Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > „Pokaż charakter, Resovio pokaż charakter” – podsumowanie sezonu

„Pokaż charakter, Resovio pokaż charakter” – podsumowanie sezonu

fot. Joanna Skólimowska

"A miało być tak pięknie, miało nie wiać w oczy nam..." mówi tekst pewnej piosenki. Podobne słowa mogą zanucić fani Resovii Rzeszów, która została zbudowana po to, by triumfować we wszystkich rozgrywkach, a zakończyła sezon z jednym trofeum na koncie.

Przed rokiem kibice rzeszowskiego teamu, na zakończenie rozgrywek, mogli zaśpiewać „mistrz, mistrz, Resovia!”. Dla rzeszowian, mimo niepowodzenia na europejskich parkietach, sezon 2012/2013 był udany ze względu na wywalczenie po raz drugi z rzędu tytułu mistrza Polski, a jak wiadomo – apetyt rośnie w miarę jedzenia – i w tym roku miało być jeszcze lepiej. W związku z tym tamtejsi decydenci utrzymali trzon zespołu, dokonując jedynie niewielkich zmian. I tak z klubu odeszli Zbigniew Bartman, Nikola Kovačević, Maciej Dobrowolski oraz Rafał Buszek. W ich miejsce pozyskano Dawida Konarskiego, Fabiana Drzyzgę, Nikołaja Penczewa, Michała Kozłowskiego, którego natychmiast wypożyczono do AZS-u Częstochowa oraz Pétera Veresa. Największe nadzieje wiązano zwłaszcza z tym ostatnim, który jest uznaną marką w siatkarskim środowisku. Węgra bardzo szybko okrzyknięto hitem transferowym, a oczekiwania względem jego osoby były ogromne. To w zasadzie nie powinno dziwić – spędził on pięć sezonów w bardzo wymagającej dla obcokrajowców rosyjskiej Superlidze, stanowiąc o sile najpierw Uralu Ufa, a następnie Dynama Moskwa. Umiejętności trzydziestopięciolatka jednakże zostały bardzo szybko zweryfikowane. W wielu meczach definitywnie zawodził, rzadko kiedy przekraczając granicę dziesięciu zdobytych oczek czy 50% skuteczności. – Wszyscy wychodzą z założenia, że muszę grać fenomenalnie, że nie mogę się pomylić, że nie mogę mieć gorszego dnia. To ciśnienie jest zbyt duże i jest to przytłaczające. Staram się, ale nie jestem aniołem, który zstąpił z nieba i dokona cudów – mówił swego czasu Strefie Siatkówki Veres, próbując wytłumaczyć fakt, iż nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań.

Wracając do składu ówczesnego mistrza Polski, to śmiało można pokusić się o stwierdzenie, iż nawet jeśli były ekipy, które posiadały silniejszą pierwszą szóstką niż on, to w Rzeszowie dysponowano jednym z najbardziej wyrównanych składów spośród wszystkich liczących się w Europie teamów. – Tworzymy zespół kompletny. Jestem przekonany, że każdy z nas mógłby trafić do innego zespołu i mieć w nim pewne miejsce w wyjściowej szóstce – podkreślał Paul Lotman. I rzeczywiście, ten szeroki, równy skład miał być największym atutem podopiecznych Andrzeja Kowala, którzy byli zaangażowani w walkę na kilku frontach – prócz rozgrywek ligowych czekały ich zmagania na europejskich parkietach. Ważne dla nich zwłaszcza było to, by jak najlepiej zaprezentować się w Lidze Mistrzów gdyż, jak już wspomniano, przed rokiem nie odnieśli sukcesu w Europie. Teraz natomiast chcieli udowodnić, iż dwukrotne zdobycie tytułu mistrza Polski nie było dziełem przypadku i są w stanie również święcić triumfy w konfrontacji z europejską elitą. – Możemy być jeszcze lepsi niż przed rokiem – odważnie zapowiedział przed rozpoczęciem rozgrywek Marcin Ogonowski, drugi szkoleniowiec teamu z Podkarpacia.

I tak oto nawet jeśli w przedsezonowych sparingach rzeszowianie spisywali się „w kratkę”, to ich sympatycy nie musieli długo czekać na pierwsze trofeum. Już w połowie października bowiem „resoviacy”, w poznańskiej Arenie, stanęli do walki o Superpuchar Polski, a ich rywalami byli kędzierzynianie. Po dość emocjonującym, pięciosetowym boju triumfowali siatkarze Resovii, co mogło napawać optymizmem nie tylko ich, ale i ich kibiców. Tym bardziej, że równolegle rozpoczęli oni walkę na ligowym podwórku. Ich pierwszymi przeciwnikami były dwa beniaminki – ekipy z Bielska-Białej i Radomia. Rzeszowianie oba te mecze wygrali 3:0, nie dopuszczając do niespodzianki, choć ich gra wyraźnie falowała.



W międzyczasie „resoviacy” przystąpili również do zmagań na europejskich parkietach, gdzie ich rywalami były teamy z Budvy, Paryża i Ceskich Budejovic. Wydawać się mogło, iż los nie mógł być dla nich łaskawszy i łatwiejszej grupy nie mogli sobie wymarzyć. Tymczasem rzeczywistość okazała się być zupełnie inna i podopiecznym Andrzeja Kowala w dwumeczu z Czarnogórcami przydarzyły się dwie „wpadki”, które nie powinny mieć miejsca: najpierw, u siebie, przegrali 2:3, po czym na wyjeździe ulegli im 0:3. Te porażki tłumaczyli faktem, iż wywarli zbyt małą presję na rywalach, pozwalając im tym samym na zbyt wiele. To jednak znacznie skomplikowało ich sytuację w grupie, skutkując tym, że do końca nie byli pewni awansu do I rundy play-off. Ostatecznie jednak pokonali Paris Volley, zapewniając sobie pierwsze miejsce i unikając tym samym kompromitacji, a także fali krytyki, która posypałaby się na ich głowy w razie przegranej.

Ta „droga przez mękę” w stosunkowo łatwej grupie C Ligi Mistrzów mogła dziwić tym bardziej, że równolegle w rodzimych rozgrywkach rzeszowianie radzili sobie o wiele lepiej, notując zwycięstwo za zwycięstwem i umacniając się na fotelu lidera. Co prawda ich gra nie zachwycała, ale za każdym razem potrafili znaleźć wyjście z trudnej sytuacji i przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Świetna passa dziewięciu wygranych z rzędu została przerwana dopiero 26 stycznia, kiedy to ówcześni mistrzowie kraju zawitali na warszawski Torwar. Wówczas to nic nie szło po ich myśli, a ich kibice zaczęli skandować „pokaż charakter, Resovio pokaż charakter!”. I mieli ku temu słuszne powody, bowiem ich ulubieńcy w każdym elemencie siatkarskiego rzemiosła ustępowali warszawianom i ostatecznie ulegli im 1:3. To nie mogło natomiast napawać optymizmem w kontekście dwumeczu z Jastrzębskim Węglem, którego stawką był awans do Final Four Champions League. Zwłaszcza, że jastrzębianie byli dla nich o wiele silniejszym i bardziej niewygodnym rywalem niż stołeczni czy gracze Knack Roeselare, których to stosunkowo pewnie pokonali w I rundzie play-off Ligi Mistrzów.

Pokonując Belgów, siatkarze z Podkarpacia co prawda poprawili wynik sprzed roku, ale to wszystko, na co było ich stać, bowiem podopieczni Lorenzo Bernardiego w II rundzie okazali się być dla nich przeszkodą nie do przejścia. W pierwszym, zaledwie trzysetowym starciu „resoviacy”, grający bez kontuzjowanego Ignaczaka, którego zastąpili Penczew i Masłowski, popełnili aż 25 błędów własnych, w efekcie czego nie byli w stanie nawiązać walki z rywalami. Zawiedli wtedy wszyscy, ale jednym ze słabiej spisujących się graczy był Veres. Mimo to trener Kowal nie zdecydował się na zmiany i jego team został postawiony pod ścianą. Mimo to nie stali na straconej pozycji, bowiem w Rzeszowie jastrzębianie nie wygrali od dawna. Sami zawodnicy zresztą deklarowali, iż wiedzą, co mają robić i nie oddadzą kolejnego meczu bez walki, stawiając rywalom trudne warunki. Jak zapowiedzieli, tak zrobili – rewanż stał na wysokim poziomie sportowym, a losy każdego z setów ważyły się do ostatniej piłki. Ostatecznie jednak nie pomogły starania Jochena Schöpsa i jastrzębianie brutalnie pozbawili rzeszowian marzeń o awansie do półfinałów najbardziej prestiżowych europejskich rozgrywek klubowych. To zresztą nie ostatni raz, kiedy gracze Jastrzębskiego Węgla pozbawili „resoviaków” szansy na wywalczenie trofeum. Nieco ponad miesiąc później, w półfinale Pucharu Polski, zawodnicy ze stolicy Podkarpacia zaprezentowali się dramatycznie w starciu z przeciwnikami z Górnego Śląska i po raz kolejny ulegli im w trzech setach. Rozczarowujący był zwłaszcza styl, w jakim przegrali rzeszowianie – nie zaprezentowali oni swojej gry, nie zagrali agresywnie, byli pasywni. Bolesne było także to, iż po raz kolejny nie zdołali zrealizować celu przed nimi postawionego. Bo choć Puchar Polski ma wartość jedynie prestiżową, to jednak wszyscy w klubie, począwszy od włodarzy, poprzez sztab szkoleniowy, zawodników, skończywszy na kibicach, wierzyli, że w tym roku „resoviakom” wreszcie uda się wywalczyć to trofeum. Niestety, dla sympatyków Resovii, po raz kolejny ich marzenia prysły niczym bańka mydlana i wszyscy musieli jedynie obejść się smakiem, pozostały zaś niedosyt i rozczarowanie.

Jedynym pozytywem dla obrońców tytułu w marcu było to, iż trzy raz po 3:0 rozprawili się z kielczanami, nie przedłużając tym samym niepotrzebnie zmagań ćwierćfinałowych i mogąc na spokojnie przygotować się do półfinałowych potyczek z ZAKSĄ. W ćwierćfinałach już wszyscy zagrali na takim poziomie, jakiego od nich oczekiwano, a jedną z najjaśniejszych postaci obok Oliega Achrema był Jochen Schöps, który dotychczas w większości meczów pełnił rolę zmiennika Dawida Konarskiego. To mogło napawać optymizmem sympatyków Resovii i pozwalało wierzyć, że zupełnie tak jak przed dwoma laty czy przed rokiem forma ich ulubieńców przyjdzie na play-off. Potyczki z ZAKSĄ jednakże początkowo nie układały się po ich myśli i u siebie dwukrotnie przegrali 2:3. W trzecim meczu, gdy wydawało się, że wszystko jest stracone, rzeszowscy gracze pokazali przysłowiowy pazur i odwrócili losy całej rywalizacji, wygrywając ją w pięciu spotkaniach. To pozwoliło rzeszowianom podnieść swoją pewność siebie i wierzyć, że taka próba wzmocniła ich na tyle, iż są w stanie obronić tytuł mistrzowski i pokonać będących na fali bełchatowian. Tymczasem rzeczywistość bardzo szybko zweryfikowała ich nadzieje. W finałach było ich stać na podjęcie rękawicy jedynie w pierwszym starciu, w którym choć byli o krok od zwycięstwa, to jednak nie sprostali presji, a w kolejnych dwóch spotkaniach podopieczni Miguela Falaski nie pozwolili im na zbyt wiele, dwukrotnie wygrywając 3:0. Tym samym siatkarze Resovii Rzeszów musieli się zadowolić srebrnymi medalami.

W ten oto sposób rzeszowianie zakończyli sezon z zaledwie jednym trofeum na swoim koncie – Superpucharem Polski. Już przed rokiem Adam Góral stwierdził, że nawet mistrzostwo Polski nie uratuje sezonu, co zatem można powiedzieć o minionym? Patrząc z tej perspektywy, można go uznać za katastrofalny – w końcu rzeszowianie stracili mistrzowski fotel. Jaka była przyczyna ich niepowodzeń w zasadzie na wszystkich frontach? Przecież dysponowali niezwykle wyrównanym składem, w którym nie brakowało ambitnych zawodników. Być może rzeczywiście przygniotły ich zbyt wielkie oczekiwania i presja. Wielu graczy podkreślało jednak, iż nie boi się tego ciśnienia, chce wygrać wszystko, co jest do wygrania i nie przyszło tutaj po to, aby cokolwiek przegrać. Nie wszyscy jednak, bowiem niektórzy na tę presję narzekali, a takie sytuacje z pewnością nie budują atmosfery. I chyba tej przysłowiowej „chemii” najbardziej brakowało rzeszowianom, nawet jeśli mogło się wydawać, że team spirit powrócił w trakcie półfinałowych starć z ZAKSĄ. Być może też trener Kowal zbyt rzadko sięgał po zmiany, gdy było to konieczne, mimo iż dysponował niezwykle wyrównanym składem. Taka sytuacja również mogła wywoływać frustrację wśród niektórych jego podopiecznych, którzy wcześniej walnie przyczynili się do wywalczenia tytułów mistrzowskich. Można gdybać, niemniej jednak w Rzeszowie na pewno czuć niedosyt w związku z brakiem awansu do finału Pucharu Polski, Final Four Ligi Mistrzów czy przegraną walką o mistrzostwo Polski. Już teraz w klubie poczyniono pewne ruchy, by kolejny sezon był lepszy i pożegnano się z tym, który zawiódł najbardziej, a więc z Veresem. Przedłużono także umowy z tymi, którzy się sprawdzili, a także poczyniono nowe wzmocnienia. Na tym rzeszowscy działacze z pewnością jednak nie poprzestaną i zrobią wszystko, aby Resovia powróciła na mistrzowski fotel, a także liczyła się w starciach z europejską czołówką, nie ulegając presji.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2014-05-13

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2017 Strefa Siatkówki All rights reserved