Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Po bloku: „Czysta z balsamem”

Po bloku: „Czysta z balsamem”

Andrzej Karbownik
fot. archiwum

Drink zwany czystą z balsamem był wynalazkiem przedwojennym, choć w pewnych mutacjach przetrwał aż do dnia dzisiejszego. Dawał niezwykłe wrażenia organoleptyczne, bo jego smak zawsze zawierał drugie dno.  Czystą z balsamem pili koneserzy, bo...

… miała to do siebie, że po euforycznym zachłyśnięciu się smakiem roztworu alkoholu etylowego o czterdziestoprocentowym stężeniu w ustach pojawiał się niespodziewanie gorzkawy smak piołunu, tworzący dysonans smakowy i ścierający poprzednie, wyłącznie alkoholowe doznania. Wspomnienia czystej z balsamem opadły mnie w chwili, w której pogasły ostatnie światła na opustoszałej już łódzkiej hali, a po ceremonii rozdania medali, nagród i wyróżnień pozostały w niej jedynie skrzętnie zmiatane przez stosowne służby resztki confetti. Doszedłem bowiem do wniosku, że każde, nawet największe osiągnięcie czegokolwiek w polskim wydaniu zawsze fundowane jest w konwencji czystej z balsamem: zawiera jakieś, mniej lub bardziej gorzkie, drugie dno.

W tym przypadku czystą niewątpliwie były same mistrzostwa. Nie wiem jak u szanownych czytelników, ale u mnie czysta i jej pochodne to „vin gai", czyli alkohol, który podnieca i rozwesela, wprawia w doskonały nastrój i sprawia, że człowiekowi wydaje się, że może przenosić góry. Tegoroczne rozgrywki o miano najlepszej drużyny Europy wprawiły mnie właśnie w nastrój iście znakomity, i to wprawiły mnie weń na pewno nie bezpodstawnie. Co by się bowiem nie rzekło, i jak by nie wybrzydzało, polska siatkówka an bloc odniosła prawdziwy, własny i niezaprzeczalny sukces. Sukces odniósł i PZPS, który pozyskał i zorganizował tę imprezę, sukces odniosły dziewczyny i ich trenerzy zdobywając brązowy medal, sukces odnieśli kibice tworzący atmosferę, która staje się już na świecie prawie niedoścignionym wzorcem oprawy widowiska sportowego (nie uprawiam tu bynajmniej propagandy sukcesu; wystarczy poczytać choćby to, co o polskich kibicach pisali Rosjanie), sukces odnieśli wreszcie wszyscy ci często niedostrzegani, a przecież równie ważni: wolontariusze, ochroniarze, ba, sprzątacze nawet. Należy również dodać, że wymierny i cenny sukces odniósł również Polsat, bo zarobek w okrągłej sumce dwudziestu dużych baniek z tytułu reklam emitowanych przy okazji transmisji nie jest czymś, po co nie wartało by się schylić. Jeżeli dodać do tego złoty krążek wywalczony przez panów w bisurmańskich krajach to wychodzi, że siatkówka obecnie jest zdecydowaną królową polskich gier zespołowych: jeszcze nigdy nie zdarzyło się bowiem, aby jakaś dyscyplina (i to nie dyscyplina niszowa w rodzaju domina, warcabów czy piłki nożnej) zdobyła w jednym roku dwa tak cenne krążki (raz już tak było w siatkówce, ale wtedy panowie zdobyli tylko brąz, więc się nie liczy). Trudno się więc dziwić, że po przełknięciu tak potężnej dawki czystej (to jest czystej, niezmąconej niczym radości) znajdowałem się w nastroju, który opisałem powyżej. I pewnie bym w nim trwał gdyby nie to, że, jak to u nas, zawsze w pięknych chwilach pojawić się musi lekki posmak goryczy.

Dla mnie takim gorzkim posmakiem był niestety konflikt pomiędzy postaciami, które zrobiły dla polskiej siatkówki wiele dobrego, choć na dwóch różnych polach: Andrzejem Niemczykiem i Jerzym Matlakiem. Ten pierwszy prowadził nasze panie do wielkich sukcesów reprezentacyjnych, ten drugi jest legendą siatkówki klubowej. Znali się, przyjaźnili, a obecnie obrzucają się zarzutami o ciężarze, pod którym ugięłaby się nawet kotwica „Queen Mary II". Zaistniała sytuacja jest tym trudniejsza, że wiąże się nierozerwalnie z rodzinnym nieszczęściem obecnego selekcjonera, które ochoczo próbują (choć w sposób pośredni) wykorzystać dziennikarze.



Właśnie: dziennikarze. Moim skromnym zdanie, to właśnie obserwowany od pewnego czasu niepowstrzymany pęd do powiększania oglądalności, czytalności lub słuchalności sprawia, że coraz częściej na różnego rodzaju polach dochodzi do starć i konfliktów. Od pewnego czasu na przykład, celem uatrakcyjnienia reprezentacyjnych widowisk sportowych i przy założeniu że ci, którzy je oglądają, na danej dyscyplinie sportu znają się mało lub nie znają się wcale zaprasza się do telewizyjnych studiów tzw. ekspertów, czyli znawców. Są to na ogół byli lub aktualni trenerzy (rzadziej zawodnicy), którzy komentują i na gorąco oceniają nie tylko graczy (z którymi są na przykład związani jako ich menedżerowie lub trenerzy klubowi), ale również swoich kolegów po fachu (czyli szkoleniowców),. Pomysł jest znakomity, ponieważ wprost woła o konflikty i zaiskrzenia (gdy na przykład aktualnego szkoleniowca z sukcesami ocenia były szkoleniowiec bez sukcesów lub na odwrót). A konflikty i zaiskrzenia to wręcz raj dla mediów: od czasu wynalezienia przez Randolpha Hearsta „żółtej prasy" widomo powszechnie, że nic tak nie zwiększa nakładów i oglądalności jak pyskówki i skandale.

Tak też było i tym razem: w dobrej czy złej (mam nadzieję że w dobrej) wierze, powodowany emocjami trener Niemczyk powiedział o kilka słów za dużo, a słuchający ich trener Matlak wykazał stosownej tolerancji odrobinę za mało, no i poszło: padły grube słowa, oskarżenia, podejrzenia, negatywne deklaracje. Sytuacja była tym trudniejsza, że czas, w którym szkoleniowiec nie mógł ze względów osobistych prowadzić zespołu zbiegł się z czasem mentalnego przełamania i sportowego błysku tegoż zespołu, co stało się powodem upartych medialnych sugestii, że właściwie trener Matlak nie jest już potrzebny, bo głównym ojcem sukcesu jest jego asystent Makowski. Zaś na zaprzeczenia tego ostatniego mrugano porozumiewawczo okiem. Rozżalony selekcjoner w wywiadzie prasowym wypomniał brzydko asystentowi jak to kiedyś podał mu rękę po utracie pracy, i tak dalej, i tak dalej – wszyscy przy radosnym aplauzie mediów zaczęli patrzeć na siebie krzywo lub wrogo nawet. I w ten sposób radosny smak siatkarskiego sukcesu otrzymał drugi dno w postaci konfliktu pomiędzy szanowanymi i cenionymi ludźmi.

Panowie, choć to nie wypada, bom młodszy (choć nie tak bardzo znowu) apeluję: nie dajcie sobą manipulować. Polskiej siatkówce potrzebny jest i trener Niemczyk, i trener Matlak, bo każdy może jej coś jeszcze dać. Przestańcie się boczyć i podejrzewać o brzydkie sprawki, ręce bardziej przydają się we wzajemnym ich uścisku niż w okładaniu się po twarzach. Nie dawajcie pretekstu do stwierdzeń zawistników, że czasem wielkie sukcesy osiągają mali ludzie. A jeżeli trzeba, idźcie gdzieś do ustronnego pubu i wyjaśnicie sobie wasze problemy przy porządnej szklaneczce czystej. Tym razem, wyjątkowo, bez balsamu.

Napisz do autora: andrzej.karbownik@siatka.org

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony, inne, Po bloku

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2009-10-08

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2016 Strefa Siatkówki All rights reserved