Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > reprezentacje młodzieżowe > Kazimierz Żmuda: W młodości nie wolno zabijać radości

Kazimierz Żmuda: W młodości nie wolno zabijać radości

fot. archiwum

- Zaczynałem pracę z trenerem Rysiem, dziś pracuję z trenerem Grzegorzem Kosatką. Na razie mamy siódme miejsce w świecie i złoty medal mistrzostw Europy - mówi pracujący w SMS-ie Sosnowiec fizjoterapeuta reprezentacji młodzieżowych, Kazimierz Żmuda.

Jak długo pracujesz już jako fizjoterapeuta w polskiej siatkówce?

Kazimierz Żmuda:To już dwudziesty sezon jak jestem fizjoterapeutą. W ciągu roku szkolnego pracuję w Szkole Mistrzostwa Sportowego, a od czerwca pracuję z reprezentacjami młodzieżowymi. Wcześniej byłem zawodnikiem, między innymi Wifamy Łódź, klubu, który bardzo mi pomógł na początku mojej kariery. Potem przeniosłem się na Opolszczyznę, gdzie poznałem swoją żonę i grałem w Stali Nysa w zespole Jana Rysia. Zdarzyło mi się nawet powołanie do reprezentacji seniorów, które otrzymałem od Stanisława Gościniaka.

Przez twoje ręce przeszło kilka pokoleń siatkarek… Wśród twoich wychowanek jest sporo znanych siatkarek.



Tak, zaczynałem od rocznika Gosi Glinki, Agaty Karczmarzewskiej, Ewy Winnickiej, teraz Cabajewskiej… Bardzo mile to wspominam. To był dobry początek, bo zacząłem pracę i od razu zdobyliśmy medal mistrzostw Europy juniorek w Ankarze. Po iluś tam latach w tej samej Ankarze dziewczyny zdobyły tytuł mistrzyń Europy seniorek. Gosia Glinka z pewnością o tym pamiętała.

Tych medali trochę się już uzbierało… Który wspominasz najmilej?

Każdy medal wiąże się na pewno z pięknym przeżyciem, ale wiadomo, że złoty zawsze jest najcenniejszy. Chociaż czasami zdobycie brązowego medalu również sprawia ogromną satysfakcję.

Patrząc na ciebie na ławce, widać, że bardzo przeżywasz spotkania razem z zawodniczkami.

Nie da się spokojnie siedzieć i nie przeżywać tego, co się dzieje na boisku. Jeśli jest się z drużyną, to trzeba być z nią ciałem i duchem.

Na imprezach mistrzowskich fizjoterapeuta ma dużo pracy?

Na szczęście jeśli się pilnuje ekipy i jest się na bieżąco ze wszystkimi drobnymi urazami, to tej pracy nie ma za dużo. Zdarzają się sprawy przeciążeniowe, rzadko kontuzje. Zawsze jednak dajemy sobie z tym radę. O zdrowiu i urazach zawodniczek z SMS-u wiem niemal wszystko. O tych spoza szkoły niestety dowiaduję się czasem późno. Najlepszym przykładem może być Weronika Fojucik, która przyjechała na zgrupowanie świeżo po skręceniu stawu skokowego. Wystarczyła mi jednak rozmowa z samą zawodniczka, co było robione w klubie, a resztą zająłem się już osobiście. Z Tajlandii dziewczyna wraca zdrowa.

Jak przyjąłeś siódme miejsce na mistrzostwach świata kadetek?

Byłem troszkę zawiedziony, bo liczyłem na medal. Jednak sytuacja, jaka była w grupie, a potem mecz z Amerykankami, którym nie sprostaliśmy – to wszystko każe jednak docenić to miejsce. W ćwierćfinale zagraliśmy nierówno, Amerykanki w tym dniu były lepsze. Jednak uważam, że jeśli jeszcze kiedyś z nimi zagramy, są duże szanse, by wynik był odwrotny.

Pracujesz z siatkarkami, które są dopiero na początku swojej kariery zawodniczej. Uznajesz zasadę, że zdrowie przede wszystkim?

Oczywiście. Bardzo dobrze współpracuje mi się z trenerem Grzegorzem Kosatką, który jest bardzo wyczulony na to. Jeśli zgłaszam mu, że zawodniczka ma uraz i proponuję, by zrobić przerwę, by ją odpowiednio zdiagnozować i wyleczyć, to nie ma wówczas problemu. W wieku kadetki, czy nawet wcześniej, trzeba bardzo zwracać uwagę na zdrowie, bo konsekwencje mogą się potem bardzo długo ciągnąć.

Znasz zawodniczkę, która uprawia sport zawodowy i jest w pełni zdrowa?

Taką zawodniczką jest chyba Gosia Glinka, która zawsze miała zdrowie i wciąż je ma (śmiech). Na szczęście z wszystkimi zawodniczkami, z którymi współpracowałem i współpracuję, zawsze udaje mi się znaleźć wspólny język i jeśli przytrafia się jakiś uraz czy kontuzja, to cała sprawa zazwyczaj się dobrze kończy.

Często wspominasz Gosię Glinkę. Czy zawodniczki też cię wspominają i pamiętają o tobie już po zakończeniu szkoły?

Na pewno tak. Jest wiele zawodniczek, z którymi utrzymuję kontakt. Czasem spotykamy się na meczach ligowych, czasem przypadkiem, gdzieś na lotnisku i zawsze sobie rozmawiamy w serdecznej i miłej atmosferze.

Z reprezentacjami młodzieżowymi zwiedziłeś już kawałek świata, ciężko jednak w tym przypadku mówić o wakacjach…

Tak, to na pewno nie są wakacje. Każdy dzień to treningi, mecze, a wieczorami zawsze coś kogoś boli. Trzeba zająć się bolącym kolanem, mięśniami itp. Ważne jest też, by z młodzieżą dużo rozmawiać.

W twojej pracy ważne jest zaufanie. W jaki sposób je budujesz u zawodniczek?

Swoją postawą i zaangażowaniem w pracy udowodniłem już niejednemu rocznikowi, że można znaleźć wspólny język. Wówczas ta praca jest dużo, dużo lżejsza. Może to zabrzmi nieskromnie, ale zawsze potrafiłem się dogadać z młodzieżą – wydaje mi się, że to jest właśnie mój klucz do sukcesu. Staram się też zachować poczucie humoru. Młodzież jest wesoła, powinna być pogodna, nawet gdy czasem przychodzą porażki. W młodości nie wolno zabijać radości.

Z perspektywy tych wszystkich lat, jak oceniasz pomysł utworzenia Szkoły Mistrzostwa Sportowego?

To był bardzo dobry pomysł, zapoczątkowany jeszcze przez ś.p. Stefana Paszczyka. Zaczynaliśmy szkołą dziewcząt w Sosnowcu i szkołą chłopaków w Rzeszowie. Wielu trenerów już tu pracowało, ale nie było trenera, który by nie chciał wygrywać. Czasem jeden miał większe, inny mniejsze szczęście. Zaczynałem pracę z trenerem Rysiem, dziś pracuję z trenerem Grzegorzem Kosatką. Na razie mamy siódme miejsce w świecie i złoty medal mistrzostw Europy. Jestem bardzo dobrej myśli i mam nadzieję, że selekcjoner tej dorosłej reprezentacji będzie mógł w przyszłości skorzystać z tych dziewcząt, które obecnie są kadetkami. Pojawiają się teraz pomysły przeniesienia szkoły w Sosnowcu w inne miejsce. Nie wiem, jakie są argumenty finansowe, uważam jednak, że jeśli coś dobrego działa, to nie należy tego zmieniać. Lepiej pomagać, niż przeszkadzać. Osobiście uważam, że łączenie szkoły chłopców i dziewcząt to zły pomysł.

Nie wszystkie utalentowane siatkarki trafiają jednak do SMS-u. Niektóre wręcz nie chcą się tam znaleźć…

Uważam, że z niewolnika nigdy nie będzie pracownika. Pamiętajmy jednak o tym, że zawodniczka nie będąc w SMS-ie, nie ma szans znaleźć się w reprezentacji. Zawsze powtarzam, że najważniejsza jest chęć dobrego grania w siatkówkę.

Jak praca w SMS-ie i częste podróże odbijają się na twoim życiu rodzinnym?

Chciałbym bardzo podziękować swojej żonie za wytrwałość. Bardzo często nie ma mnie w domu, czego chyba najbardziej żałuję, ale mam wspaniałą żonę i wspaniałe dzieci i myślę, że mi to wybaczą. Gdy już jestem w domu, staram się to im jakoś wynagrodzić miłą atmosferą.

Zgodzisz się, że siatkówkę w Polsce tworzą głównie zapaleńcy, oddani jej całym życiem?

Cieszę się, że też to zauważyłeś. Od razu jednak mówię, że nie jest tak, że jak ktoś nie grał w siatkówkę, to nie może być dobrym trenerem lub działaczem. Darzę szacunkiem ludzi, którzy przykładają się do pracy i nie mam prawa kogoś krytykować, szczególnie jeśli pracuje dobrze. Jeśli jednak ktoś grał w siatkówkę, a do tego umie i chce to przekazać innym, to jest to bardzo pomocne i potrzebne.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
reprezentacje młodzieżowe

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2013-08-08

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2017 Strefa Siatkówki All rights reserved