Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Michał Winiarski: Szacunku nie zdobywa się przez mówienie sobie per pan

Michał Winiarski: Szacunku nie zdobywa się przez mówienie sobie per pan

fot. Aleksandra Twardowska

– Choć teraz nic już mnie nie boli i czasem poodbijam sobie piłkę z chłopakami, to luźna forma zabawy siatkówką sprawia mi o wiele większą przyjemność niż zawodowy sport – o kolejnym rozdziale w karierze opowiada mistrz świata z 2014 roku i drugi trener PGE Skry Bełchatów, Michał Winiarski.

Obserwowałam pana podczas sparingu z Jastrzębskim Węglem. Przywarł już pan do trenerskiego krzesełka i stało się ono wygodne, czy nogi czasem rwą się do podbicia piłki?



Michał Winiarski:Dokładnie o to samo koledzy pytali mnie przed meczem! Odpowiedź była prosta – ostatnie dwa lata zawodowego uprawiania sportu były dla mnie za ciężkie. Nie kojarzyły mi się z przyjemnością grania w siatkówkę, ale z wiecznym cierpieniem. Choć teraz nic już mnie nie boli i czasem poodbijam sobie piłkę z chłopakami, to luźna forma zabawy siatkówką sprawia mi o wiele większą przyjemność niż zawodowy sport. Ta druga generuje konieczność ciągłych treningów i wyrzeczeń, a nie wiem, czy ponownie byłbym na nie gotowy. Nie zapomniałem, jak wiele temu poświęciłem i ile bólu kosztowały mnie dwie poprzednie operacje. Tyle się nacierpiałem, że nie ciągnie mnie do czynnego uprawiania siatkówki.

W wywiadzie przed pana ostatnim meczem w karierze wspomniał pan o fizycznym bólu i o tym, że chciałby pan stęsknić się za siatkówką. Jest to możliwe, kiedy z pozycji zawodnika od razu wskoczył pan w rolę trenera?

Odpoczynku od siatkówki potrzebowałem jako zawodnik. Przemawiały za nim jedynie moje problemy zdrowotne – kiedy człowiek codziennie męczy się z bólem, to jego psychika zaczyna odrzucać to, co jest jego źródłem. Sport wręcz denerwował. Gdy nastał moment odpoczynku, to wszystko samoistnie się ułożyło. Siatkówkę kochałem przez całe życie, podobnie jak piłkę nożną. Drugą również uprawiałem, ale w tę pierwszą szło mi lepiej i nigdy nie żałowałem swojego wyboru. Teraz, gdy na zakończenie kariery zawodniczej patrzę z perspektywy, to wiele moich obaw znika. Najważniejsza z nich odeszła w niepamięć w meczu o superpuchar. To właśnie w czasie tego spotkania na ławce trenerskiej poczułem emocje, których wcześniej doświadczałem tylko na boisku. Był to dla mnie dobry sygnał na przyszłość. Czekam więc na kolejne mecze o punkty i o stawkę.

Jest pan już w stu procentach statecznym i poważnym trenerem, czy koledzy, z którymi pan wcześniej grał, pozwalają sobie na żarty?

Ze mną poza boiskiem całe życie będzie zabawne. Teraz jednak jestem po to, by pomóc pierwszemu szkoleniowcowi w wykonywaniu jego założeń taktycznych i by w każdy możliwy sposób udało nam się razem dotrzeć do chłopaków. Oczywiście zdarza się, że zawodnicy pozwolą sobie na jakiś żart albo ja się z nich pośmieję, ale jest to naturalne. 

Mariusz Wlazły mówi do pana per „panie trenerze”?

Nie, nie mówi, ale każdy z chłopków może do mnie mówić po imieniu. Chodzi o to, że szacunku nie zdobywa się przez mówienie sobie per pan.

Transformacja z członka teamu do człowieka, który może zacząć od niego wymagać, była prosta?

Dla mnie było to rzeczą naturalną. Sam dwukrotnie przechodziłem podobne sytuacje z Miguelem Falascą oraz Stephane’em Antigą. Nawet jeśli prywatnie bardzo się ze sobą przyjaźniliśmy, to od tego momentu traktowałem ich wyłącznie jako szkoleniowców. To, że zwracali mi na coś uwagę albo podnosili głos, było w pełni uzasadnione. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której ktoś nie mógłby tego zrozumieć. Jeśli ktoś ma z tym kłopot, to chyba nie nadaje się do sportu.

Rozmawiała Sara Kalisz, sport.pl

źródło: sport.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2017-09-30

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2017 Strefa Siatkówki All rights reserved