Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Felietony > Po bloku: „Gdzie ci następcy?”

Po bloku: „Gdzie ci następcy?”

Andrzej Karbownik
fot. archiwum

W starożytnej Synopie niejaki Diogenes zwykł był przechadzać się z latarnią w ręku szukając, wedle swych własnych słów, człowieka. Dziś w polskiej siatkówce też się szuka. Następców. I trudno ich znaleźć, nawet, jak to się mawia, ze świecą.

Do niedawna wydawało się, że znalezienie alternatywy dla pokolenia zwanego „pokoleniem 77", które przebojem zdobyło złoty medal mistrzostw świata juniorów w Bahrajnie nie będzie stanowiło najmniejszego problemu. Przecież podobnego wyczynu dokonało o sześć lat młodsze i równie utalentowane „pokolenie 83", zatem wszystko wskazywało na to, że mamy całkowity spokój w zakresie sukcesji i zapewnione pasmo radosnych wzlotów na co najmniej kilka lat. Ba, wedle słów prezesa P. oraz kilku osób z nim związanych mieliśmy sytuację jeszcze bardzie komfortową. Otóż oprócz wzmiankowanego pokolenia złotych juniorów z rocznika 1983 dysponowaliśmy całą rzeszą niezwykle utalentowanych małolatów, którzy z chorobliwą wręcz ambicją zmierzali do wyautowania dotychczasowych kadrowiczów, aby zająć ich miejsce i doprowadzić polską siatkówkę na wyżyny umożliwiające skuteczne ubieganie się prezesa P. o fotel prezesa najwyższego, czyli głównodowodzącego światowym volleballem. A jaką sytuację mamy dziś?

Odpowiedź na to pytanie jest krótka i węzłowata: trudną. Trudną z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że osławione „pokolenie 77" to obecnie trzydziestodwulatkowie, którzy sheblowali ładny kawałek polskich i zagranicznych parkietów, i którzy, licząc kolejne kontuzje i urazy coraz bardzie myślą o ciepłej bieliźnie i naparze z rumianku zamiast o kolejnych (dodatkowych) godzinach reprezentacyjnej harówki w hali i na siłowni. Trudno im zresztą się dziwić: oni dla polskiej siatkówki zrobili już bardzo wiele. To, że kilku z nich chce jeszcze pomóc młodszym kolegom stanowi dla nich tylko powód do dodatkowej chwały, ale nie może stanowić fundamentu reprezentacji kraju, jeżeli mamy planować w perspektywie dłuższej niż najbliższy rok – dwa.

Wydawałoby się zatem, że takim fundamentem powinni być złoci juniorzy z Bahrajnu ale… Ale jakoś tak się porobiło, że naprawdę rozwinęli skrzydła tylko dwaj zawodnicy: Mariusz Wlazły i Michał Winiarski. Losy reszty toczyły się różnie, ale właściwie nikt nie zrobił kariery, która dawałaby mu status gwiazdy międzynarodowego formatu. Część ładny jej kawałek spędziła na ławkach rezerwowych, część stanęła w rozwoju tak dalece, że słuch o nich zaginął. A dwaj panowie W. zapłacili bardzo wysoką cenę za swoje sukcesy, w postaci ponad miarę wyeksploatowanych organizmów (o ile można wyciągnąć taki wniosek z komunikatów o ich permanentnych, cięższych lub lżejszych, kontuzjach). Tak się zatem porobiło, że kadrę należy gwałtownie uzupełniać o nowe twarze, które będą mogły stanowić o sile polskiej siatkówki przez najbliższych kilka lat.



Dokonano w tym celu śmiałego eksperymentu (nie żartuję tym razem), jakim było desygnowanie na parkiet praktycznie całego polskiego zaplecza, czyli wszystkich zawodników młodszych pokoleń którzy mogli być brani pod uwagę jako potencjalni kadrowicze. I okazało się, wbrew buńczucznym zapowiedziom prezesa i działaczy, że nasze zaplecze przedstawia się skromnie lub więcej niż skromnie. Że kandydatów do kadry musiano szukać w kwadratach rezerwowych polskich zespołów ligowych lub w drugiej lidze włoskiej. Że zawodnicy ci w konfrontacji z europejskim zespołem średniej klasy nie mieli najmniejszych szans na jego pokonanie. Że odstają od przeciwników poziomem wyszkolenia technicznego. Dlaczego?

Właśnie, co ja sobie nastrzępiłem języka w kwestii owego „dlaczego", to pojęcie ludzkie przechodzi. Pyskowałem przez parę lat. Wargi miałem obite do krwi normalnie. A jaki przyniosło to efekt? Ano taki, że potęgę polskiej siatkówki budujemy tak, jak budowaliśmy. Czyli po polsku, a właściwie po pezetpeesowsku.

W dalszym ciągu nikt nie opracował (a jeżeli opracował, to nie podał do publicznej wiadomości) kompleksowego programu szkolenia młodzieży, na przykład opartego o doświadczenia uznanych liderów w tej mierze, czyli Brazylii i Rosji (z uwzględnieniem bardzo ciekawych doświadczeń Holandii i Włoch). Osławiony kongres siatkówki młodzieżowej oprócz wiernopoddańczego adresu uczestników skierowanego do PZPS nie przyniósł jakichkolwiek rezultatów (a jeżeli przyniósł, to również nie podano tego do publicznej wiadomości). Trener młodzieży w dalszym ciągu musi pracować za 200 zł miesięcznie, a wynajęcie sali gimnastycznej w szkole kosztuje 60 zł za godzinę. Powoduje to, że liczba młodych adeptów siatkówki rośnie w postępie zgoła geometrycznym, a poziom wyszkolenia przewyższa ten z Brazylii

Wszystkie siatkarskie kluby (w tym trenowane lub zarządzane przez szacownych członków PZPS) mają wspaniały zwyczaj zakupywania (hurtem lub w detalu) różnej maści siatkarskich gwiazd, w tym w wieku przedemerytalnym jako też z krajów siatkarsko egzotycznych. W związku z powyższym, ponieważ wydatek na zakup musi być, jak to się mówi, uzasadniony, importowani grajkowie mają patent na występy w pierwszych szóstkach sprawiając, że młodzi zdolni polscy gracze przebierają nogami w kwadratach rezerwowych lub podają ręczniki na czasie. Powoduje to, że nasze siatkarskie nadzieje zyskują niezwykłe umiejętności indywidualne, bo, po praktyce w kwadratach, umieją stać na boisku zgoła genialnie. Gorzej natomiast przedstawia się sprawa w przypadku konieczności przemieszczania się, zwłaszcza w ataku i bloku.

W kraju mamy, prowadzoną pod auspicjami PZPS jedną (słownie: jedną) Szkołę Mistrzostwa Sportowego, która zapewnia tak pożądaną przez teoretyków szeroką podstawę piramidy szkoleniowej, której wierzchołek stanowi reprezentacja. Pozostałe szkoły mistrzostwa sportowego np. rzeszowska, powstają wyłącznie z dobrej woli włodarzy miast (często z inspiracji klubów) a PZPS nie kiwa nawet palcem w bucie, aby takowa szkoła funkcjonowała chociażby w każdym mieście wojewódzkim (czasem wystarczy do tego po prostu umiejętny lobbing). Za to otwarta z udziałem wszystkich notabli związku Akademia Siatkówki w Łodzi (której zazdrości nam cały świat) oferuje w ramach „dotarcia do nauczycieli wf. w szkołach i wypracowania systemu nauki podstaw gry w siatkówkę oraz systemu selekcji uzdolnionej młodzieży do SMS, współpracy z ministerstwem edukacji z sprawie podstawy programowej wf., edukacji i szkolenia młodzieży, monitorowania najzdolniejszych na poziomie gimnazjum i liceum" organizację… kursów instruktora piłki siatkowej (kto nie wierzy, niech sprawdzi). Powoduje to, że rzesza młodzieńców, szkolona w licznych SMS-ach (do których została skierowana wg. systemu selekcji opracowanego przez instruktorów z Akademii Siatkówki) wg. ujednoliconego systemu nauki podstaw (opracowanego w taki sam sposób) i nieustannie monitorowana (oczywiście przez instruktorów z Akademii Siatkówki), czyni postępy zgoła szalone.

Oto dlaczego, szanowni czytelnicy, tak łatwo jest o znalezienie w Polsce następców kolejnych siatkarskich pokoleń.

 

Napisz do autora: andrzej.karbownik@siatka.org

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Felietony, Po bloku

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2009-07-23

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2016 Strefa Siatkówki All rights reserved