Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > Mistrzostwa Europy > Po bloku: „Przytrzymać strzemię”

Po bloku: „Przytrzymać strzemię”

Andrzej Karbownik
fot. archiwum

To już dziś. Dziś po raz pierwszy pod wodzą nowego trenera biało-czerwoni zagrają o coś, co nie jest przysłowiową czapką śliwek albo mniejszej lub większej urody pucharem lub paterą. To mistrzostwa Europy. Tu zdobywcy medalu przechodzą do historii.

Ktoś powie: a cóż to za patetyczny ton, toć to nie mistrzostwa świata, nie olimpiada, a po prostu mistrzostwa kontynentu, który nie jest ani największy na świecie, ani najbogatszy na świecie, ani nawet nie najlepszy na świecie w dyscyplinie, w której właśnie organizuje sobie mistrzostwa. O co chodzi?

Ano, chodzi o to, że być może dla innych zespołów takich jak Serbia, Włochy czy Rosja mistrzostwa Europy to impreza jedna z wielu, gdzie zawsze zahaczy się jakiś krążek nie z tego, to innego kruszcu, wobec czego, choćby z prostego przyzwyczajenia, nie wypada się nią zbytnio ekscytować. Dla nas ME mają zupełnie inny ciężar gatunkowy. Po pierwsze, ostatni raz wygraliśmy coś na kontynencie 24 lata temu i dokonało tego innego pokolenie, czego najlepszym dowodem jest, że obecnie w kadrze zaczynają brylować synowie ówczesnych medalistów. Jeżeli mamy potwierdzić swoje ambicje do odgrywania jednej z wiodących ról w europejskiej siatkówce, co jak na razie czynimy wyłącznie werbalnie, trudno o lepszą okazję. Po drugie, na ostatnich mistrzostwach Europy ponieśliśmy upokarzającą klęskę, i dobry występ na obecnym czempionacie zmazałby bezpowrotnie tę czarną plamę na naszej narodowej siatkarskiej historii, co raz na zawsze wyeliminowałoby protekcjonalne uśmieszki z twarzy naszych przeciwników z boiska. Po drugie, trzeba sobie wreszcie powiedzieć, że ostatnim sukcesem naszej reprezentacji było sławetne wicemistrzostwo świata odniesione, hm, hm, trzy lata temu. Od tego czasu kadra nie wygrała absolutnie nic, a zwycięstwa każdej dyscyplinie potrzebne są jak tlen: jeżeli go nie dostarczymy, spadnie zainteresowanie i kibiców i mediów, co zwykle prowadzi do tego że spada poziom kasy w budżecie związku i zamiast rozkwitu przechodzi się w fazę uwiądu. Po czwarte i ostatnie wreszcie, sukces mógłby ostatecznie zahartować morale młodych polskich siatkarzy tak, aby wiara we własne siły uskrzydlała ich potem w meczach o najwyższe stawki.

Reasumując: sukces na ME to mocna pozycja w CEV (a pośrednio i FIVB), prestiż, łaski mediów i sponsorów, wiara w siebie oraz impuls do dalszego rozwoju. Porażka to medialna i organizacyjna marginalizacja dyscypliny, zwątpienie i wzajemne pretensje, w konsekwencji pierwszy krok ku granicy szarości, która niebezpiecznie zbliża do strefy niebytu. Jest więc o co grać jak najbardziej.



Jednak rodzi się pytanie: co właściwie będzie uznane za sukces? Nie wiem jak u innych, ale u mnie sukcesem będzie czwórka. Każdy kroczek ponad półfinał będzie sukcesem coraz większym, i tak brąz byłby sukcesem dużym, srebro ogromnym, a złoto niebywałym. Że co? Że nadmuchuję balon? O, przepraszam za pardon, wypraszam sobie. Po prostu dokonuję trzeźwej analizy. Zważywszy wyniki losowania, poziom naszej ligi, potencjał kadrowy, umiejętności szkoleniowe selekcjonera, kłopoty personalne nasze i przeciwników oraz wyniki spotkań sparringowych uważam, że jeżeli mamy w ogóle mówić o czymś takim jak siła polskiej siatkówki, to czwórka musi być celem dla biało – czerwonych. Nie oznacza to oczywiście, że przyjdzie do nas sama. Dla znalezienia się w niej trzeba pokonać kilka zespołów, które na swoim koncie również mają dość spore osiągnięcia. Dlatego, zważywszy wszelkie okoliczności, udział w półfinale ja osobiście uznam za dobre osiągnięcie, jednocześnie wszystko powyżej owego minimum sukcesu traktując jako, po brydżowemu mówiąc, nadróbki.

Bo co by się nie powiedziało, przygotowania naszych reprezentantów nie były usłane różami: wypadnięcie ze składu trzech podstawowych zawodników (właściwie czterech, jeżeli uwzględnić Łukasza Kadziewicza) jest wydarzeniem raczej bez precedensu w znanych mi siatkarskich annałach. I o ile w przyjęciu czy bloku na nasze szczęście rozbłysła forma kilku młodych graczy, o tyle w ataku, niestety, w szyku naszych kadrowiczów zieje dziura wielka jak drzwi stodoły. Pomimo ambiwalentnych uczuć do Mariusza Wlazłego stwierdzić trzeba, że gracza podobnej klasy na tej pozycji nie mamy. Oczywiście, podzielam zdanie Daniela Castellaniego, że takie sytuacje pozwalają często na wykrycie w drużynie innych rezerw, które rekompensują po części poniesione straty, a których istnienia nawet nikt nie podejrzewał. Ba, mam nawet na podorędziu stosowny przykład czasu wojny, kiedy jeden z angielskich niszczycieli, po staranowaniu U-boota mający gigantyczną dziurę w dziobie, dopłynął do bazy rufą do przodu, ale trzeba przyznać, że zaistniała sytuacja stawia przed naszymi siatkarzami duże wzywania.

Dlatego, z powodów jak wyżej będę mocno trzymał kciuki za nasz zespół. Im bardzo potrzebne jest wsparcie. Nie wybrzydzanie, nie odsądzanie od czci i wiary za popełnione błędy, nie szyderstwa. Po prostu wsparcie. Na analizy (mam nadzieję, że rzeczowe) przyjdzie czas po mistrzostwach. A teraz jest pora, aby przytrzymać strzemię idącym do szarży. Choćby dlatego, że dla wielu jest to pierwsza szarża w biało – czerwonych barwach.

Napisz do autora : andrzej.karbownik@siatka.org

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Mistrzostwa Europy, Po bloku, reprezentacja Polski mężczyzn

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2009-09-03

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2016 Strefa Siatkówki All rights reserved