Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > inne > Po bloku: „Zadławienie gruszką”

Po bloku: „Zadławienie gruszką”

Andrzej Karbownik
fot. archiwum

Jeżeli wierzyć faktom i legendom, to zadławienie się gruszką ze skutkiem śmiertelnym do tej pory miało miejsce dwa razy: raz przy okazji śmierci jednego z carskich synów, a raz na mistrzostwach świata w siatkówce. Teraz liczba udokumentowanych przypadków wzrosła.

Pierwszy przypadek nie jest dobrze rozpoznany i opisany. Był, jak podaje legenda, jedną z możliwych wersji śmierci Dymitra, syna Iwana Groźnego w Ugliczu w 1591 roku (inną wersją jest zarżnięcie go na polecenie regenta, Borysa Godunowa, istnieje też kilka innych wersji) i nie będziemy tutaj szczegółowo go analizować. Drugim przypadkiem, znacznie bliższym historycznie i mocno udokumentowanym, była śmierć sportowa reprezentacji Rosji na mistrzostwach świata przed trzema laty, w pojedynku z reprezentacją Polski. Wtedy właśnie, po dwóch setach absolutnej dominacji, nastąpiło zadławienie „sbornej" (z wszelkimi towarzyszącymi objawami, jako to wytrzeszcz oczu, sinienie twarzy, bezdech i utrata świadomości) wchodzącym z ławki rezerwowych Piotrkiem Gruszką. Zawodnik kompletnie nie rozpoznany przez rosyjskich analityków, już wtedy traktowany jako uzupełnienie kadry a nie jej podstawa, pojawił się na boisku (trzeba dodać, że wraz z Grzegorzem Szymańskim) i całkowicie odwrócił losy praktycznie przegranego przez biało – czerwonych meczu, niejako mimochodem zwalniając z posady słynnego Zorana Gajića, który do dziś nie może odzyskać jakiej – takiej pozycji w światowej siatkówce.

W roku 2009 historia odnotowała dwa kolejne przypadki zadławień. Ba miały miejsce w tureckim Izmirze i, co dziwne, wystąpiły w bardzo krótkim okresie czasu, to znaczy dzień po dniu. We wrześniowy wtorek zadławili się Gruszką reprezentacyjni siatkarze Hiszpanii, zaś w środę ten sam los dotknął zawodników Słowacji. Można więc powiedzieć, że oba wypadki miały charakter zbiorowy, co, zgodnie ze stosownymi przepisami w zakresie bezpieczeństwa i higieny pracy wymaga przeprowadzenia wnikliwej analizy.

Jak to się więc dzieje, że zawodnik którego wielu ekspertów uważali za kolejny zmarnowany polski talent, który nigdy nie osiągnął poziomu sportowego do którego predestynowały go jego znakomite warunki fizyczne i który jest bliżej końca swojej karier sportowej niż jej początku ratuje pupkę kadrze składającej się wyłącznie z zawodników klasy światowej oraz mniej lub bardziej oszlifowanych brylantów talentu? Odpowiedź na to pytanie dla mnie jest niezwykle trudna. Trudna dlatego, że nie znajduję dla jej udzielenia żadnych logicznych argumentów za, za to znajduję wiele argumentów przeciw.



Trzeba bowiem wiedzieć, że sam osobiście byłem wielokrotnie bliski śmiertelnego zejścia z powodu zadławienia Gruszką (Piotrem, tak, tak, Piotrem) którego karierę obserwuję od samego jej początku. Do dzikiej furii doprowadzało mnie, kiedy ów chłop jak góra atakował często z siłą dziesięcioletniego Tadka – niejadka lub wykonywał podbijane przez przeciwników z szyderczym uśmiechem plasiki nad siateczką (mówiąc stylem redaktora Wanio). Dusiła mnie złość, kiedy na połowę przeciwników leciała jego zagrywka przeganiana w locie przez motyle, z siłą wystarczającą do rozerwania na strzępy mokrej chusteczki higienicznej. A jednocześnie dostawałem wszelkich objawów ataku apoplektycznego, kiedy zagrania Piotra obracały wniwecz moje prognozy sromotnych porażek Polaków bądź to w pojedynczych partiach, bądź to w pojedynczych spotkaniach.

Być może powodem takiej niestabilności gry naszego bohatera był fakt, że chyba nie trafił w swoim życiu na szkoleniowca, który umiałby wykorzystać wszystkie jego atuty, zarówno psychiczne, jaki i fizyczne. Miotany losem do różnych klubów i na różne pozycje właściwie nigdy, jak pamięcią sięgnę, nie był tym, wokół kogo budowało się szkielet drużyny. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że zawsze był albo „przed", albo „po". Był albo za młody i niedoświadczony, albo za stary i mało perspektywiczny, choć doświadczony niewątpliwie. A od pewnego czasu był wyznaczany głownie do łatania dziur po pewnych boiskowych faworytach. Nie bez kozery podkreślam słowo: „był". Bo Piotr był na każde zawołanie kolejnych selekcjonerów. Tak jak w tym starym, wyświechtanym dowcipie, w którym uważany za niemowę członek rodziny nagle przemawia słowami „gdzie kompot?", zaś indagowany, czemu nie mówił nic wcześniej odpowiada, że nie widział potrzeby „bo kompot był zawsze", Piotr Gruszka był zawsze. Kadrę można było sobie wyobrazić bez dowolnego nazwiska, za wyjątkiem jego własnego. Nie pamiętam, aby potrzebował odpoczynku, kontaktu z rodziną, czasu na regenerację, leczenie kontuzji, urlopu na naukę – nie, nie pamiętam. A owo „bycie" dla kogoś, kto ma gdzieś w świadomości zakodowany fakt, że przyjeżdża po to, aby w kwadracie rezerwowych oczekiwać na słabość kolejnej na przestrzeni swej kariery gwiazdy jest „byciem" niezwykle trudnym.

Wydaje się więc, że omawiane przeze mnie przypadki sprokurowanych przez Piotra śmiertelnych zadławień kolejnych reprezentacji narodowych są przede wszystkim spowodowane jego charakterem. Charakterem człowieka, który chce po prostu dobrze wykonać swoją pracę. Bez kreowania się na gwiazdę mediów czy na idola kibiców. Ot, postępując tak, jak wysoko kwalifikowany tokarz, spawacz, górnik, czy hutnik. Jak ktoś, kto wyznaje mądrą zasadę naszych wschodnich sąsiadów: wszystkich dziewczyn nie przelecisz, całej wódki nie wypijesz, wszystkich książek nie przeczytasz, ale starać się trzeba. Kiedy idzie, i kiedy nie. Tylko tyle. I aż tyle.

Cóż, kochany panie Piotrze, czas ucieka nieubłaganie, nie młodniejemy, niestety. Choć życzę panu jak najdłuższego grania, zdaję sobie sprawę, że może to być już jedna z ostatnich wielkich imprez siatkarskich z pana udziałem. Chciałbym przeto, aby do kolejnych zadławień pewnych siebie przeciwników, których był pan bezpośrednim sprawcą, doszło jeszcze jedno: w finale mistrzostw Europy anno 2009. Wiem, wiem, to bardzo trudne, a kto wie, czy w ogóle możliwe. Ale chciałbym. W imię tego jestem skłonny wybaczyć wszystkie siwe włosy, które zyskałem przy pana wybitnym udziale. Oczywiście, również i pańskich kolegów.

Napisz do autora: andrzej.karbownik@siatka.org

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
inne, Po bloku

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2009-09-10

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2016 Strefa Siatkówki All rights reserved