Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > VolleyBox 2: Wilfredo, tylko nie narzekaj!

VolleyBox 2: Wilfredo, tylko nie narzekaj!

fot. Michał Ślusarski

Panie Rokitowski, miało być miło i sympatycznie. Muszę przyznać, że dużo myślałem o VolleyBoxie i o tematach, które powinniśmy poruszyć. Żaden nie może równać się z tym, przez który pomału zaczynam się bać otworzyć lodówkę. Nazywa się Wilfredo Leon.

Przemysławie,

zadam pytanie absolutnie retoryczne – czy wiesz, kto to jest Wilfredo Leon Venero? W razie gdybyś nie wiedział, udzielę ci odpowiedzi. To POLSKI siatkarz kubańskiego pochodzenia. Wielki zawodnik (zarówno umiejętnościami, jak i zasięgiem w ataku) i jeszcze większy Polak (tak wynika z tego, co mówi w wywiadach). Co o nim myślisz przyjacielu? Przyda się?

Na to pytanie potrafi w tej chwili odpowiedzieć każdy Polak, który chociaż troszkę interesuje się sportem. To ciekawe, że MY POLACY znamy się (w przeważającej większości) na wszystkim, nawet jeśli mieliśmy z tym kontakt przez krótką chwilę. Na ten przykład ja. Ostatnio byłem pierwszy raz od kilkunastu lat na meczu żużlowym. Znam się na tym, przecież to oglądałem przez dwie godziny. Wiem, kto ile punktów zrobił, klaskałem i uznałem, że było to dobre spotkanie. Parafrazując – każdy, kto widział kilka(naście) meczów siatkarskich w życiu, ma wyrobione zdanie na temat nowego polskiego siatkarza, chociaż przeważająca większość nie wie, co on tak naprawdę sobą reprezentuje. A reprezentuje wiele.



Nie każdy w wieku 17 lat zostaje kapitanem dorosłej reprezentacji swojego kraju. Warto w tym miejscu dodać, że Kuba jest to kraj, który słynie w świecie jako ten, który jest postrzegany za swoistą kuźnię talentów. Leon z Kuby ucieka. Porzuca swój kraj i reprezentację. Wiadomo – polityka, ustrój komunistyczny, chęć rozwoju i życia w cywilizowanym kraju (a między innymi Polska takim właśnie jest) mogą usprawiedliwiać podjęcie przez niego takiej, a nie innej decyzji.

Teraz coś do fanów piłki nożnej – po odbyciu dwuletniej karencji Wilfredo podpisał kontrakt z siatkarskim Realem Madryt – Zenitem Kazań. Czy mu się tam powiodło? Zdobył mistrzostwo i Puchar Rosji, zwyciężył w Lidze Mistrzów i uzyskał tytuł MVP turnieju finałowego. Od 14 lipca 2015 roku jest to POLSKI zawodnik. Siatkarski odpowiednik Lionela Messiego czy Cristiano Ronaldo. Zawodnik, który sam chce grać dla reprezentacji Polski, która o niego specjalnie nie zabiegała (co sam przyznał w kilku wywiadach), mimo ofert z innych krajów, zapewne bardziej intratnych. Zawodnik, który chce BYĆ POLAKIEM.

Pewną polską cechę już nabył – czasem palnie coś głupiego. Tak jak było w przypadku chęci licytowania się ze swoimi hejterami na znajomość historii naszego pięknego kraju (wywiad opublikował jeden z tabloidów). Nie wiem po co, ale chętnie obejrzałbym takie starcie. Zwłaszcza jeśli sędzią takiego historycznego pojedynku miałby być Joakim Broden – wokalista zespołu Sabaton, który Polakiem wcale być nie zamierza, ale polską historię zna bardzo dobrze.

Reasumując – Wilfredo Leon Venero w kadrze Polski? Oczywiście, że jestem na tak! Moim zdaniem nie istnieje na świecie reprezentacja, w której nie wywalczyłby on sobie miejsca w pierwszej szóstce. Trzeba powiedzieć sobie jasno – jest to jeden z najlepszych przyjmujących świata, a biorąc pod uwagę fakt, iż ma on dopiero 22 lata, prowadzi do tego, iż tylko jakiś kataklizm lub własne słabości pozbawią go niedługiej przyszłości tytułu najlepszego na świecie. Niekwestionowanego numeru jeden na swojej pozycji. Polacy lubią narzekać i oby Wilfredo nie zaczął, skoro tak się identyfikuje ze swoją nową ojczyzną. Tylko w tym momencie, po pozyskaniu takiego zawodnika, jakim jest Leon, na narzekanie po prostu nie ma miejsca. Nasza reprezentacja w tej chwili jest najlepsza na świecie. Czy Wilfredo by się w niej przydał? Bezsprzecznie. Pojawiłby się on we właściwym dla siebie miejscu. Wśród najlepszych.


Patryku,

tak się składa, że wiem o kim piszesz. Myślę, że wie cała Polska i to nie tylko ta siatkarska, ale też ta całkowicie asportowa. Po takiej dawce medialnych doniesień o nadaniu obywatelstwa polskiego Wilfredo Leonowi nie sposób nie wiedzieć cóż to za postać. Powiem szczerze – wszystkiego o tym chłopaku na pewno nie wiem (ale też i wszystkiego wiedzieć nie chcę), jednak powoli zaczyna mnie ten temat męczyć. Doceniam klasę zawodnika, doceniam jego intencje, rozumiem medialny szum i zainteresowanie, ale nie dajmy się zwariować! Ileż można wałkować temat, który jest jasny, czytelny i klarowny? W reprezentacji Polski, aktualnie najlepszej drużynie świata, chce grać postać nietuzinkowa – zawodnik, który w wieku 22 lat ma na swoim koncie więcej sukcesów niż duża część siatkarzy zdoła zgromadzić przez całe kariery, zawodnik perspektywiczny, rozwojowy, z ogromnym potencjałem, mogący wnieść wiele dobrego do kadry i na długie lata zapewnić spokój z obsadą jednej z kluczowych pozycji na boisku. Leon chce grać w reprezentacji Polski siatkarzy, jest absolutną gwiazdą tego sportu, więc po prostu się cieszmy i witajmy go z otwartymi rękoma.

Ostatnie tygodnie wywindowały Leona na czołówki porządnych gazet i serwisów internetowych, ale także brukowców, bulwarówek i tabloidów. To tylko pokazuje, jak cenną i wartościową zdobyczą może okazać się ten zawodnik. Nie umniejszając nikomu umiejętności, bo w każdej z uprawianych dyscyplin nie miałbym z tymi osobami najmniejszych szans, ale Leon to nie jest gracz pokroju Emanuela Olisadebe, Damiena Perquisa, Rogera Guerreiro (czy tam Pereiro) ani koszykarzy Joe McNaulla lub Jeffa Nordgaarda. Wszyscy reprezentowali nasz kraj, część stała się synonimem porażki, część święciła drobne sukcesy, a część po prostu przepadła i pamięta o nich tylko grono największych fanów danej dyscypliny. Jeśli Leona miałbym porównać do jakiegokolwiek naturalizowanego Polaka, to byłby to Mamed Chalidow. Czeczen stał się w naszym kraju absolutną gwiazdą mieszanych sztuk walki – tłum go kocha za to, co robi z kolejnymi rywalami w ringu, walcząc pod polską banderą. Dzięki niemu MMA nad Wisłą stało się postrzegane jako sport dla twardych facetów, a nie zwykłe mordobicie i krwawa jatka za grube pieniądze. Polska siatkówka nie potrzebuje takiej promocji i zmiany wizerunku, ale potrzebuje Leona. On może nas wznieść na inny poziom i dać ten błysk geniuszu. Bo że jest geniuszem w tym, co robi, nie mam najmniejszej wątpliwości.

Bardziej niż sam temat powołania Wilfredo do kadry Polski martwi mnie jednak co innego. Oprócz leonomanii, czyli pozytywnego zjawiska związanego ze „spolszczeniem” tego wybitnego gracza i leononiechęci, czyli umiarkowanego sceptycyzmu w stosunku do jego kandydatury, mamy też do czynienia z leonofobią. W mediach (i to nawet tych bardzo poczytnych) trafiłem na teksty i opinie, które Wilfredo Leona nie tyle dyskwalifikują jako reprezentanta Polski, co po prostu mieszają z błotem. Jak zwykle kilku Kowalskich musiało pokazać, że w tym kraju specjalistą od każdego tematu można mianować siebie samego. Nie ważne, że się nie znam, ale się wypowiem. Pół biedy z tą wypowiedzią i własną „specjalistyczną” oceną (każdy ma do niej prawo), ale jeśli jest to robione bez okazania krzty szacunku do drugiej osoby, to już nie jest opinia tylko czyste „wieśniactwo”. Czy nam Polakom tak trudno przychodzi to, żeby w kulturalny i cywilizowany sposób powiedzieć: „sorry, ale ja tego nie popieram”? Czy u nas od razu muszą lecieć soczyste steki przekleństw i wylewanie pomyj? Nie możemy obyć się bez skrajności – coś jest ciepłe, coś jest zimne, a pomiędzy czarna dziura.

Miało być miło i sympatycznie, ale nie jest. Temat Wilfredo Leona Venero wyzwala wiele emocji – u mnie pozytywnych, bo cieszę się na myśl, że tak dobry gracz sam z siebie chce reprezentować nasz kraj. Bez użycia petro-, węglo- czy jakichś innych dolarów, tylko z własnej woli. Nie każdy jednak musi podzielać moje zdanie. Nie zabraniam nikomu bycia przeciwko powołaniu Leona do kadry – to nie czasy cenzury i sztucznej jednomyślności. Myślcie wszyscy co chcecie, wyrażajcie swoje opinie, ale na litość boską zachowujcie się jak obywatele świata XXI wieku i ważcie swoje słowa. Powinniśmy iść do przodu i się umysłowo rozwijać, a nie swoimi zachowaniami nawiązywać do homo erectusa.

„Meduza przeżyła 650 milionów lat bez mózgu. To niesie nadzieję wielu ludziom” – zasłyszałem dzisiaj w radio. Żart? Dla niektórych może i tak, ale dla części temat do zastanowienia na długie zimowe wieczory.

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Zapraszamy na naszego strefowego facebooka!

źródło: inf. własna

nadesłał: ,

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony, inne

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2015-07-28

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2017 Strefa Siatkówki All rights reserved