Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Czy to naprawdę Anastasi przegrał te mistrzostwa Europy?

Czy to naprawdę Anastasi przegrał te mistrzostwa Europy?

fot. Joanna Skólimowska

Andrea Anastasi zdobył z polską reprezentacją medale na czterech kolejnych imprezach z rzędu i stał się siatkarskim bogiem. Rozpuścił tym całe środowisko volleya, jak dobry wujek. A może po prostu jego wyniki były sukcesami ponad stan?

Jakkolwiek brutalnie to nie zabrzmi, Polska nie ma potencjału, by stawać na podium każdej imprezy, w której bierze udział. Zresztą, mało kto ma. Do tego potrzeba pewnie ze 30-40 wysokiej klasy siatkarzy, tak żeby ewentualne nieobecności, kontuzje i inne problemy nie obniżały poziomu gry. Takiego komfortu wyboru Anastasi nie miał. Nie mieli go też ani Daniel Castellani, ani Raul Lozano. I nie wygląda na to, żeby miał go mieć jakikolwiek trener polskiej reprezentacji.

Trzeba powoływać najlepszych – oczywiście. Ale nikogo do niczego zmusić się nie da. I trzeba pamiętać, że nawet ci na papierze najlepsi nie zagwarantują permanentnych medali ku uciesze działaczy, sponsorów, mediów i kibiców. Na razie bez rozbudowanego systemu ogrywania na arenie międzynarodowej młodych, zdolnych siatkarzy (szkoleniowo, nie w celach komercyjnych), wygląda na to, że niezbędne są kompromisy, co musi oznaczać wybór imprez kluczowych i tych, które należy dla dobra reprezentacji potraktować nieco ulgowo. Czy w Polsce taki układ jest w ogóle możliwy?

Umowa Anastasiego największe pieniądze przewiduje za sukcesy. Takie rozwiązanie pasuje wszystkim, bo daje gwarancję gry na maksa zawsze i wszędzie, czyli obecności gwiazd. A gwiazdy przyciągają sponsorów i kibiców. Gwiazdy wzbudzają zainteresowanie mediów. Gwiazdy generują zyski. Gorzej, gdy gwiazdy są w słabszej formie…



Anastasi dobrowolnie, ba, z radością wskoczył na minę, bo (podobno) nie żądał finansowych kokosów za pracę. Jemu odpowiadał system premii za dobre wyniki. Wszyscy byli zadowoleni przez półtora roku. Wtedy, gdy polska reprezentacja zajmowała trzecie miejsce w Lidze Światowej 2011 i zdobywała brąz mistrzostw Europy. Wtedy, gdy z Japonii przywoziła srebrny medal Pucharu Świata i awans na igrzyska olimpijskie. A już zwłaszcza wtedy, gdy wygrywała Ligę Światową 2012. Co z tego, że były to sukcesy ponad stan, a dwa pierwsze medale, które rozpoczęły wspaniałą passę Anastasiego, zostały wyrwane w szczególnie szczęśliwych, dramatycznych okolicznościach? To jeszcze bardziej budowało pozycję Włocha. Czarodziej z Italii nie tylko bowiem potrafił przekonać siatkarzy do ciężkiej pracy i przygotować do dużych imprez, ale też – jak nikt – umiał do perfekcji wykorzystać nadarzające się okazje: organizację Final Eight LŚ 2011, system rozgrywek ME 2011 skłaniający do kalkulowania, najsłabszą od lat formę niedoścignionych Brazylijczyków, problemy w innych reprezentacjach. Pod wodzą Anastasiego skończyły się piękne porażki, bo jeśli jego zespół już przegrywał, to raczej wyraźnie. Aż do barażu z Bułgarami.

Za ten ostatni mecz trudno się zresztą do kogokolwiek przyczepić. Włoch pomagał drużynie zmianami jak nigdy wcześniej, a ta grała swoje najlepsze spotkanie w sezonie, najlepsze od pierwszego pojedynku na zeszłorocznych igrzyskach olimpijskich (3:1 z zawsze niewygodnymi Włochami), a dla mnie nawet najlepsze od finału LŚ 2012 (3:0 ze Stanami Zjednoczonymi). W moim odczuciu Anastasi przegrał te mistrzostwa Europy wcześniej, dużo wcześniej. Przegrał je swoją pewnością siebie. Przegrał uporem w doborze zawodników. Przegrał żelazną konsekwencją w czasie meczów. Przegrał wprowadzonymi przez siebie systemami gry. Czyli przegrał tym wszystkim, co jeszcze 8 lipca 2012 roku dało triumf w Lidze Światowej. Przegrał, bo chyba po prostu taki jest. Tak pracuje i wiedzieć musiał o tym zatrudniający go Polski Związek Piłki Siatkowej. Inna sprawa, że kiedyś przegrać musiał, skoro oczekiwania nieustannie były większe od możliwości, a każdy wygrany mecz rodził kolejne nadzieje na wielki sukces.

I wbrew pozorom, przegrał wtedy, gdy chciał coś w sobie i swoim podejściu zmienić. Postawił na Grzegorza Boćka, który rozegrał pierwszy (!) sezon ligowy w swoim życiu, a na początku sezonu reprezentacyjnego wydawało się, że jest dopiero czwartym atakującym kadry (dlatego też znalazł się w kadrze B i pojechał na uniwersjadę); zaufał Fabianowi Drzyzdze, który przez cały sezon reprezentacyjny potrzebny był raczej po to, by bez problemu można było podzielić zawodników w pary w pokojach, niż po to, by pomóc zespołowi w czasie meczu; zrezygnował z Krzysztofa Ignaczaka, by pierwszym libero uczynić Pawła Zatorskiego, dotąd zwiedzającego trybuny wszystkich hal świata, w których występowała polska reprezentacja. Dźwigać ciężar zespołu narodowego mieli więc w dużej mierze żółtodzioby.

Dlaczego Anastasi nie dał im i innym młodym, zdolnym szansy wcześniej, choćby w Lidze Światowej? Po pierwsze, tak zdecydował i koniec, wszelkich tłumaczeń unikając jak ognia. Po drugie, wtedy musiał na nowo zgrywać pierwszą szóstkę, odbudowując tym samym gwiazdy. Bo to gwiazdy dawały największe nadzieje na sukcesy. Gwiazdy przyciągały sponsorów i kibiców. Gwiazdy wzbudzały zainteresowanie mediów. Gwiazdy generowały zyski. Nie było gdzie i kiedy tworzyć zaplecza trwalszego, niż powołana wyłącznie (jak się wydaje) ze względu na uniwersjadę kadra B.

A tymczasem tu potrzeba nie tylko kadry B, ale może i C, i D, a nawet K i P. Jak znaleźć na takie działania czas, chęci i przede wszystkim pieniądze, gdy pierwsza drużyna narodowa zagrała w tym sezonie tak mało sparingów? Czy więc to naprawdę Anastasi przegrał te mistrzostwa? Na razie odpowiedzialność za porażkę wziął na siebie Bartosz Kurek, który popełnił w tie-breaku z Bułgarami dwa błędy. Oby tylko nikomu nie przyszło do głowy, żeby tę szlachetną i odważną wypowiedź, znamionującą prawdziwego sportowca, wykorzystać w mniej lub bardziej bezpośredni sposób, jak wytłumaczenie kolejnej przegranej imprezy.

Jakkolwiek brutalnie to nie zabrzmi, Polska nie ma potencjału, by stawać na podium każdej imprezy, w której bierze udział. Trzeba więc zrobić wszystko, by dać sobie szansę na sukcesy, nie tylko na najbliższych mistrzostwach świata, które odbędą się w Polsce. Ostatnie lata pokazały, że trener, nawet z najwyższej półki, problemy rozwiązuje tylko doraźnie. Nawet, gdy jest to w czepku urodzony Anastasi.

 

 

 

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony, Mistrzostwa Europy, reprezentacja Polski mężczyzn

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2013-09-25

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2017 Strefa Siatkówki All rights reserved