Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > ligi zagraniczne > Moje rosyjskie rozczarowanie

Moje rosyjskie rozczarowanie

fot. archiwum

Niecały rok temu zastanawiałem się, jak wiele pożytku może mieć kadra z polskiego trio: Kurek, Żygadło, Kadziewicz dzięki występom w rosyjskiej Superlidze. Po zakończeniu sezonu klubowego oraz pierwszej fazy Ligi Światowej przyszła pora na odpowiedzi.

Już w maju ubiegłego roku w mediach pojawiały się informacje o tym, że do ligi rosyjskiej przeniesie się śmietanka światowego volleya. Jak się okazało, doniesienia te były jak najbardziej prawdziwe. Georg Grozer, Matthew Anderson, Mikko Esko, Leandro Vissotto czy Gavin Schmitt to tylko niektóre nazwiska siatkarzy ze światowego topu, którzy mocniejsze bądź słabsze ligi zamienili na zimną i rozległą Rosję. Jedynym „wielkim”, który nie obrał wschodniego kierunku był Osmany Juantorena. Kubańczyk miał dostać gwiazdorski kontrakt w Zenicie Kazań, ale zdecydował się jednak zostać na Półwyspie Apenińskim. Podobnej decyzji do ex-przyjmującego Itasu Diatec nie podjął jego klubowy kolega – Łukasz Żygadło, który po czterech latach zamienił Trentino Volley na Fakieł Nowyj Urengoj. W ślady Żygadły poszedł także Łukasz Kadziewicz i Bartosz Kurek, którzy występowali odpowiednio w Szachtiorze Soligorsk oraz Dynamie Moskwa.

W tekście Rosja wyjdzie nam na dobre? zostały zaprezentowane różne scenariusze sezonu 2012/2013 w wykonaniu całej polskiej trójki. Tak jak i wtedy, tak i teraz najmniejszy wycinek poświęcę popularnemu „Kadziowi”, który (stety bądź niestety) do reprezentacji od dłuższego czasu nie jest już powoływany. Srebrny medalista z Japonii trafił do zespołu, który nie był pretendentem do medali, nie miał stać się czarnym koniem Superligi i jak pokazała ligowa rzeczywistość – nie stał się. Szachtior regularnie przegrywał swoje spotkania, by co jakiś czas wykrzesać z siebie 110% i wygrać pojedynek po ciężkim boju. Przedostatnie miejsce w tabeli grupy czerwonej to zbyt mało, by myśleć o walce chociażby o lokaty w środku tabeli. Siatkarze z Soligorska w niewielkim stopniu zrekompensowali sobie i swoim kibicom ten niezbyt szczególny wyczyn poprzez zdobycie srebrnych medali mistrzostw Białorusi. Mówiąc zaś stricte o Kadziewiczu, trzeba przyznać, że był on jednym z najpewniejszych i najrówniej grających zawodników białoruskiego teamu. Dobra postawa w bloku, wysoka skuteczność w ataku i mocny charakter – tego oczekiwali działacze Szachtiora od Kadziewicza i to od niego otrzymali. Choć „Kadziu” robił co mógł, to jednak maszynkami do zdobywania punktów są siatkarze grający na skrzydłach. Mocnych skrzydłowych w Soligorsku brakowało, stąd też wynik taki, a nie inny.

Numer dwa na polsko-rosyjskiej playliście to Łukasz Żygadło. Najbardziej utytułowany polski siatkarz ostatnich lat, po czterech sezonach spędzonych w dużej mierze w kwadracie rezerwowych Trentino Volley zdecydował się na zmianę otoczenia. Żygadło piękny Trydent zamienił na syberyjskie mrozy Nowego Urengoju i praktycznie z miejsca stał się numerem 1 na swojej pozycji. Fakieł w swojej 17-letniej historii nigdy nie należał do ścisłego grona rosyjskich potentatów i tak też było w minionym sezonie. Partnerami polskiego rozgrywającego byli między innymi: 28-letni atakujący Konstantin Bakun, doświadczony kubański przyjmujący Alain Roca, reprezentacyjny libero Aleksander Sokołow czy mający spore superligowe doświadczenie przyjmujący Andriej Titicz. Prócz Sokołowa, olimpijczyka z Londynu, w składzie Fakieła próżno było szukać gwiazd światowego bądź chociażby europejskiego formatu. Z czystym sumieniem można za to powiedzieć, że team prowadzony przez Ferdinando de Giorgiego był zbiorem siatkarskich walczaków, którzy nie poddawali się nawet w przegranych setach. – Mamy dobry zespół, choć bez gwiazd. We wszystkich meczach walczymy do końca, nawet w tych przegranych spotkaniach zdobywamy punkty. Przed podpisaniem kontraktu przyglądałem się Fakiełowi i widziałem, że ten zespół ma potencjał – przyznał w trakcie rozgrywek 2012/2013 Łukasz Żygadło. To właśnie ta nieustępliwość i zadziorność w grze Fakieła do spółki z włoską szkołą prowadzenia zespołu wpłynęła na to, iż reprezentant Polski rozegrał naprawdę udany sezon. W przypadku Żygadły sprawdził się zatem „różowy” scenariusz, w którym Polak był jedną z najjaśniejszych postaci Fakieła i w dużej mierze dzięki niemu zespół wywalczył szóstą lokatę i miejsce w Pucharze Challenge. – Fakieł już w poprzednim sezonie był mocną drużyną, jednak zakontraktowanie polskiego rozgrywającego okazało się bardzo dobrym posunięciem. Siatkarze z Nowego Urengoju zaczęli dzięki niemu grać szybszą i lepszą siatkówkę – dokonał oceny rywala Aleksander Abrosimow po jednym z wygranych spotkań Zenitu Kazań nad Fakiełem. Fefe de Giorgi, a także rosyjskie media zwracali uwagę na znakomitą postawę polskiego playmakera, przyznając, że to właśnie jego osoba wprowadziła klub z Nowego Urengoju na wyższy poziom. Doskonałe występy Żygadły nie umknęły również działaczom i trenerom innych drużyn. Po sezonie kadrowicz Anastasiego dostał ofertę z gatunku tych nie do odrzucenia, a mianowicie pod swoją opieką chciał go mieć trener Zenitu, Władimir Alekno. Niewątpliwie dla Żygadły było to wielkie wyróżnienie i docenienie jego dobrej formy prezentowanej na przestrzeni całych rozgrywek. Wydawało się, że zmęczony, ale szczęśliwy z zakończonych rozgrywek Żygadło może kadrze dać jeszcze więcej niż na przykład podczas Ligi Światowej 2012. Na „wydawaniu” jednak trzeba poprzestać, ponieważ „Ziomek” ewidentnie zgasł w popularnej „światówce”. Choć cały zespół nie grał oszałamiająco, to architekt Żygadło nie zasłużył na wiele ciepłych słów. Co prawda pierwszy rozgrywający reprezentacji Polski nie schodził poniżej pewnego poziomu, ale do błysku prezentowanego w lidze rosyjskiej było mu daleko. W fazie interkontynentalnej przytrafiały mu się pojedyncze akcje bądź serie zagrań, w których nie tylko nie potrafił poprawić błędów swoich kolegów, ale wręcz je pogłębiał. Nie takiego Łukasza spodziewaliśmy się oglądać w koszulce z orzełkiem na piersi…



Ostatni z „rosyjskich” Polaków to Bartosz Kurek. Lider reprezentacji Polski po udanym sezonie w Skrze Bełchatów zdecydował się na transfer do moskiewskiego Dynama. Choć wcześniej pojawiły się oferty z Zenitu Kazań, a także z włoskich klubów – Trentino Volley i Lube Banki Marche Macerata, to przyjmujący zdecydował się na kierunek moskiewski. Oprócz poziomu sportowego Rosja skusiła Kurka także astronomiczną, jak na polskie warunki, pensją, która według niektórych źródeł miała wynosić nawet 700 tysięcy euro za sezon gry. – Nie znam rosyjskiej ligi i jej realiów, ale nie mam obaw. Jestem przygotowany na wszystko i mam nadzieję, że będzie dobrze – przyznał zawodnik przed startem Superligi. Bartosz Kurek chyba sam nie wiedział, że jego „gotowość na wszystko” zostanie bardzo szybko przetestowana. Już na początku października, w drugiej kolejce rosyjskiej ekstraklasy, polski zawodnik doznał kontuzji. W meczu z Iskrą Odincowo reprezentant Polski nieszczęśliwie wylądował na nodze Gavina Schmitta i doznał skręcenia stawu skokowego. Początkowe prognozy mówiły o 3 tygodniach przerwy, ale ostatecznie Kurek wrócił na boisko po okresie dwukrotnie dłuższym. Jego radość z powrotu na parkiet nie trwała jednak długo, bo okazało się, że z kostką jeszcze nie wszystko jest w porządku i potrzebne jest dalsze leczenie. Zawodnik Dynama trafił w ręce polskich lekarzy, którym udało się postawić go na nogi i umożliwić mu (wreszcie) regularne treningi i walkę o miejsce w wyjściowym składzie. Niestety, zarówno dla Dynama, jak i dla samego siatkarza, forma nie chciała przyjść. Kurek notował lepsze i gorsze występy, jednak ogólnie nie zachwycał. Nie zachwycał także cały moskiewski klub, który oprócz Pawła Krugłowa nie miał żadnego innego zawodnika mogącego wziąć na siebie ciężar gry. Urazy Petera Veresa czy Semena Połtawskiego przyczyniły się do zastraszająco słabych wyników osiąganych przez ekipę Jurija Czerednika. Moskwianie co prawda w lidze walczyli długo i zawzięcie, jednakże nie była to zapowiadana walka o mistrzostwo, a bój o utrzymanie w elicie. – Bartosz już w drugim meczu sezonu doznał kontuzji. Długo się leczył, a wróciwszy do gry, nie zdołał znaleźć swojego miejsca ani w kolektywie, ani na boisku. W Polsce był przyzwyczajony do innego podejścia i do innej siatkówki. W Rosji wszystko było dla niego trudniejsze. Nie poradził sobie z presją, która na nim w Dynamie ciążyła – stwierdził na koniec rozgrywek trener Czerednik. Z czystym sumieniem można powiedzieć, że dla Kurka był to sezon, pod względem stricte sportowym, stracony. Z jednej strony lider kadry Anastasiego zmierzył się z presją, wielkimi oczekiwaniami w stosunku do jego osoby, wieloma długimi i męczącymi przelotami czy życiem w obcym mieście i obcym kraju, ale z drugiej stracił ponad 3 miesiące na skutek kontuzji i nie wkomponował się do nowej drużyny. Jego słabsze występy po zaleczeniu urazu jasno i dobitnie pokazały, że Bartosz nie odnalazł się w rosyjskich realiach i nie udźwignął całego ciężaru związanego z byciem liderem w zespole z mocnej, jeśli nie najmocniejszej siatkarsko, ligi rosyjskiej. Jak rosyjskie doświadczenia wpłynęły na Kurka w reprezentacji? O ile w pojedynkach z Brazylią widać było, że słabą stroną Bartosza wciąż jest przyjęcie, o tyle jego dyspozycja w polu serwisowym była jak najbardziej obiecująca. Zachwyt i nadzieje zostały jednak szybko rozwiane, ponieważ niedyspozycja Kurka w przyjęciu pozostała, a spadła skuteczność jego ataku i zagrywki. Siatkarz, od którego po raz kolejny miało zależeć bardzo wiele, prezentował pełnię swoich możliwości tylko wybiórczo – w niektórych meczach bądź jedynie w wybranych setach.

Jaka jest więc odpowiedź na pytanie: czy Rosja wyszła nam na dobre? Każdy może sobie na nie odpowiedzieć sam, ale według mnie kadra Polski skorzystała na tym bardzo niewiele. Dobrą postawę Łukasza Kadziewicza można praktycznie przemilczeć, ale o „szóstkowiczach” Żygadle i Kurku trzeba szepnąć słów kilka. Cała reprezentacja w fazie grupowej nie prezentowała się zbyt dobrze, więc przyczyn słabszej formy tej dwójki należy szukać także w przygotowaniach prowadzonych przez Andreę Anastasiego i jego sztab. Dobry sezon Żygadły ukoronowany podpisaniem umowy z wielkim Zenitem Kazań poszedł jakby w niepamięć, a na pierwszy plan wysunęło się zwątpienie, niepewność i czytelność zagrań. Większej pewności siebie i mocniejszej psychiki nie nabył w Rosji także Kurek, dla którego rola pierwszej strzelby i zawodnika, który musi skończyć ważną piłkę, momentami wciąż była zbyt trudna. Być może brak awansu do Final Six w Argentynie okaże się dla zespołu narodowego oczyszczającym zimnym prysznicem i zarówno Żygadło, jak i Kurek odrodzą się po nim jak feniks z popiołów. Miejmy nadzieję, że podczas mistrzostw Europy gwiazda Łukasza Żygadły i Bartosza Kurka zaświeci z pełną mocą, a nie tylko nieśmiało pomruga spomiędzy konstelacji Michajłowa, Sokołowa, Zaytseva i N’Gapetha…

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
ligi zagraniczne, reprezentacja Polski mężczyzn

Tagi przypisane do artykułu:
, , , , , ,

Więcej artykułów z dnia :
2013-07-23

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2017 Strefa Siatkówki All rights reserved