Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Czego zabrakło polskiej kadrze w ME? Ognia i genu zwycięzców…

Czego zabrakło polskiej kadrze w ME? Ognia i genu zwycięzców…

fot. Katarzyna Antczak

W tym sezonie miałam przyjemność oglądać z bliska dwie świetne imprezy. W żadnej nie zabrakło emocji i siatkówki na wysokim poziomie, czyli tego, co tygryski lubią najbardziej. To, że oba turnieje zakończyły się dla reprezentantów Polski zupełnie inaczej, powinno dać trochę do myślenia, ale powinno też dać nadzieję.

Mówię o mistrzostwach świata juniorów i mistrzostwach Europy. Przełom czerwca i lipca spędziłam w Brnie, gdzie od początku do końca śledziłam, jak radzą sobie polscy juniorzy w starciu z rówieśnikami. Juniorska siatkówka rządzi się swoimi prawami i na turnieju w Brnie świetnie było to widać, bo praktycznie wszystkie zespoły potrafiły przegrać wygrane sety. Polacy w Czechach zaczęli od zwycięstwa 3:0 i takim samym wynikiem zakończyli mistrzostwa świata, nie przegrywając w międzyczasie ani jednego meczu. Ba! Nie przygrywając żadnego z 48 rozegranych wspólnie spotkań. Chcąc nie chcąc, takie liczby robią wrażenie. W mistrzostwach Europy polska kadra, ale już seniorów, poradziła sobie dokładnie na odwrót. Zaczęła od porażki 0:3 z Serbią i porażka 0:3, tym razem ze Słowenią, turniej zakończyła.



Byłych już juniorów po raz pierwszy zobaczyłam w Pucharze Polski 2016. Wtedy jeszcze jako SMS PZPS Spała walczyli z PGE Skrą Bełchatów i chociaż w tym starciu przegrali 0:3, to skradli serca wszystkich. Nie wygrali w tamtym sezonie rozgrywek I ligi, ale widziałam wszystkie mecze finałowe z GKS-em Katowice, który chwilę potem znalazł się w PlusLidze. Widziałam, jak razem gryźli parkiet, jak cieszyli się z tych dwóch zwycięstw i jak wspólnie płakali po porażce w ostatnim meczu. A wtedy dopiero wkraczali w oficjalną dorosłość, a jeden z nich na pytanie, czy wolałby zdać maturę, czy wygrać I ligę – odpowiedział: – Wygrać I ligę, maturę zawsze mogę powtórzyć, I ligi już nie wygram. Ale w sumie maturę i tak na pewno zdam!

To był dla mnie jeden z przykładów na to, że cała ta grupa ma w sobie gen zwycięzców. Ale z nim sportowiec nie rodzi się tak po prostu. Nie żyjemy w Stanach Zjednoczonych, gdzie zawodnikom od początku powtarza się, że są najlepsi i mogą pokonać każdego. W Brnie polscy juniorzy konsekwentnie powtarzali, że tę pewność siebie wykuwali wraz z kolejnymi zwycięstwami. Każdy wyszarpany punkt, set i mecz budował w nich gen wygrywania, a ten w końcu przełożył się na triumf w mistrzostwach świata juniorów, który tak pięknie spiął ich młodzieżowe dokonania. Ten zespół, który widziałam w Czechach, był kompletny. Nie tylko pod względem siatkarskim. Każdy za każdego poszedłby w ogień. Dla żadnego z nich nie istniała stracona piłka. Do tej pory pamiętam, jak siedziałam przy moim stoliku za bandami, klepiąc coś na temat półfinału z Brazylią w komputer. Widziałam, że obroniona piłka leci w moją stronę, widziałam, że jej tor lotu trafi idealnie w mój komputer. Nie musiałam nawet patrzeć na boisko, żeby wiedzieć, że któryś z chłopaków za tą piłką pójdzie. Nadal nie spoglądając w stronę parkietu, podniosłam się, zgarnęłam ze sobą sprzęt ze stolika, na którym kilka sekund później wylądował Jakub Ziobrowski. Komputer został uratowany, piłka nie, ale półfinał i tak wygrali. 3:2, ale wygrali. O wiele łatwiej przyszło im zwycięstwo w finale. Po tym wygranym półfinale byli tak pewni siebie, że Kubańczykom ani przez moment nie pozostawili złudzeń, kto jest najlepszy.

Z juniorskiej kadry do seniorów błyskawicznie awansował Jakub Kochanowski. Kapitan reprezentacji i MVP turnieju w Brnie. Środkowy miał okazję pokazać się w Memoriale Huberta Jerzego Wagnera i swoją szansę wykorzystał. Już wcześniej miał pewność, że zagra w mistrzostwach Europy, które niestety były chyba czarą, która przelała gorycz polskich kibiców. W 2014 roku wszyscy wspólnie świętowali mistrzostwo świata, ale już kolejny sezon nie był tak radosny. Owszem, z zespołem pożegnali się siatkarze, którzy stanowili o jego sile: Michał Winiarski, Paweł Zagumny, Mariusz Wlazły czy Krzysztof Ignaczak. Każdy z nich prezentował wysoki poziom i każdy z nich miał inny, ale jednocześnie odpowiedni charakter. Wspólnie z pozostałymi siatkarzami stworzyli w 2014 roku zespół, który sięgnął wtedy po to najcenniejsze trofeum.

Chyba każdy już przełknął to, że z tamtej drużyny nie zostało zbyt wiele. Jasne, część mistrzów świata nadal broni biało-czerwonych barw, ale chyba wszyscy widzą, że z tamtego zespołu nie zostało praktycznie nic. Od 2014 roku próżno szukać sukcesów, bo umówmy się, ale brązowy medal Pucharu Świata ma dokładnie taki sam smak jak czwarte miejsce Belgów w mistrzostwach Europy. Cały turniej obie kadry grały super, a w kluczowych meczach czegoś zabrakło.

Może właśnie tego genu zwycięzców? Belgowie dopiero pukają do światowej czołówki, Polacy w Pucharze Świata już w niej byli, a nawet witali się z gąską w olimpijskim ogródku. Owszem, w styczniu dali z siebie wszystko i w turnieju kwalifikacyjnym odwracając losy tie-breaka z Niemcami, wywalczyli jeszcze jedną okazję do awansu na igrzyska olimpijskie, a potem z tej okazji skorzystali, ale już w Rio de Janeiro znów czegoś zabrakło…

Moim zdaniem chyba właśnie tego genu, który nie pojawia się znikąd. Czy ta jedna porażka z Włochami w Pucharze Świata go zamroziła? Możliwe. Uważam, że od tamtego czasu brakuje tej kropki nad i. Tej kropki zabrakło w Rio de Janeiro, kiedy prowadziliśmy w jednej partii ćwierćfinału z Amerykanami i tego samego zabrakło w pierwszym secie meczu ze Słowenią, który rzutował potem na całe spotkanie i co za tym idzie – bolesną porażkę. Instynkt siatkarskiego zabójcy nie rodzi się z niczego. Miałam nadzieję, że ten polska kadra zyskała właśnie w trakcie heroicznego boju z Niemcami w Berlinie. Okazało się, że jeden wygrany tie-break to jednak za mało, bo potem wszystko się posypało, a ostatnie akordy marszu żałobnego można było usłyszeć niedawno w Tauron Arenie.

ME: Złoci Rosjanie

W Krakowie od początku mogłam obserwować Rosjan. Z nowym trenerem, który po pierwszym zwycięstwie 3:0 stwierdził, że na razie nie ma z czego być zadowolonym. I takim nie był. Pomimo tego, że do finału jego zespół nie przegrał nawet seta, choć kilka razy było takie ryzyko. Między innymi w meczu z Hiszpanią, która ostatecznie odpadła już w pierwszej fazie turnieju. Rosjanie prowadzili 2:0, ale w trzecim secie przegrywali 21:23. Usłyszałam wtedy z tyłu: – Oho. Jeszcze sobie pogramy. Wzruszyłam ramionami, bo czułam, jak się to skończy. Skończyło się tak, jak przewidywałam – 3:0 dla sbornej. Nie straszna im była presja w końcówce, a w zespole późniejszych mistrzów Europy nie brakowało tych młodych gniewnych. Rocznik 1995, który też wygrywał wszystko w młodzieżowych kategoriach wiekowych. Najlepsi z nich znaleźli się w kadrze Siergieja Szlapnikowa i wnieśli tę małą, ale jakże istotną cząstkę. Wśród nich był Dmitrij Wołkow, który co prawda nie został MVP turnieju, ale w mojej opinii tylko dlatego, że najlepszym atakującym musiał zostać Gyorgy Grozer, a co za tym idzie statuetka MVP musiała powędrować w ręce Maksima Michajłowa. On też zagrał świetny turniej, w finale na chwilę się zaciął, ale wystarczyło, że trener wprowadził do gry Aleksandra Butkę, z którym Michajłow gra na co dzień w Zenicie Kazań, i bombardier odzyskał swoją skuteczność, co miało wpływ na końcowy triumf Rosjan.

Szlapnikow niezbyt często musiał reagować na to, co dzieje się na boisku, bo umówmy się, ale pięć meczów wygranych w stosunku 3:0 niezbyt o to wołało. Ale kiedy przyszła na to pora, nie bał się zmian. Może tego też zabrakło w polskim sztabie? Bo zmian albo nie było, albo było ich za dużo. Trudno znaleźć w trakcie turnieju złoty środek, ale właśnie od tego jest sztab szkoleniowy. To on powinien wiedzieć, co jest złe i co trzeba zmienić w momencie, kiedy drużyna przestaje funkcjonować. To nie zmienia jednak faktu, że w trakcie mistrzostw Europy nie widziałam drużyny. Cała 14 zagrała poniżej oczekiwań. To nie był zły turniej Fabiana Drzyzgi, Dawida Konarskiego czy Bartosza Kurka. To im najbardziej oberwało się po porażce. Zabrakło mi zespołowego ognia, który gołym okiem mogłam dostrzec w Brnie.

Nie bez powodu przywołałam dwie polskie kadry. Tę, która na każdym polu w ostatnich latach święciła triumfy i tę, która – delikatnie rzecz ujmując – nie ma się czym pochwalić od 2014 roku. Zmiany są moim zdaniem nieuniknione i absolutnie nie mam tu na myśli powoływania całego juniorskiego składu do dorosłej kadry. Część tych młodych jeszcze chłopaków jest już jednak gotowa. Siatkarsko? Prawdopodobnie. Mentalnie? Zdecydowanie. To, jak bardzo nienawidzą przegrywać, pokazali już w poprzednim sezonie w PlusLidze, ale żaden z nich nie podkulił ogona i nie powiedział „coś nie pykło”. Nie, ja osobiście za każdym razem wiedziałam, co ich zdaniem poszło nie tak. Byli na siebie wściekli, że nie potrafili dobrze przyjąć zagrywki czy skończyć ataku. Odpowiedzialność brali na swoje barki i nie bali się o tym mówić. Zresztą to samo słyszałam po wygranych meczach w Brnie. Wygrali, więc nie powinni mieć do siebie pretensji? Uwierzcie mi. Mieli. Za każdy popsuty serwis i nieskończony atak. Tylko nawet wtedy, kiedy jednemu nie szło, drugi brał na siebie ciężar gry. Nie było jednego lidera. Liderem był cały zespół. Bo jeden siatkarz może wygrać jeden mecz, ale on nie wygra całego turnieju, a co dopiero 48 meczów.

 

I co teraz będzie?

zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

źródło: inf. własna

nadesłał:

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2017 Strefa Siatkówki All rights reserved