Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > reprezentacja Polski mężczyzn > Grzegorz Ryś: Nadchodzi czas na polski sztab szkoleniowy

Grzegorz Ryś: Nadchodzi czas na polski sztab szkoleniowy

fot. archiwum

– O ile na poziomie reprezentacji zabrzmiał dzwonek ostrzegawczy, że niekoniecznie trener zagraniczny gwarantuje jakość, poziom oraz wynik, to w klubach raczej nic nie wskazuje, aby ktokolwiek pochylił się nad tym zagadnieniem. Uważam, że problem jest bardzo poważny – powiedział w rozmowie ze Strefą Siatkówki Grzegorz Ryś, obecny szkoleniowiec reprezentacji Izraela.

W ostatnich latach w męskiej siatkówce panowała moda na zagranicznych szkoleniowców. Po ostatnim sezonie reprezentacyjnym skończył się mit cudownych zagranicznych trenerów?



Grzegorz Ryś:Obawiam się, że ta moda w dalszym ciągu panuje, i o ile na poziomie reprezentacji zabrzmiał dzwonek ostrzegawczy, że niekoniecznie trener zagraniczny gwarantuje jakość, poziom oraz wynik, to w klubach raczej nic nie wskazuje, aby ktokolwiek pochylił się nad tym zagadnieniem. Uważam, że problem jest bardzo poważny i nadchodzi czas, aby dokonać weryfikacji obecnie panującej mody. Do tej pory mieliśmy pięciu zagranicznych trenerów, którzy prowadzili naszą męską kadrę. Trzeba uczciwie przyznać, że w tym czasie nasza reprezentacja regularnie zajmowała miejsca 5-8 na igrzyskach olimpijskich, na pozostałych imprezach rozpiętość wyników była olbrzymia: od złotego medalu aż do jedenastego miejsca. Czyli wahania wyników były bardzo duże. Zdobyliśmy worek medali, niestety bez tego najważniejszego, którym miał być medal olimpijski. A to był  w zasadzie główny cel naszej kadry.   

W ostatnich latach tylko Raul Lozano pracował z kadrą przez cztery lata. Zabrakło stabilizacji? A może zagranicznych szkoleniowców zgubiła pogoń za wynikiem?

Podejrzewam, że każdy trener tworzył plany na cztery lata, lecz zmiany na stanowisku następowały szybciej. Czy te kolejne plany układały się w spójną całość? Obawiam się, że nie i dlatego mieliśmy taką rozpiętość wyników. Być może szaleńcza pogoń trenerów za wynikiem za wszelką cenę również powodowała taką sytuację. Trener Anastasi powiedział, i słusznie, że on przychodzi do reprezentacji zrobić wynik. Ja się z nim zgadzam, bo tak to powinno wyglądać. Ale żeby zrobić wynik, muszą być do tego podstawy. Trener powinien mieć do dyspozycji grupę zawodników o odpowiednich umiejętnościach technicznych i taktycznych, dających możliwość zdobycia medalu. I tacy zawodnicy byli za czasów Raula Lozano i Daniela Castellaniego. Niestety nikt nie dokonał analizy, jakim składem osobowym dysponowali kolejni trenerzy na przestrzeni ostatnich lat. I być może tu dochodzimy do sedna problemu.

Czyli konieczność osiągnięcia wyniku, parcie na zdobycie medalu przesłoniły rozwój męskiej reprezentacji i przygotowywanie szerszej grupy zawodników do gry w niej?

Zarówno Lozano, jak i Castellani mieli liczną grupę bardzo dobrze wyszkolonych zawodników, począwszy od rocznika 1976 (Gierczyński, Prygiel) aż do rocznika 1985 (Możdżonek, Gromadowski). Doliczyłem się co najmniej 23 zawodników, a trzon kadry stanowiły złote roczniki 1977 i 1983. Każdy z nich mógł grać w podstawowym składzie i gdybyśmy sprawdzili, to tak właśnie było. Na każdą imprezę jechało dwunastu bardzo dobrych zawodników. U Castellaniego zaczęli pojawiać się następcy z rocznika 1987, lecz oni debiutowali w kadrze. Począwszy od trenera Anastasiego, grupa zawodników zaczęła być systematycznie zmniejszana, pole manewru było coraz mniejsze, gdyż trener skupiał się na wąskiej grupie zawodników. Wprawdzie na mistrzostwa świata w roku 2014 wrócił Mariusz Wlazły, wsparty przez Pawła Zagumnego oraz Michała Winiarskiego i złoto stało się faktem. Niestety u Stephane’a Antigi zostaliśmy z  grupą 14-15 zawodników przed igrzyskami w Rio. I nagle zaczynamy nerwowo spoglądać do tyłu, gdzie są kolejni zawodnicy przygotowani do gry w kadrze? Jeżeli policzymy, ilu mamy zawodników dzisiaj, tuż po mistrzostwach Europy, gotowych do gry o medale, to być może doliczymy się 15, może 16! Na pokolenie złotych juniorów Sebastiana Pawlika przyjdzie nam poczekać 2-3 lata i tego niestety nie przyspieszymy.

Praca Ferdinando de Giorgiego z reprezentacją Polski pokazała, że zagraniczny szkoleniowiec nie jest gwarantem sukcesu?

Ostatnie mistrzostwa Europy pokazały, że trener zagraniczny też się myli, popełnia błędy i nie gwarantuje wyniku. A być może okazało się również, że nie jest jedyną opcją na stanowisku selekcjonera. Nie twierdzę, że polski trener nagle wszystko zmieni i znowu wrócimy na piedestał. Ale być może jest to czas, aby wrócić do polskiego trenera i całkowicie polskiego sztabu.

Gdzie upatrywałby pan przyczyn tego, że trenerowi de Giorgiemu nie udało się odnieść sukcesu z reprezentacją Polski? Zabrakło mu konsekwencji w stawianiu na młodzież, a może nie potrafił wytworzyć odpowiedniej atmosfery w drużynie narodowej?

Za utrzymanie atmosfery w zespole odpowiada nie tylko pierwszy trener czy sztab szkoleniowy, ale również sami zawodnicy. Jest to złożony proces, w którym każde ogniwo ma duże znaczenie. Zdarzają się przecież sytuacje w różnych drużynach, gdzie jeden zawodnik swoją postawą czy zachowaniem może zupełnie rozwalić zespół. Budowanie atmosfery oraz wzajemnego zaufania zajmuje bardzo dużo czasu i często zdarza się, że jedna przypadkowa sytuacja, nieopatrznie powiedziane słowo czy decyzja podjęta pod wpływem emocji może to wszystko zrujnować. Nie wiem, czy trener de Giorgi nie potrafił przekonać do siebie zawodników, czy do swoich metod pracy, a być może coś się wydarzyło w trakcie pracy z kadrą, co miało później tak smutny koniec?

Młodzież powinna wchodzić do reprezentacji i do gry stopniowo, w meczach o niezbyt dużym ciężarze gatunkowym, na przykład w turniejach towarzyskich, później w Lidze Światowej i dopiero na końcu w meczach na imprezach docelowych. Na mistrzostwach Europy czy mistrzostwach świata nie ma czasu na ogrywanie młodych zawodników, gdyż tam się walczy o punkty, zwycięstwo i medal. Odstępstwem od tej zasady może być całkowite „przemeblowanie” kadry w roku poolimpijskim. My jesteśmy właśnie rok po IO. Można zadać pytania: czy my dokonaliśmy „przemeblowania” składu? Czy takie były założenia przed sezonem? Czy takie punkty budowania reprezentacji były zawarte w programie, który przygotował trener de Giorgi? Czy PZPS zaakceptował taką strategię? Większość odpowiedzi powinna być zawarta w raporcie, który trener złożył po mistrzostwach.

A może zadecydował brak doświadczenia w pracy z reprezentacją?

Według mnie tak, ponieważ specyfika pracy z reprezentacją jest zupełnie inna. W klubie w danym sezonie trener ma do dyspozycji 12-14 zawodników, długi okres przygotowawczy i mecze ligowe, które rozgrywa się przeważnie raz lub czasami dwa razy w tygodniu. Szczyt formy przygotowuje się na końcówkę sezonu, trwa to blisko 6-7 miesięcy. Można modyfikować plan, gdy coś nie wychodzi. Trener ma więcej czasu, aby przygotować zespół do kolejnego meczu, można przećwiczyć w tygodniu różne schematy gry pod danego przeciwnika, można wykorzystać statystyki do opracowania strategii gry bez zbytniego pośpiechu. W reprezentacji wygląda to zupełnie inaczej. Okres przygotowań jest krótszy, zależny od kalendarza rozgrywek, np. Ligi Światowej, a później mistrzostw Europy, mistrzostw świata czy igrzysk olimpijskich. Reprezentacja gra turnieje, czyli około 7-9 spotkań w kilkanaście dni. Jest zbyt mało czasu, aby zbudować jeden, a w praktyce dwa szczyty formy. Nie ma czasu, aby skorygować ewentualne błędy w przygotowaniach. Do dyspozycji jest większa ilość zawodników, ale trzeba dokonać selekcji i wybrać tych właściwych, czyli najlepszych i w najlepszej dyspozycji. A to już nie jest takie proste. Najważniejszą różnicą jest jednak specyfika rozgrywanych spotkań. Tu trzeba przygotować zespół taktycznie do gry z dnia na dzień, na analizę statystyk i opracowanie taktyki  jest zaledwie kilkanaście godzin, nie można przećwiczyć pewnych wariantów gry pod kątem przeciwnika, bo po prostu nie ma na to czasu. Różnica w przygotowaniu fizycznym zespołu do turnieju również jest niezwykle istotna. Być może tego doświadczenia zabrakło trenerowi de Giorgiemu i dlatego tak słabo wypadliśmy na mistrzostwach Europy.

Skąd wziął się tak nagły zwrot wśród działaczy PZPS-u w postrzeganiu polskich trenerów, których praca w ostatnich latach była raczej marginalizowana niż doceniana?

Trudno jest mi ocenić, dlaczego się tak dzieje, ale cieszy mnie, że działacze PZPS-u są tak nastawieni. Uważam, że jest to bardzo potrzebny i pozytywny kierunek zmian, ponieważ może to być początek pewnych procesów, które zmobilizują kluby do innego spojrzenia na polskich trenerów. Na pewno nie jest to działanie przypadkowe. Faktem jest, że w ostatnich latach praca polskich trenerów była niedoceniana i trudno znaleźć jedno wytłumaczenie, dlaczego tak się stało. Nie zgodzę się z opiniami, że polski trener nic nie potrafi, a zagraniczny jest skarbnicą wiedzy i zaczynając pracę w polskim klubie, ma gotową receptę na sukces i zawsze ten sukces osiągnie. My również mamy swoje wady, mamy też zalety, i nie mówimy, że jesteśmy lepsi od zagranicznych. Przede wszystkim to nam, polskim trenerom zależało i zależy na budowaniu siły polskiej siatkówki. I potrafimy to robić.

Polscy trenerzy znajdują się przede wszystkim na dole piramidy szkoleniowej. W górnej jej części jakoś nie ma dla nich miejsca – w ostatnich latach nie mogą przebić się ani do pracy w klubach PlusLigi, ani tym bardziej do prowadzenia reprezentacji…

Po pierwsze: to polscy trenerzy znajdują i szkolą przyszłych zawodników reprezentacji Polski. Po drugie: to polscy trenerzy zdobywają medale z młodzieżowymi kadrami na imprezach międzynarodowych. Ostatnim przykładem jest Sebastian Pawlik i jego złota drużyna. Po trzecie: to polscy trenerzy przekazują wyszkolonych zawodników do klubów ligowych. Skoro polscy trenerzy potrafią tak skutecznie i z sukcesami pracować z młodzieżą, to dlaczego panuje przekonanie, że nie potrafią tego zrobić z seniorami? Na jakiej podstawie? W ostatnich latach Andrzej Kowal i Jacek Nawrocki prowadząc odpowiednio Resovię i Skrę, wielokrotnie zdobyli po kilka złotych i pozostałych medali w PlusLidze, a fala hejtu, która się na nich wylała, jest przerażająca. Żaden trener zagraniczny pracując w PlusLidze, nie zdobył takiej ilości medali jak Andrzej i Jacek, z wyjątkiem Castellaniego. I jakoś nikt nie ma pretensji do zagranicznych, nawet jeżeli pracują z zespołami z samego dołu tabeli. W takim razie ile medali musi mieć na koncie polski trener, aby być szanowanym? Piętnaście, dwadzieścia? Gdzie jest szacunek do osiągnięć polskich trenerów? Czy my, Polacy, sami musimy siebie niszczyć? Kiedy to się zmieni?

*we wtorek druga część rozmowy z Grzegorzem Rysiem

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Aktualności, reprezentacja Polski mężczyzn

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2017-10-09

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2017 Strefa Siatkówki All rights reserved