Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Po bloku: „Pan Bóg strzegł…”

Po bloku: „Pan Bóg strzegł…”

Andrzej Karbownik
fot. archiwum

Kiedym patrzył na pustą, zawianą śniegiem i zimną, jak pupa pingwina nieckę Stadionu Śląskiego i porównywałem ją z rozśpiewaną, pulsującą życiem, tętniącą światłem halą łódzkiej Areny pomyślałem sobie tylko: Pan Bóg jednak strzegł mnie w życiu.

Dotknięcie opatrznościowej ręki szefa cherubinów i serafinów odczułem wyraźnie, gdy próbowałem sformalizować moją młodzieńczą fascynację futbolem i stać się pełnoprawnym stróżem bramki drużyny Czarnych. Gdy oczekiwałem na kierownika sekcji w maleńkim przedpokoju klubowym, w drzwiach pojawił się, postukując kulami, czołowy napastnik klubu z prawą nogą zagipsowaną aż do kolana. Pełen emocji z racji możliwości okazania pomocy i szacunku swojemu ówczesnemu idolowi ustąpiłem mu miejsca na krześle, które zajął skwapliwe i, zaciągnąwszy się łapczywie „Giewontem" rzucił od niechcenia:

– Co, młody, zapisać się chcesz?

Oczywiście potwierdziłem, dodając przy okazji, że chęć reprezentowania barw „Czarnych" była moim marzeniem od kołyski, i, chcąc ratować gasnącą rozmowę (ponieważ kontuzjowany natychmiast po zadaniu pytania goleador zaczął intensywnie śledzić rozwój sytuacji za oknem), zapytałem:



– A kontuzja to pewnie na ostatnim meczu? Brutalnie grali, prawda?

Kontuzjowany gwiazdor momentalnie się ożywił i odparł:

– Nie, k…a. Na schodach w „Hutniczej" się wy…..em.

Należy wiedzieć, że „Hutnicza" była miejscem socjalistycznego wypoczynku klasy robotniczej, oferującym głównie posiłki w postaci pysznych setek czystej wyborowej przegryzanych dwutygodniowymi jajkami w majonezie. Wypoczynek prowadzony był intensywnie i hucznie, co powodowało konieczność wprawiania szyb w owym lokalu średnio dwa razy na tydzień. Ponieważ byłem jeszcze wtedy niewinnym pacholęciem, nie znającym smaku owoców zakazanych usłyszany speech tak zachwiał moją wiarą w moje futbolowe przeznaczenie, że zrezygnowałem z moich zawodniczych planów. Potem przyszła inna fascynacja, siatkarska, która trwa do teraz. Sporo czasu: ponad trzydzieści pięć lat.

Przez ten czas różnie z polska siatkówką się działo: miała wzloty i upadki, lata lepsze, gorsze i całkiem złe. Ale można powiedzieć jedno: nigdy nie była upodlona i unurzana w błocie. Za wyjątkiem bardzo krótkiego okresu sporów i waśni, który został rozstrzygnięty przez ludzi z nią związanych, nie zaś przez organa wymiaru sprawiedliwości, rząd lub kibiców nie była może na najwyższym topie sportowym, ale była. Istniała. Istniała przede wszystkim w sercach i głowach swoich wielbicieli. I to, niech mnie drzwi ścisną, wreszcie zaprocentowało.

Przyznam się szczerze, że spotkanie inauguracyjne pomiędzy Zaksą Kędzierzyn i bydgoską Delectą oglądałem z rozdziawioną gębą, aczkolwiek przyznam nieskromnie, że wiele już widziałem i mało co może mnie w życiu zdziwić. Poziom zaprezentowanej gry przekroczył moje najśmielsze nadzieje, a porywająca walka w polu i kąśliwa, urozmaicona zagrywka pozwalały sądzić, że do polskiej myśli szkoleniowej dotarła wreszcie prosta prawda o tym, że siatkówka nie polega wyłącznie na ataku w pierwszej, a na zastawianiu w drugiej kolejności. Pozostałe spotkania, nawet te skończone zaledwie w trzech setach również oglądało się z przyjemnością, podobnie jak wypełnione kibicami hale, wśród których (kibiców, rzecz jasna, nie hal) licznie występowały nie to że kobiety, nie to że dzieci, ale w wielu przypadkach jedno z drugim łącznie, to znaczy matki z dziećmi przy piersi (nie zauważyłem tylko, czy piersi były w barwach klubowych). Na boiskach można było zobaczyć utytułowane gwiazdy siatkówki polskiej i światowej, których poziom sportowy odpowiadałby, w przełożeniu na przykład na futbolistów, poziomowi może nie Kaki i Cristiano Ronaldo (jeszcze nie), ale poziomowi Scholesa i Mirka Klose jak najbardziej. Doping koordynowany był przez ludzi mniej więcej w tym względzie kumatych (choć, wyznać trzeba, że niektórzy w tym względzie wybrzydzają), z wykorzystaniem nowoczesnej i aparatury nagłaśniającej, a cztery spotkania można było obejrzeć w telewizji bądź otwartej, bądź takiej której zakupienie nie wiąże się z koniecznością pracy po godzinach lub zaciąganiem kredytów bankowych. No, full wypas i w ogóle, można powiedzieć.

Gdy więc patrzę potem (wyłącznie przy okazji zmieniania kanałów) na świecące pustkami piłkarskie stadiony – skanseny, gdzie nieliczna garstka kibiców wywrzaskuje swoje zdanie na temat PZPN pod dyktando facia o tembrze głosu kojarzącym się żywo z nadmierną konsumpcją płynu do chłodnic, kiedy widzę na tychże stadionach sportowców – piłkarzy których męczy wyjście po schodach na drugie piętro, kiedy czytam o kolejnych wojażach do Wrocławia coraz bardziej prominentnych osób i kiedy słucham złotych myśli prezesa L., nadtrenera P. i short – trenera M. wzdycham: Panie Boże, dziękuję ci. Dziękuję ci, że twoje miłosierdzie ustrzegło mnie od związania się w jakikolwiek sposób z polską piłką nożną. Amen.

Napisz do autora: andrzej.karbownik@siatka.org

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony, Po bloku

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2009-10-15

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2016 Strefa Siatkówki All rights reserved