Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Wszystko mnie volley: Entliczek, pentliczek, zielony stoliczek…

Wszystko mnie volley: Entliczek, pentliczek, zielony stoliczek…

fot. archiwum

Nie od dziś losowanie grup turnieju finałowego LŚ wzbudza wielkie kontrowersje. W turnieju finałowym Polacy zmierzą się w walce o półfinał z Brazylią i Kubą. W drugiej grupie zmierzą się gospodarze zawodów Bułgarzy oraz Niemcy i USA. Przypadek? Chyba nie...

W 2005 roku w Serbii gospodarze tak skonstruowali terminarz, by w finale zmierzyć się z niepokonanymi wówczas „Canarinhos". Faktem jest, że o mały włos mogli wpaść we własną pułapkę, bo w pamiętnym półfinale z Polakami byli o krok od odpadnięcia. W 2006 roku tzw. dziką kartę na turniej finałowy LŚ dostali, nie wiedzieć czemu, Włosi, choć najbardziej zasługiwali na nią właśnie biało-czerwoni. Z kolei w 2007 i w 2011 roku dziwnym trafem to reprezentacja Polski trafiała na uważane za najsłabsze z czołowej „6" i 4 lata później „8" ekipy – były to odpowiednio Francja i USA oraz Bułgarzy, Włosi i Argentyńczycy. Odezwą się głosy, że skoro sami korzystaliśmy z umiejętności lawirowania w mniej lub bardziej zobowiązującym regulaminie FIVB, to teraz nie powinniśmy mieć pretensji. Otóż nie. Czy przez następne lata dalej chcemy przyglądać się, jak przy „zielonym stoliku" załatwia się następne losowania, dzikie karty itp.? To pytanie retoryczne, bo przecież nie kto inny, jak Polacy najbardziej zżymali się na układ grup towarzyszący mistrzostwom świata we Włoszech w 2010 roku, który, o zgrozo, torował drogę do następnych rund tym, którzy przegrywali. Teraz sytuacja znowu się powtarza. Już sam nie wiem, co jest bardziej irytujące, czy to, że takie sytuacje mają notorycznie miejsce na naszych oczach, czy to, że działacze sportowi (nie mylić z menedżerami sportu), którzy narzekają na taki bieg rzeczy, nie robią tak naprawdę nic, by to zmienić. Podobnie wygląda „oburzenie" sterników polskich klubów dotyczące organizacji rozgrywek w europejskich pucharach. Co roku słyszymy, że udział w nich nie przynosi dochodów tylko straty, i to duże, oraz że wszyscy poważnie zastanawiają się, czy w ogóle nie zrezygnować z partycypowania w Lidze Mistrzów, Pucharze CEV czy Pucharze Challenge. Zastanawiają się, koncypują, medytują, a koniec końców i tak wszyscy biorą w tym udział. 

Jaki jest sens wygrania Ligi Światowej czy każdej innej wielkiej imprezy, skoro zawdzięcza się to sprzyjającemu układowi spotkań? Zresztą wygranie takiego turnieju to pół biedy, bo co, jeśli dana drużyna, nawet mimo korzystnego terminarza, odpada? O czym to świadczy? Czy siatkarze byli za słabi, czy to może działacze nie zrobili wszystkiego, by jeszcze bardziej ułatwić im drogę do zwycięstwa? Chociaż system wyłonienia grup tegorocznego finału został ustalony już przed rozpoczęciem fazy grupowej, to jednak Bułgarzy od samego początku mieli trafić na najlepsze ekipy z grup C i D, czyli relatywnie słabszych od A i B, gdzie rywalizowały m.in. odpowiednio Kuba, Rosja, Serbia oraz Polska i Brazylia. Tymczasem zwycięzcą grupy D, poza samymi Bułgarami, mogli zostać w praktyce tylko Argentyńczycy lub Niemcy, z kolei w grupie C stawka zespołów była na tyle wyrównana, że w najgorszym wypadku mogli ją wygrać Włosi, jednak nawet z nimi Bułgarzy mają w ostatnich latach nie najgorszy bilans. Oby Bułgarzy potwierdzili swój spryt także na boisku, a nie tylko poza nim.

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2012-07-03

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2017 Strefa Siatkówki All rights reserved