Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Jakub Bednaruk: Czuję się gotowy na kadrę

Jakub Bednaruk: Czuję się gotowy na kadrę

fot. Katarzyna Antczak

– Działanie trenera jest podobne niezależnie od tego, czy gra w I lidze, czy kieruje mistrzem Polski. W Warszawie, Bydgoszczy nie pracowałbym inaczej niż w innym klubie. Uważam, że jestem gotowy na wyzwanie, ale jednocześnie jestem teraz w trudnej pozycji. Nie mam kompleksów, nie jadę cały czas na bajerze, co roku wiem więcej i uczę się wielu rzeczy. Równie dobrze może skończyć się tak, że sezon mi nie wyjdzie i wszyscy znudzą się Bednarukiem. W Polsce wystarczy jeden sukces, by stać się bohaterem i małe potknięcie, by zniknąć – powiedział Jakub Bednaruk, szkoleniowiec Łuczniczki Bydgoszcz.

Od jednego z twoich byłych zawodników słyszałam, że często powtarzałeś zespołowi, że nawet jeśli nie ma wystarczających umiejętności, to są inne czynniki, dzięki którym można wygrać mecz. Ile sezonów takie teksty działają?

Jakub Bednaruk: – Zawsze jest tak, że na wygraną składa się wiele czynników. Praca zaczyna się już w szatni. Czasem zdarza się, że pojawia się osoba, która narzeka i ciągnie zespół mentalnie w dół – ją należy wyrzucić. Każdy zespół działa na emocjach – nawet wielkie Barcelona czy Real. Do emocji dochodzą umiejętności siatkarskie. Jeśli ich nie ma, to tego pierwszego czynnika trzeba dodać jeszcze więcej. Przewagi szuka się wszędzie. Nie wiadomo, co ostatecznie wypali.



W AZS-ie zrobiliście fantastyczną robotę marketingową. Z klubu, który nie był mile widziany w ekstraklasie, stworzyliście produkt smaczny i dający się lubić. Też chyba masz cechę rozpychania się łokciami, wpychania się tam, gdzie cię nie chcą i powodowania, że ludzie odczuwają do ciebie sympatię.

– Naszą ideą było stanie się szczerym, sympatycznym zespołem, którego się lubi. Nas nie wolno było lekceważyć, bo dawaliśmy z siebie maksa, choć było biednie. Wyszliśmy do kibiców i spowodowaliśmy, że ludzie zaczęli myśleć: „Kurcze, fajni są!”. To była przemyślana strategia.

Czujesz, że mogłeś zrobić dla AZS-u coś więcej, niż ci się udało?

– Nie. W ogóle nie czuję, że coś zmarnowałem, czy straciłem. Jeśli przez pięć lat podejmuje się setki decyzji, to nie ma możliwości, by nie popełnić błędu. Przez ten czas jednak żaden zespół, który wydał mniej na zawodników, nie był wyżej w lidze niż warszawski. Wiem, że kibic powie, że pieniądze nie grają, ale to jest bzdura. Postronni nie zdają sobie sprawy, że kiedy budowałem Łuczniczkę, to część ofert od managerów nawet do mnie nie trafiała, ponieważ wiedzieli, że nas nie stać na ich zawodników. W tym roku bardzo mocno zaryzykowałem z obcokrajowcami i jestem przekonany, że to wypali. W Warszawie robiłem to samo. Z zaświatów wyciągnęliśmy Adriana Gontariu, który i tak przegrał z Pawłem Adamajtisem. Przejechałem całą I ligę, by znaleźć talenty. Jak na nasze realia to każdy z osiągniętych wyników był sukcesem.

Wraz z końcem sezonu pojawiły się konferencje prasowe, podczas których mówiłeś o tym, że wszystko kiedyś się kończy, życzyłeś powodzenia Stephane’owi Antidze i mówiłeś, że chcesz wszystkiego co najlepsze dla Politechniki. Nie uwierzę, że nie miałeś żalu.

– Oczywiście, że miałem. W grudniu zdałem sobie sprawę z tego, że będzie to mój ostatni sezon w AZS-ie. Po dwóch, trzech potknięciach wiedziałem, że nie jest tak, jak wcześniej. Kiedy pojawiła się perspektywa pieniędzy, wszystko się zmieniło. Wcześniej w wielu rzeczach dawano mi wolną rękę.

Już nie byłeś tym samym Jakubem Bednarukiem, co na początku.

– Nie mogłem być tym samym, ponieważ klub się zmieniał. Za mało było dla mnie miejsca. W końcu go zabrakło. Z perspektywy widzę, że powinien odejść już rok wcześniej. Pięć lat w jednym klubie to bardzo długo, ale nie żałuję niczego i wciąż go uwielbiam.

Mówiono, że twój fenomen polega na tym, że dostajesz zespoły, od których niewiele się oczekuje. Jeśli nie spadnie – jest dobrze i każdy inny wynik traktowany jest jak sukces. Gdybyś dostał potentata, czułbyś się równie komfortowo, wiedząc, że pieniądze wymagają?

– Czułbym się i zachowywał dokładnie tak samo, ale z innymi zawodnikami. Działanie trenera jest podobne niezależnie od tego, czy gra w I lidze, czy kieruje mistrzem Polski. W Warszawie, Bydgoszczy nie pracowałbym inaczej niż w innym klubie. Uważam, że jestem gotowy na wyzwanie, ale jednocześnie jestem teraz w trudnej pozycji. Nie mam kompleksów, nie jadę cały czas na bajerze, co roku wiem więcej i uczę się wielu rzeczy. Równie dobrze może skończyć się tak, że sezon mi nie wyjdzie i wszyscy znudzą się Bednarukiem. W Polsce wystarczy jeden sukces, by stać się bohaterem i małe potknięcie, by zniknąć. Na razie pracuję tak, jak potrafię najlepiej. To samo robiłbym w najlepszym klubie świata.

Jakbyś dostał kadrę, to zrobiłbyś rewolucję?

Jeżeli kiedykolwiek pojawi się temat kadry, to o tym zdecyduje najpierw mój prezes Piotrek Sieńko. Miałbym na nią pomysł, ale na razie nie mam do tego głowy. Moim zmartwieniem na tu i teraz jest kontuzja brzucha najlepszego polskiego blokującego, czyli Mateusza Sacharewicza. Gram z Wojtkiem Jurkiewiczem na środkach przeciwbólowych i innym środkowym, który ma rozwalonego Achillesa. Czuję się gotowy na kadrę i nie boję się gwiazd – już miałem je w swoich zespołach. Przecież dwa lata pracowałem z Gumą i się nie pozabijaliśmy! Nie zrobiliśmy sobie krzywdy nawet z Marcinem Nowakiem! Ponoć tak trudny Guillaume Samica co dwa dni pisze mi SMS-y: „Jesteś piękna kobieta!”, bo uczy się polskiego i cały czas ze mnie żartuje. Potrafię pracować z ludźmi, ale w pustym pokoju nie myślę o tym, co zrobiłbym, gdyby na mojej drodze stanęła kadra. Jeśli związek będzie chciał mnie wysłuchać, to zadzwoni. Jeżeli tego nie zrobi, to trudno. Będę wspierał każdą osobę, która dostanie tę robotę, bo wydaje mi się, że w takiej sytuacji będzie to najwłaściwsze zachowanie.

Cytując: „Wiem, jak jest w sporcie. Porzucają, podrzucają, ale zapominają złapać”. Czemu więc pchasz się na ręce i krzyczysz: „Wyżej”?

– Ponieważ nie boję się tego, jak będę spadał, a na pewno spadnę. Ancelottiego zwolnili z Bayernu po dwóch miesiącach. W pewnym momencie mogę się też znudzić. Ten cytat, który zapożyczyłem, jest z Probierza. Jeden z czołowych polskich trenerów zajął się Cracovią i jest ostatni. Pół roku temu był jednym z najlepszych szkoleniowców w Polsce, a teraz jest najgorszy? Fefe był dwa lata na topie, a teraz jest nieudacznikiem? Wniosek jest prosty. W sporcie nie zawsze dwa plus dwa równa się cztery. 

*Rozmawiała Sara Kalisz
*Więcej w Gazecie Wyborczej

źródło: sport.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, PlusLiga, reprezentacja Polski mężczyzn

Tagi przypisane do artykułu:
, , ,

Więcej artykułów z dnia :
2017-10-06

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2017 Strefa Siatkówki All rights reserved