Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Artykuły > Biało-czerwona sinusoida

Biało-czerwona sinusoida

fot. Joanna Skólimowska

Mistrzostwa Europy miały być imprezą, która sprawi, że Polacy powrócą na szczyt siatkarskiej hierarchii w Europie. Ale barażowa porażka z Bułgarią spowodowała, że znów znaleźli się oni w siatkarskim piekle i musieli przełknąć gorzką pigułkę porażki.

Gdy stery w męskiej reprezentacji obejmował Andrea Anastasi, wszyscy oczekiwali od niego sukcesu. Włoch szybko odnalazł się w polskim piekiełku, bo już w pierwszej imprezie wraz z nowymi podopiecznymi wywalczył historyczny medal Ligi Światowej. Na każdym kolejnym turnieju biało-czerwoni osiągali coraz większe sukcesy, a apetyty zarówno wśród zawodników, jak i kibiców wciąż rosły. Po zdobyciu brązowego medalu mistrzostw Europy, po wywalczeniu drugiego miejsca w Pucharze Świata oraz wygraniu Ligi Światowej wydawało się, iż nasi siatkarze są na dobrej drodze, aby zawojować olimpijskie parkiety w Londynie. Tam jednak skończyła się ich dobra passa, tam coś zacięło się w dobrze naoliwionej maszynce, coś pękło i nie zostało sklejone do dziś. O losach Polaków w najważniejszych zawodach czterolecia zadecydowała głównie porażka w kiepskim stylu z Australią, przez którą w ćwierćfinale trafili na Rosjan. Z nimi gładko przegrali i zakończyli swój udział w igrzyskach. Już wówczas można się było zastanawiać, czy Anastasiemu uda się na nowo poukładać puzzle, które rozsypały się w Londynie. Włoch dostał jednak drugą szansę, której ewidentnie nie wykorzystał.

Już w tegorocznej Lidze Światowej siatkarze prezentowali się słabo. Grali prostą, schematyczną siatkówkę, łatwą do rozczytania dla rywali. Można było odnieść nawet wrażenie, że inne zespoły zrobiły kilka kroków do przodu, z kolei biało-czerwoni w niczym nie przypominali walczaków z Pucharu Świata. O ile niepowodzenia w spotkaniach z Brazylią można było wkalkulować, bo przecież z mistrzami świata nie wygrywa się na zawołanie, o tyle wpadki w meczach z Francją i Bułgarią oraz męczarnie w pojedynkach z Amerykanami i Argentyńczykami musiały dawać do myślenia. Musiały? Ale chyba nie do końca dały, bo najwyraźniej wnioski nie zostały wyciągnięte.

W mistrzostwach Europy nasi siatkarze zaliczyli kolejną wtopę. Już męczarnie w spotkaniach z Turcją i Słowacją wskazywały na to, że biało-czerwoni nie są w najwyższej formie. W ich grze brakowało luzu, płynności, ułańskiej fantazji, przekonania o własnej sile, czyli tego wszystkiego, co mieli jeszcze rok czy dwa lata temu. Wprawdzie porażka z Francuzami teoretycznie mogła wyjść Polakom na zdrowie, ale warunkiem było ogranie Bułgarów, a następnie Niemców w drodze do półfinału. Jednak już tego pierwszego warunku nie udało się spełnić. Biało-czerwoni na własnej skórze przekonali się, jak cienka granica jest między siatkarskim niebem a piekłem. Niby w barażu prowadzili już 2:0, ale po raz kolejny nie potrafili dobić przeciwnika. Z uderzenia wybiła ich dziesięciominutowa przerwa. Z kolei Bułgarom pozwoliła złapać oddech i odbudować się Sokołowowi, który w wielu momentach doprowadzał polskich blokujących do rozpaczy. W sumie zdobył 35 punktów. W dodatku świetnie bronił Salparow, a to w zupełności wystarczyło, by wyszarpać zwycięstwo Polakom. Naszym graczom jednego odmówić nie można – woli walki, determinacji i ambicji im nie brakowało, ale tymi cechami meczu najwyraźniej wygrać się nie da. Potrzebna jest jeszcze dobra forma oraz odpowiednie przygotowanie psychiczne i taktyczne, a te elementy ewidentnie nie były mocnym punktem biało-czerwonych w meczu z Bułgarami.



Skoro w całym spotkaniu Sokołow dostał ponad 50 piłek, to raczej trudno zrozumieć, dlaczego nasi środkowi nie szli w ciemno blokować bułgarskiego atakującego, a z uporem maniaka „wieszali się” na środku, z którego rywale zdobyli zaledwie sześć oczek. Ogólnie blok był polską piętą achillesową w tym meczu. Aż ciśnie się na usta pytanie, dlaczego Anastasi nie dał szans Łukaszowi Wiśniewskiemu, który przecież nie wypadł sroce spod ogona. Zresztą wydaje się, że włoski szkoleniowiec popełnił więcej błędów podczas tegorocznego sezonu reprezentacyjnego. Przecież podczas Ligi Światowej ogrywać mógł się też chociażby Fabian Drzyzga. Ewidentnie ostatnio Łukasz Żygadło nie był w życiowej dyspozycji, w dodatku jak ognia unikał gry środkiem, nawet przy dobrym przyjęciu, co sprawiło, że Drzyzga został rzucony w meczu z Bułgarami na głęboką wodę. Pokazał, że pływać potrafi, tylko trudno oprzeć się wrażeniu, że decyzje podejmowane przez włoskiego szkoleniowca nie były elementem wcześniej przemyślanej i przetestowanej strategii, a jedynie efektem palącego się pod nogami gruntu. Powszechnie wiadomo, że w krytycznych sytuacjach tonący nawet brzytwy się chwyta.

Z dobrej strony na przestrzeni czterech meczów pokazał się Bartosz Kurek, ale z dobrej, nie oznacza, że ze świetnej. Widać, że nie odbudował się jeszcze w stu procentach po nieudanym sezonie w rosyjskiej Superlidze, a dwie popsute piłki w tie-breaku pewnie będą mu się śniły przynajmniej przez najbliższe kilka tygodni. W meczach grupowych cieniem samego siebie, szczególnie na przyjęciu, był Michał Winiarski, a Michał Ruciak nie otrzymał szansy pokazania się w defensywie. W starciu ze Słowakami dostał ją Michał Kubiak, który udowodnił swoją przydatność. Podobnie było z Jakubem Jaroszem. Nasz atakujący jednak nie wszedł na boisko we wczorajszym pojedynku, a chwila oddechu dla młodego Grzegorza Boćka z pewnością by się przydała, bo obok dobrych zagrań przydarzały mu się pomyłki, szczególnie w trzecim i czwartym secie. Czyli wychodzi na to, że Anastasi nie wykorzystał w pełni potencjału drzemiącego w poszczególnych zawodnikach.

Jedno, za co będę bronił Anastasiego, to jego nieliczne i niekonsekwentne odważne decyzje personalne, za to, że pełen turniej rozegrał Paweł Zatorski, a szansę gry dostał także Grzegorz Bociek. Oczywiście obaj nie zaliczyli olśniewającego występu, ale doświadczenie, które zebrali, na pewno zaprocentuje w przyszłości. Przecież od samego trenowania i jeżdżenia z reprezentacją po świecie nie zdobędzie się boiskowego obycia i cwaniactwa. Trzeba zagrać kilkadziesiąt nerwowych końcówek, aby zyskać w nich pewność siebie i opanowanie. Krzysztof Ignaczak czy Paweł Zagumny to ikony polskiej siatkówki, ale wiecznie młodzi nie będą, do 67. roku życia w reprezentacji grać raczej nie będą. Przecież oni też kilkanaście lat temu byli młokosami, którzy szybko rzuceni byli na głęboką wodę. Kiedyś musi nastąpić wymiana pokoleniowa. Kiedyś trzeba dać szansę młodszym zawodnikom, a najlepszym na to momentem był właśnie czas po igrzyskach olimpijskich.

Jednak czasami można było nawet odnieść wrażenie, że po kilku sukcesach z rzędu Anastasi uwierzył w swoją nieomylność, co okazało się zgubne. Teraz pewnie zapłaci za to najwyższą cenę, bo trudno spodziewać się, aby po klęskach na trzech turniejach zawodnicy ponownie mu uwierzyli. Trudno przypuszczać, aby selekcjoner był w stanie zmotywować ich do jeszcze cięższej pracy, a związkowych przedstawicieli przekonać, iż jest w stanie odbudować polską potęgę siatkarską. Najwyraźniej nastąpiło pewnego rodzaju zużycie materiału i czas postawić na innego konia, tym bardziej że za rok w Polsce odbędą się mistrzostwa świata. Na nich ponownie wszyscy będą oczekiwali medalu.

Teoretycznie Raul Lozano, Daniel Castellani i Andrea Anastasi to trzy zupełnie inne postacie, ale mają jeden wspólny mianownik. Wszyscy trzej doprowadzili polską reprezentację do wielkich sukcesów, a następnie wraz z nią zaliczyli spektakularne klęski. W przypadku Anastasiego wydawało się, że tendencja ta zostanie powstrzymana, a biało-czerwoni na stałe zawitają do światowej czołówki, bo przecież stanęli na podium w czterech imprezach z rzędu. Jednak każda dobra passa kiedyś się kończy. Włoch popełnił błędy i powinien się do nich przyznać, ale moim zdaniem przyczyna ostatnich niepowodzeń w dużej mierze tkwi w psychice. Może po prostu Polacy nie mają mentalności zwycięzców? Może nie dysponujemy takim potencjałem ludzkim jak Rosja, aby raz za razem stawać na podium najważniejszych imprez na świecie. Wreszcie, pisząc nieco z przymrużeniem oka, może po sukcesach warto by od razu wręczać trenerowi kadry wilczy bilet, a na jego miejsce zatrudniać kolejnego tak, aby zawodnicy wciąż mieli podwójną motywację do gry? A już tak na serio. Z pewnością potrzebna jest głęboka, a nie tylko powierzchowna analiza sezonu reprezentacyjnego, który wczoraj skończył się dla naszej kadry. Koniecznie trzeba wyciągnąć wnioski, by na mistrzostwach świata ponownie zaskoczyć rywali swoją dobrą dyspozycją. Być może do mundialu biało-czerwonych będzie przygotowywał już nowy szkoleniowiec, ale ta kwestia leży już tylko i wyłącznie w gestii PZPS-u. Na razie siatkarze mają sporo czasu na przemyślenia i zresetowanie głów po nieudanym sezonie reprezentacyjnym, choć to pewnie łatwe nie będzie. Natomiast kibice muszą przełknąć gorzką pigułkę porażki i liczyć na to, że za rok polska, siatkarska sinusoida będzie miała tendencję wznoszącą.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Artykuły, Mistrzostwa Europy, reprezentacja Polski mężczyzn

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2013-09-25

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2017 Strefa Siatkówki All rights reserved