Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > inne > Po bloku: „Nieco stępiony gwóźdź”

Po bloku: „Nieco stępiony gwóźdź”

Andrzej Karbownik
fot. archiwum

Każdy, kto miał przyjemność nosić skórzane obuwie spajane za pomocą szewskich gwoździ ten wie, jaką bolesną dolegliwością odznacza się sytuacja, kiedy jeden z owych gwoździ pojawi się wewnątrz wygodnego dotąd jak rękawiczka kamaszka.

Daje się to porównać tylko z bólem zęba – można znosić, ale nie można zapomnieć.

Już dawno temu ustawiłem się w roli owego gwoździa w bucie, pisząc kąśliwie i kłująco o różnego rodzaju śmiesznostkach, przywarach, błędach i niekonsekwencjach środowiska siatkarskiego w ogóle, a PZPS szczególności. Liczyłem i liczę właśnie na zjawisko owego gwoździa w bucie: choć będą mnie olewać, nie będą mogli o mnie zapomnieć i prędzej czy później udadzą się do szewca, to jest, pardon, zrobią coś, aby pozbyć się dręczącej, choćby i niewielkiej, dolegliwości, stępiając tę bolesną, dokuczliwą zadrę. I przyznać trzeba, że w tym roku mój ukochany PZPS zrobił co nieco, aby choć w części tak się stało.

Po pierwsze, skończono wreszcie z tromtadrackim żądaniem jak najlepszego wyniku w operetkowo – komercyjnej Lidze Światowej i zdecydowano się, o dziwo – rozsądnie, na przetestowanie w tych rozgrywkach praktycznie całego zaplecza polskiej siatkówki. Przetestowania tego zaś dokonano nie w tajnych spotkaniach sparringowych z drużyną amatorów z Tenczynka lub oldbojów z Lubczy, ale, proszę ja was, na oczach całego świata, a przynajmniej wszystkich polskich kibiców. I okazało się, że co prawda nie mamy (jak to był uprzejmy wmawiać nam dotąd sam najjaśniejszy prezes P.) tabunów siatkarskich diamentów czystej wody, szturmujących miejsca w pierwszej reprezentacyjnej szóstce, ale mamy kilku naprawdę interesujących zawodników. Zawodników, którzy po reprezentacyjnym ostrzelaniu i właściwie ukierunkowanym procesie dalszego szkolenia mogą stać się już nie diamentami, ale oszlifowanymi brylantami (niechże mi czytelnicy wybaczą to egzaltowane i wytarte do ostatnich granic określenie). A to powinno zabezpieczyć nas, przynajmniej w pewnym zakresie, przed bolesnymi skutkami wymiany pokoleniowej.



Po drugie (idąc dalej tym tropem) dokonano kolejnego bardzo trafnego posunięcia, to jest powołano kadrę B. Choć tu i ówdzie pojawiają się opinie o braku sensu w powoływaniu takiego tworu, ja osobiście uważam, że jest on potrzebny jak najbardziej, stanowiąc znakomity łącznik pomiędzy reprezentacją juniorską a seniorską, bufor, który łagodzi szok przy przechodzeniu granicy junior – senior na szczeblu nie klubowym, ale reprezentacyjnym. Więcej, w kadrze tej, moim zdaniem, mogliby, bez większego uszczerbku swojego prestiżu, odbudowywać swoją formą również reprezentanci starsi, czasowo w słabszej formie po kontuzjach czy innego rodzaju przerwach w grze, lecz pozostający w dalszym ciągu w kręgu zainteresowań selekcjonera. Ba, mogliby jednocześnie służyć swoim bardzo cennym doświadczeniem zawodnikom młodym. Ot, chociażby taki Marcin Wika czy Łukasz Kadziewicz. Bardzo interesujące byłoby również przyjęcie zasady, że kadrę B prowadzi szkoleniowiec, który docelowo byłby głównym kandydatem do prowadzenia pierwszej reprezentacji. W ten sposób, w ścisłej współpracy z pierwszym trenerem, korzystałby z jego wiedzy i doświadczeń, a jednocześnie zyskiwała doświadczenie w samodzielnym prowadzeniu kadry a nie w podawaniu ręczników i napojów izotonicznych. Pamiętać jednak należy, aby nasze reprezentacyjne zaplecze nie grało wyłącznie w okresie kanikuły, ale również w innych porach roku (na przykład różnego autoramentu turniejach europejskich).

Po trzecie wreszcie, wyciszono nieco atmosferę wokół kadry, nie roztrząsając w przemożnej chęci parcia na szkło posunięć Daniele Castellaniego oraz szczegółów jego współpracy z zawodnikami czy ze związkiem. Aktywność w tym względzie panów prezesa P, sekretarza A., wiceprezesa P. oraz innych notabli związku jest (w odróżnieniu od czasów, że tak powiem, napoleońskich) znacznie obniżona, co sprzyja budowaniu atmosfery skupienia i spokoju, przynajmniej w sferze medialnej. A to może wpłynąć tylko pozytywnie na to, jak spiszemy się w najważniejszej chyba imprezie roku (choć spokojnie wygrane eliminacje do mistrzostwa świata miały chyba taką samą wagę), to jest mistrzostwach Europy. Moja pochwała dla ograniczenia aktywności medialnej dotyczy zresztą wyłącznie tzw. białego szumu, czyli mówienia, co ślina na język przyniesie dla samej przyjemności mówienia do mikrofonu. Aktywność w zakresie udzielania informacji jest rzeczą zupełnie inną. Na razie jest ona, jak dla mnie, wystarczająca i sądzę, że po mistrzostwach Europy, niezależnie od osiągniętego rezultatu, winniśmy utrzymać jej poziom, to jest uzyskać rzetelną i kompletną analizę naszego występu. Bo do tej pory różnie z tym bywało, oj, różnie. Tyle dokumentów, które do tej pory tkwią pod suknem na warszawskich biurkach

Uff, nachwaliłem się jak chyba nigdy w życiu. No normalnie „łubu – dubu, łubu – dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu, niech żyje nam", ale co tam: u mnie co w sercu, to na języku. Myliłby się jednak grubo ten, który oczekiwałaby, że zawsze tak będzie. O, co to, to nie, gwóźdź, choć stępiony, pozostał gwoździem, to pewne. Mam ja ci w szufladce parę tematów, do których wrócę niezawodnie, ale na razie cicho – sza. Przed nami mistrzostwa Europy, więc nie będę wywoływał zamieszania, bo postąpiłbym właśnie tak jak ci, których do tej pory ganiłem, a których postawę obecnie postrzegam jak najbardziej pozytywnie.

No właśnie – mistrzostwa Europy. Nie będę wróżył z fusów od kawy ani przeciwnie, robił z siebie największego specjalisty świata (jak co poniektórzy dziennikarze oraz, ku mojemu żalowi, niektórzy byli trenerzy reprezentacji), więc nie będę też typował wyników oraz komentował decyzji kadrowych oraz taktycznych trenera Castellaniego. Ale uważam, po analizie drabinki turniejowej, że zostaliśmy życzliwie poklepani po plecach przez los, i musimy zrobić wszystko, aby losowi pomóc. Po obejrzeniu memoriału Wagnera myślę, że stać nas na to. Niechże zatem Jerzy Hubert rzuci okiem stamtąd, z góry, na grę biało – czerwonych i natchnie ich swoją nieugiętą wolą zwycięstwa. A wtedy – wtedy najpierw czwórka a potem? Kto wie?

Napisz do autora: andrzej.karbownik@siatka.org

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
inne, Po bloku

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2009-08-27

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2016 Strefa Siatkówki All rights reserved