Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Cykle > Po bloku > Po bloku: „Historia Stefana z Blois”

Po bloku: „Historia Stefana z Blois”

Andrzej Karbownik
fot. archiwum

Antiochia leży w Turcji, podobnie jak Izmir. Lato roku pańskiego1098 było gorące, gorące i suche, na niebie nie było chmur, na ziemi mgieł. Dlatego odjeżdżający razem ze Stefanem de Blois rycerze byli jeszcze długo widoczni z murów miasta.

Stefan de Blois, jeden z przywódców pierwszej krucjaty, zdecydował się na porzucenie armii w chwili dla niej krytycznej, gdy losy całego przedsięwzięcia zawisły na cienkim włosku: pod zdobytą po rocznym z górą oblężeniu Antiochię miała niedługo podejść wielokrotnie liczniejsza od krzyżowców armia armię atabega Mosulu, Kurbughi. W mieście nie było żywności, w studniach nie było wystarczającej ilości wody. Pomimo to część wodzów krucjaty zdecydowała się na zamknięcie wojsk w jego murach i stawienie czoła muzułmanom, choć krok ten był krokiem skrajnej determinacji i rozpaczy. Część, ze wspomnianym Stefanem de Blois, wolała porzucić skazanych na niechybną klęskę towarzyszy i poszukać innego miejsca na ziemi – wygód Konstantynopola lub ciepła domowych ognisk we Flandrii i Normandii. Los jednak bywa przewrotny: wygłodzona i pozbawiona koni armia Zachodu rozbiła w proch i pył szeregi Wschodu w bitwie, której wygrać prawa nie miała. Droga do Jerozolimy stała otworem.

Przytaczam tę starą historię, bowiem wyznawałem i wyznaję pogląd, że historia jest nauczycielką życia. I choć waga zdarzeń, które opisuję nie jest jednakowa, znaleźć w nich można wiele analogii. Przy okazji ostatniej tureckiej wyprawy Polaków bardzo wielu ludzi i w Polsce, i poza nią pukało się znacząco w głowę, kiedy była mowa o naszych szansach w zmaganiach o mistrzostwo Europy. Podkreślano siłę przeciwników, a umniejszano Polaków, tym bardziej, że ich szeregi przerzedziły mniej lub bardziej uzasadnione odejścia. Nie chciałbym ich tutaj teraz analizować i snuć przypuszczeń ufając, że każdy z odchodzących (za wyjątkiem Sebastiana Świderskiego) przeanalizował je dokładnie w swoim sumieniu, tak jak zrobił to Stefan z Blois, o czym jeszcze opowiem. Faktem jest, że w powszechnym mniemaniu zespół został osłabiony o dwie trzecie, jeżeli jako miarę porównawczą wziąć szóstkę, która zdobyła srebrny medal mistrzostw świata.

Głośno brzmiał tedy chór krytyków z szeregów i kibiców, i byłych i aktualnych (jednak zwłaszcza byłych) szkoleniowców, i dziennikarzy. Krytykowano powszechnie marne wyniki w Lidze Światowej, dobór zawodników (zwłaszcza Piotra Gruszki), wieszczono klęski i zagładę siatkówki polskiej w konfrontacji z Europą. Na szczęście stało się inaczej. Tak jak w Antiochii: zespół, który był skazany co najwyżej na wyjście z grupy wygrał wszystko, łącznie z decydującym starciem o złoto. I niech mi mówi kto chce, że opowiadam głupstwa, ja znowu widzę przedziwną analogię: według opinii współczesnych, krzyżowcy wygrali bitwę bo zjedli w Antiochii wszystkie swoje konie i musieli walczyć pieszo, tworząc opancerzony, zwarty jak mur szyk wspartych o siebie ramionami rycerzy, przez co Turcy nie mogli wykorzystać rycerskiej skłonności do walki indywidualnej i rozerwać ich szeregów. W Izmirze zamiast zlepku indywidualności, od których dyspozycji zależał do tej pory wynik spotkania widzieliśmy drużynę, elastyczną, z wymiennymi elementami, a jednocześnie tak samo zwartą jak szyk, o który rozbiły się muzułmańskie fale pod Antiochią. I ta drużyna stanęła na najwyższym podium, odnosząc jeden z największych sukcesów w polskich dziejach siatkówki



Sukces jednak ma to do siebie, że zawsze ma wielu ojców, podczas gdy porażka zawsze pozostaje sierotą. Od razu pojawiły się mocne oznaki zmiany frontu wśród niedowiarków, krytyków oraz tych, którzy przezornie trzymali się z dala: chęć ogrzania się w blasku złota przyciąga ich teraz wszystkich, niczym magnes. Na konferencji prasowej, zorganizowanej prawdopodobnie w pralni Pałacu Kultury (bo takie wyraźnie odniosłem obserwują wiszący w charakterze tła reklamowy baner) głos w pierwszej kolejności zabierali nie ci, którzy osiągnęli sukces, nie: oni w większości siedzieli cichutko z tyłu (nie liczę Pawła Zagumnego i Piotra Gruszki jako też siedzącego na dostawce Daniela Castellaniego), natomiast głos zabierali właściwi ojcowie sukcesu: prezes PZPS, minister sportu, prezes sponsora reprezentacji. Ich głos był przecież najważniejszy. I gdy wśród krygów i uśmiechów mówili jednak o zawodnikach, to odwracali się tyłem do kamer, aby spojrzeć w oczy stłoczonym za ich plecami właściwym autorom sukcesu. No, wprost miało się wrażenie że wciela się w życie sytuacja z wiersza Gałczyńskiego „Zima z wypisów szkolnych":

[…] A któż te śliczne zawiesił sople

za oknem u okapu?

Czy może także mróz niedobry

swą fantastyczną łapą?

Nie, moje złoto, to referenci,

podkierownicy, nadasystenci

nocą nie spali, hurra! wołali,

sople poprzyklejali.

Hej, tam w Warszawie jest pan minister

siwy i taki miły,

przez okno rzuca spojrzenia bystre,

bo chce, by dla ciebie były

zimą sopelki, śniegi i lody:

wszystkie zimowe wygody.

Jeżeli tedy sanki usłyszysz

i dzwonki ich tajemnicze,

wiedz: to minister w skupionej ciszy

nacisnął taki guziczek,

że gwiazdki dzwonią i gwiazdki lśnią

nad miastem i nad wsią.

Myślę, że ojców sukcesów będzie przybywać coraz to więcej. Polityków, dziennikarzy, trenerów, kibiców. Sądzę też, że swoje postępowanie przemyślą przynajmniej niektórzy z tych wszystkich, co postawili na klęskę w Izmirze (mówiąc „wszystkich", myślę „wszystkich" i proszę nie doszukiwać się tu podtekstów). To także już było. Na wieść o zwycięstwie pod Antiochią wielu rycerzy, którzy pozostali w domach w Europie wątpiąc w apele papieża Urbana II i możliwość odzyskania Grobu Świętego nabrało wojennego zapału i ruszyło do portów, aby przyłączyć się do zwycięzców. Tak uczynił również Stefan z Blois: uznany za tchórza, nie zdążył wziąć udziału w zdobyciu Jerozolimy, nie został zaliczony do grona bohaterów. Podobnie jak i jego towarzysze.

Nie traćmy zatem z oczu prawdziwych ojców sukcesu; tak jak nie stracono ich dawno, dawno temu. Wielu wie, kim był Gotfryd de Bouillon. Kim był Stefan de Blois, wie garstka. I tak być powinno.

Napisz do autora: andrzej.karbownik@siatka.org

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Po bloku

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2009-09-17

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2016 Strefa Siatkówki All rights reserved