Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Po bloku: „Lipcowe refleksje”

Po bloku: „Lipcowe refleksje”

Andrzej Karbownik
fot. archiwum

Nie będę taił, że finałowe zmagania Ligi Światowej obejrzałem z igłą zazdrości w sercu. Nie tylko dlatego, że nie uczestniczyli w nich biało - czerwoni, nie. Przede wszystkim ze względu na prezentowany poziom gry i inne tam takie. Skłoniło mnie to do kilku refleksji.

W pierwszym rzędzie zadałem sobie pytanie: jeżeli taką formę nasi potencjalni rywale podczas nadchodzących mistrzostw Europy (mówię o Serbii i Rosji) uzyskują na początku sezonu, w imprezie komercyjnej, to jak będzie ona wyglądała po pełnym cyklu przygotowań? I jak w takim razie ocenić realność polskich medalowych szans, pożądanych przez kibiców oraz nieśmiało deklarowanych przez trenera? Nie wiem, nie wiem… Nie wiem tym bardziej, że kontuzja wyeliminowała kolejnego polskiego asa, Michała Winiarskiego , a forma pozostałych weteranów (choć owych „pozostałych" systematycznie ubywa), jest jedną wielką niewiadomą skrzętnie skrywaną przez nowego selekcjonera. Swoją drogą, kiedy niejaki Raul Lozano nie wpuszczał na treningi dziennikarzy, to krzyk się podnosił pod niebiosa. Kiedy Daniel Castellani w takiej samej intencji odmawia zgody na transmisję telewizyjną sparingu z Bułgarią, to rwetes jakby mniejszy. Czasy się zmieniają, czy jak? Mniejsza zresztą z tym, ważne jest, że co do aktualnej dyspozycji naszych kadrowiczów jesteśmy ciemni, jak tabaka w rogu, a eliminacje MŚ już nie tyle za pasem, co za paskiem, i to wąziutkim. Pozostaje wierzyć zatem, że nasz szkoleniowiec potrafi jednak skleić do sierpnia skład, który te eliminacje szczęśliwie przebrnie. Co do sukcesów na mistrzostwach Europy moje nadzieje, szczególnie po obejrzeniu dyspozycji Serbii i Rosji, są jakby mniejsze, ale mimo wszystko wierzę w naszą młodzież, wspartą paru doświadczonymi zawodnikami. Wierzę pomimo porażek z Finlandią, było nie było, drużyną na tle innych europejskich zespołów przeciętną. Przecież ta młodzież to praktycznie wszystko, co w polskiej siatkówce mamy najlepszego na najbliższe lata (nie licząc na razie juniorów). Wierzę więc, bo po prostu wierzyć muszę z braku innej alternatywy.

Swoją drogą, po obejrzeniu finałów LŚ chciałem się z tego miejsca podzielić z czytelnikami pewnym spostrzeżeniem (przy czym ma ono charakter ogólny, i jeżeli machnąłem się w jakimś drobnym szczególe, to proszę się nie czepiać).Otóż w finałowej czwórce zespołów trzy kraje praktycznie w ogóle nie nasycają swoich lig obcokrajowcami. Te kraje to Serbia, Brazylia i Kuba (ta ostatnia ze względów oczywistych). Rosja z kolei naprawdę rygorystycznie przestrzega przepisów o limicie dwóch obcokrajowców na boisku, i konia z rzędami temu, kto w kadrach zespołów Superligi znajdzie większą ich ilość (dla porównania, w naszym Jastrzębiu figurowało w ubiegłym sezonie czterech stranieri). Ba, najwięcej znakomitych zawodników rosyjskiej siatkówki ( w tym srebrnych i brązowych medalistów olimpijskich) wychowało się wtedy, kiedy w lidze rosyjskiej/radzieckiej nie grał żaden obcokrajowiec. Przykłady? Kazakow, Tietiuchin, Chamuckich, Szulepow, Jakowlew, Kuleszow, Dinejkin, Sawieliew itd., itd. Z drugiej strony kraje będące ostatnio prawdziwym rajem dla legii cudzoziemskiej (Włochy, Francja, Polska) zdecydowanie obniżyły loty. Przypadek? Nie sądzę, messieurs et signori, nie sądzę. Pasuje bowiem zbyt dobrze do mojej teorii, że zatrudnianie dużej ilości zagranicznych „gwiazd" (a choćby nawet i autentycznych gwiazd) nie sprzyja kształceniu klasowych grajków swojego chowu. I będę powtarzał do znudzenia (oczywiście, z przerwami), póki nie trafi to do świadomości zarówno działaczy związkowych, jak i klubowych: albo starosta, albo kapucyn. Albo żmudne, drogie, niepewne szkolenie narybku z długofalowymi korzyściami zarówno dla klubów, jak i reprezentacji, albo szybka i łatwa wycieczka do supermarketu, to jest, tfu, chciałem powiedzieć do menedżera i zakupienie gotowego zawodnika zagranicznego. W tym przypadku na pewno ze szkodą dla reprezentacji.

Generalnie jednak, pomimo wszystkich wątpliwości, które nachodzą polskich kibiców, Liga Światowa była kapitalnym sportowym świętem, ubarwiającym okres kanikuły i nie pozwalającym na całkowite wypadnięcie z siatkarskich trybów, za co cześć i chwała telewizji pana Solorza. Choć właściwie powinienem powiedzieć była by. Byłaby, gdyby nie konieczność wysłuchiwania niektórych komentatorów. Zdaję sobie sprawę, że duża ilość prezentowanych spotkań zmusiła Polsat do rzucenia na pierwszą linię frontu komentatorskiego skoncentrowanych sił dziennikarskich a nawet sięgnięcie do najgłębszych rezerw (całkiem tak jak w ostatecznych rozstrzygnięciach bitew, kiedy podczas przesilenia wysyła się w bój listonoszy i kucharzy). Zdaję sobie również sprawę, że komentatorzy bywają omylni. Znane są różnego rodzaju kuriozalne wpadki komentatorów, takie jak Dariusza Szpakowskiego , który „puszczał Bąka lewą stroną", Bohdana Tomaszewskiego , który zauważał „wielkie ożywienie w kroku Lewandowskiego" (był taki biegacz), Jacka Laskowskiego , który doliczał „minutę do pierwszej połowy boiska" czy wreszcie Andrzeja Zydorowicza , który informował, że „trener Belgów to ten pan w okularach na państwa okularach". Tak. Ale to są po prostu wpadki. Gorzej, gdy za komentowanie bierze się ktoś, kto nie ma w tym kierunku ani uzdolnień, ani wiedzy, obdarzając jednocześnie hojnie nieszczęsnych słuchaczy płodami swej bujnej elokwencji. Każdy, kto oglądał choćby jedno spotkanie komentowane przez pana redaktora Krzysztofa W. , wie doskonale o czym mówię. Permanentny słowotok, nie pozwalający w ogóle skupić się na oglądaniu widowiska, wznoszone co jakiś czas okrzyki typu „ha, ha" czy coś w tym rodzaju, wyjątkowo irytująca maniera traktowania wszystkich reprezentantów Polski nie to, że z nazwiska, nie to, że z imienia nawet, ale wyłącznie per „Plina", „Świder", „Igła" (co chyba miało zaznaczyć wyjątkową zażyłość pana redaktora z inkryminowanymi graczami) jeszcze można byłoby wytrzymać. Ale, na Boga, jeżeli zawodnicy, nawet z drużyny Rosji, mają swoje nazwiska, to chyba trzeba wiedzieć jak brzmią, i jak się odmieniają! Otóż informuję z tego miejsca redakcję Polsatu: drugi libero reprezentacji Rosji nazywa się Janutow, Aleksander Janutow (nie Janutin, jak utrzymywał redaktor W.), zaś młody przyjmujący nosi nazwisko Jewgienij Siwożieliez (nie Siwożelec, jak zapewniał nas tenże redaktor W.). W związku z powyższym, w drugim przypadku liczby pojedynczej obowiązująca forma to „Siwożielieza", a nie „Siwożelca" jak chciałby redaktor W. Aby nie walić takich fleków, wystarczyło zapytać o to kogokolwiek, kto ma jakie – takie pojęcie o języku rosyjskim. A ponieważ nasz bohater jest prawdopodobnie ponad takie drobiazgi, więc niech mu ktoś z redakcji o tym powie. Bo, oczywiście, zachodzi możliwość że redaktor Krzysztof W. będzie dalej komentował mecze, bo po prostu to lubi. Ale jeżeli tak, to czemu, u diabła, się tego nie nauczy?



No i tyle refleksji po Lidze Światowej. Przed nami sierpień. Oj, będzie się działo. I u panów, i u pań. Do zobaczenia się więc niebawem.

*Napisz do autora: andrzej.karbownik@siatka.org

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony, inne, Po bloku

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2009-07-30

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2016 Strefa Siatkówki All rights reserved