustracją średniego okresu transferowego w wykonaniu rzeszowian jest chyba pozycja libero i reinkarnacja Pawła Ruska, który sam się chyba nie spodziewał, że przywdzieje jeszcze w swojej karierze koszulkę jednej z wielkich drużyn. Najmocniejszą, a na pewno najwyższą formacją Resovii wydaje się środek. Możdżonek i uczący się od niego Lemański mogą przestraszyć niejednego atakującego vis a vis siatki. Analizując poprzednie sezony, także mecze reprezentacyjne i sobotnie starcie, ma się jednak wrażenie, że i tak to ZAKSA ma na środku więcej jakości. Wróćmy jeszcze na chwilę do meczu na Podpromiu. Idealnie pokazał on różnice miedzy atakującymi z Rzeszowa i Kędzierzyna, a konkretnie jednym z nich – Samem Deroo. Belg, nawet gdy już nie skończy akcji, pozostawia piłkę w grze. Nie dostaje tak zwanych czap, które tak efektownie wyglądają w telewizji, nie uderza po autach. Bywa podbijany, ale wtedy Bieniek i spółka mogą ustawić blok, często też piłka wraca na drugą stronę, a w kontrze Toniutti potrafi się zabawić jak mało kto i zagrać krótką na metrze. Jarosz czy Śliwka są bardziej zerojedynkowi. Nie mając takiego zaawansowania technicznego, potrafią oczywiście uderzyć bardzo mocno i z bardzo wysoka, nie dając szans nawet tak elastycznej kędzierzyńskiej obronie. Zdecydowanie częściej jednak ich błędy w ataku oznaczają automatycznie stratę punktu. Początkowo obie drużyny starały się unikać ryzykownych rozwiązań i często rezygnowały z szalonych ataków, dzięki czemu gra była płynna i dobrze się spotkanie oglądało. Z czasem jednak mecz się zaostrzył i widzieliśmy, który z ofensywnych zawodników ma do zaoferowania najwięcej.

Taka siatkówkę ogląda się najprzyjemniej. W sobotę wróciły wspomnienia z dawnej PlusLigi, którą przecież gloryfikujemy, właśnie mając w pamięci głównie szlagiery. Kiedyś zawodziły one znacznie rzadziej niż choćby w poprzednim sezonie (a dzięki play-off było ich też dużo więcej). Absolutnie nie zawiódł również niedzielny hit. Jastrzębski Węgiel, ostatni mistrz przed erą Skry, kontra Skra właśnie, mistrz ośmiokrotny, dla wielu synonim polskiej siatkówki klubowej. Brzmi to tak, jakby te spotkania zawsze rozgrzewały do czerwoności, a przecież tak nie było. Jastrzębianie zaczęli się znowu liczyć w poprzednim sezonie, ostatecznie kończąc z brązowym medalem, ale nie było pewne, czy utrzymają gwiazdy w składzie i czy będą zdolni powtórzyć tak udaną kampanię. Skra też potrafiła zaliczyć słabszy sezon, to już nie ten hegemon z najlepszych latach. Niedzielny mecz przywrócił jednak starciom tych zasłużonych ekip blask. W dniu, w którym Polska zyskała wejściówkę do piłkarskiego raju, w siatkarskim znaleźli się kibice siatkówki. Zaprowadził ich tam niezastąpiony superbohater Hidalgo Oliva, któremu dorównać próbowali równie nadludzcy Wlazły i Muzaj. Tak pisząc o spotkaniu JW – Skra, trudno zgodzić się z Chruszczowem i odejść od kultu jednostki. Siatkówka to sport zespołowy, powiecie, ale tak jak w każdym takim i tu różnice robią gwiazdy. Oczywiście wielkie brawa należą się wszystkim, bo całe spotkanie oglądało się z zapartym tchem, a nie udałoby się to, gdyby nie równa i dobra gra wszystkich zawodników. Ostatecznie to jednak piekielne zagrywki Olivy, jego show po kolejnym zdobytym punkcie, kreatywność, jak celnie ujął to komentujący Ireneusz Mazur, i ogólnie trochę komiksowy wizerunek, a także ten niewyobrażalny dla zwykłego śmiertelnika wyskok Muzaja (nierównego jak zwykle, efektownego jak zawsze) oraz charakteryzująca największych herosów regularność i długowieczność Wlazłego sprawiły, że oglądaliśmy być może najlepszy mecz sezonu. Mecz, w którym zabrakło tylko tie-breaka, ale trzeba Jastrzębskiemu Węglowi przyznać, że zasłużył na trzy punkty. Mimo wszystko gospodarze przeważali i choć poszczególne sety mogły skończyć się zupełnie inaczej, gdyby inaczej potoczyły się losy jednej piłki, to jednak gdzieś w ogólnym rozrachunku lepsi byli zawodnicy ubrani na biało. Na pewno jednym z powodów takiego stanu rzeczy był nowy nabytek JW – Quiroga – który w porównaniu z De Rocco ma do zaoferowania znacznie więcej w ataku i solidny Kampa zyskał nowe możliwości w ataku. Kolejnym mógł być środek. Patryk Czarnowski, z całym szacunkiem, to nie jest gość na pierwszą szóstkę przyszłego mistrza kraju. Sam Srećko Lisinac, wyśmienity przecież internacjonał, nie przeciwstawi się może trochę słabszym, ale jednak działającym w duecie Boruchowi i Kosokowi. Przewagę Jastrzębia pewnie tworzył też libero, bo Piechocki niedzielnego meczu do udanych nie zaliczy i nie chodzi tu tylko o serię Olivy, która zasłużenie szybko stała się viralem. Czy jednak to wszystko ma oznaczać, że Skra jest słabsza od swoich ostatnich przeciwników, a i z ZAKSĄ raczej nie wygra? Nie, bo to jest Skra. Mariusz Wlazły, mimo 34 lat na karku, jest w stanie sam wygrać mecz z każdym rywalem. Z czasem do formy musi wrócić Karol Kłos, a to przecież aktualny mistrz świata! Nawet Lisinac nie może się pochwalić takim osiągnięciem. Ebadipour, pierwszy Pers w naszej lidze, potrzebuje pewnie trochę więcej czasu na aklimatyzację (Quiroga również jest z daleka, ale ma Olivę. Oliva, związany z Niemcami, miał Kampę). W końcu najważniejszy dla kształtu gry każdej drużyny rozgrywający, a więc Grzegorz Łomacz, rozegrał w żółto-czarnej koszulce zaledwie dwa mecz, w tym jeden przed niedzielnym starciem z Jastrzębiem. Skra nie ma najbardziej imponującego składu w Polsce, ale na pewno może się liczyć i pewnie liczyć się będzie, jak zwykle notując po drodze jakieś wpadki, by ostatecznie i tak zgromadzić w łódzkiej Atlas Arenie komplet pomagierów w najważniejszych meczach sezonu. Pytanie tylko, o medal jakiego koloru.

Wspaniale rozpoczął się ten sezon PlusLigi. Mimo wszystkich przeciwności losu, o których traktował pierwszy akapit tego tekstu, mimo porwanych na strzępy kolejek (w trzeciej serii gier JW i Skra grały swój… pierwszy mecz) z różnych powodów, dostaliśmy już dwa mecze na najwyższym światowym poziomie. Mecze, które przypomniały dawną PlusLigę. ZAKSĘ z rewelacyjnym Deroo, potrafiącym w jednej akcji nabić piłkę potężnie o blok, by za chwilę niczym Schoeps za najlepszych lat kiwnąć ją lekko w martwą strefę na środku boiska, z Benem Toniuttim, chyba najlepszym rozgrywającym świata, którego pobyt nad Wisłą jest jak sen, z którego nie chcemy się wybudzić. Resovię, z rzeszą kibiców za sobą, z Rossardem, na którego liczy cała siatkarska Francja i Śliwka – nadzieja Polaków, w końcu z dwoma szachowymi wieżami w centrum szachownicy Możdżonkiem i Lemańskim. Skrę z wiecznym, niestarzejącym się chyba Wlazłam, którego gra od 10 lat niczym się nie różni z korzyścią dla widza, ale też Skrę z problemami, które w niewyjaśniony sposób i tak uda się rozwiązać. I w końcu dostajemy Jastrzębie i N’Gapetha w wydaniu kubańskim, ale też już trochę polskim. Mowa oczywiście o Olivie, showmanie i superbohaterze, którzy do tego wszystkiego jest jeszcze piekielnie skuteczny. A przy nim dorasta Robin – Maciej Muzaj – skaczący w przestworza i szukający skosów, o jakich inni nawet by nie pomyśleli. A wszystko to oferują nam tylko 4 drużyny, a przecież PlusLiga to też Onico Warszawa z pięknym, prostym znakiem, to też Cuprum Lubin, które w sparingach wygrywało mecz za meczem i ma ciekawy skład, to w końcu Olsztyn osierocony przez Gardiniego, ale na pewno niebędący na straconej pozycji.

Narastająca wraz z kolejnymi linijkami tekstu emfaza jest zamierzenie przesadzona. Nie jest tak dobrze jak na mistrzostwach świata juniorów, nie jest z naszą siatkówką tak dobrze jak w dwóch pierwszych hitach PlusLigi. Na pewno jednak nie jest też tak źle, jak niektórzy to przedstawiają i jak rzeczywiście mogło się w pewnym momencie wydawać. Rozwodzić się nad tym proponuję jednak dopiero po kolejnym starciu gigantów. W środę wieczorem ZAKSA zmierzy się z Jastrzębiem. Będzie co oglądać.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2017-10-11

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2017 Strefa Siatkówki All rights reserved