Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > reprezentacja Polski kobiet > Jerzy Matlak: Dobrych zawodniczek zamiast przybywać, ubywa

Jerzy Matlak: Dobrych zawodniczek zamiast przybywać, ubywa

Jerzy Matlak
fot. archiwum

- Dysponuję takim składem, jakim dysponuję. Nie mam takiego wyboru, jak w kadrze męskiej, gdzie jest gros młodych, utalentowanych chłopaków. Żeńska siatkówka nie cierpi na taki nadmiar bogactwa - mówi selekcjoner reprezentacji siatkarek, Jerzy Matlak.

Kadra siatkarek prowadzona od niedawna przez Jerzego Matlaka ma za sobą pierwszy poważny sprawdzian – turniej kwalifikacyjny do mistrzostw świata. Cel został wprawdzie osiągnięty i w przyszłym roku nasze zawodniczki wystąpią na światowym czempionacie w Japonii, to jednak gra Polek pozostawiała wiele do czynienia.

Doskonale sprawę z tego zdaje sobie trener Matlak. Jego wypowiedzi nie napawają optymizmem w kontekście zbliżających się mistrzostw Europy, których organizatorem jest Polska. A może to tylko działanie asekuracyjne na wypadek nieudanego startu w mistrzostwach Starego Kontynentu.

Cel został wykonany. Awans do mistrzostw świata wywalczony, ale gra naszych reprezentantek pozostawiała wiele do życzenia.



Jerzy Matlak:Wszyscy, którzy byli w Rzeszowie, widzieli, że gra, jaką zaprezentowały moje podopieczne odbiega jeszcze od tego, co sobie wyobrażałem. Najważniejsze jednak, że awansowaliśmy. Mecz z Turcją, przegrany 1:3, dał nam konkretną wskazówkę gdzie i w czym mamy problemy. To jest temat, który powraca od paru spotkań. Mamy bardzo duży problem z przyjęciem zagrywki, co z kolei skutkuje problemem z wyprowadzeniem ataku. Dlatego potem męczymy się tak, jak w meczach z Belgią czy z Turcją. Przy złym przyjęciu nie możemy uruchomić gry środkiem, co z kolei powoduje, że do znudzenia gramy prawym lub lewym skrzydłem, gdzie jesteśmy łatwym celem dla bloku. Brakuje nam jednak zawodniczek, które dobrze wywiązywałyby się z tych zadań. Skład personalny jest taki, jaki jest. Dlatego mam nadzieję, że w niedługim czasie tę kadrę wzmocni kilka silnych zawodniczek. Nie ma jednak tłumu takich siatkarek w poczekalni, ale myślę, że dwie-trzy zawodniczki mogłyby zmienić obraz tej gry.

Dużo siwych włosów kosztowały mecze na rzeszowskim turnieju?

Na pewno. Ważny jest końcowy efekt. Podczas meczów z Belgią i Francją nie zastanawiałem się na tym. Z tego awansu na mistrzostwa świata, które przecież odbywają się raz na cztery lata, trzeba szybko zrobić sukces. Przecież nie wszystkie gry zespołowe w Polsce mogą liczyć na grę w trzech kolejnych z rzędu mistrzostwach świata. Mamy jednak wiele problemów, które nie znajdują rozwiązania w ostatnich latach. Akurat na mnie trafiło, że po igrzyskach olimpijskich w Pekinie wszystko pękło jak bańka mydlana. Zostałem bez gwiazd polskiej siatkówki. Pozostało mi ściąganie do kadry zawodniczek, które w ostatnich latach były odstawione na boczny tor. Ktoś musi jednak ten zespół ciągnąć. Na razie czynią to te siatkarki, które mam i chwała im za to. O nich się mówi najmniej, a najwięcej uwagi przywiązuje się do tych największych gwiazd, których w Rzeszowie nie miałem do dyspozycji. Myślę, że trzeba się ich zapytać, dlaczego ich zabrakło.

Jaki widzi pan plusy tego turnieju, a jakie minusy?

Największym plusem jest awans do mistrzostw świata. Cenzurek nie chcę jednak wystawiać. Zespół spełnił swoje zadanie. O tym, że mamy problemy wiedziałem przed turniejem i wiem po turnieju. Teraz czekam na pomoc ludzi z różnych środowisk. Taką, która pomogłaby mi przywrócić blask naszej reprezentacji. W siatkówce bardzo wiele znaczy jedna, czy dwie zawodniczki, takie prawdziwe snajperki, których zabrakło w Rzeszowie, a przecież jeszcze niedawno mieliśmy tego typu siatkarki. Trzeba się jednak cieszyć z tego, że przez ostatnie dwa miesiące udało się coś pozbierać, bo przecież tej kadry nie było. Środowisko było skłócone, nie było wyników. Twierdzono nawet, że nie da się odbudować silnej polskiej reprezentacji.

Dla pana był to pierwszy poważny sprawdzian w roli selekcjonera kadry. Nasuwają się jakieś refleksje?

Ten pierwszy okres naszej pracy polegał na takiej łapance do kadry. Kto został, kogo los "ustrzelił", w tym sensie, że bardzo wiele zawodniczek z różnych powodów nie występuje w tej drużynie. Warto przypomnieć, że po igrzyskach olimpijskich w Pekinie wszystko runęło i mówiło się, że ciężko będzie coś odbudować. Na razie udało nam się zrobić kroczek do tego, żeby to trwało i rozwijało się w dobrym kierunku.

Za dwa tygodnie rozpoczną się zmagania w Grand Prix. Czy do tego momentu zajdą jakieś zmiany w kadrze?

Dysponuję takim składem, jakim dysponuję. Nie mam takiego wyboru, jak w kadrze męskiej, gdzie jest gros młodych, utalentowanych chłopaków. Żeńska siatkówka nie cierpi na taki nadmiar bogactwa. Nie mamy po prostu takiego zaplecza, by dokonywać wielkich zmian w kadrze. W drużynie juniorek, grającej na mistrzostwach świata są dwie-trzy zawodniczki, które można brać pod uwagę. W reprezentacji, która na uniwersjadzie sięgnęła po brąz też znalazłyby się ze dwie siatkarki na miarę oczekiwań. I to wszystko. Mamy zatem na razie około 20 zawodniczek, które mogą grać na przyzwoitym poziomie.

Jakie są najbliższe plany kadry?

Za kilka dni przyjeżdżamy do Kielc, gdzie zagramy turniej Grand Prix – pewnie w podobnym składzie, jak w Rzeszowie. Dla nas ta impreza nie jest dobrym rozwiązaniem. Muszę jednak to Grand Prix obsłużyć, bo takie są wymogi.

Do mistrzostw Europy w Polsce pozostały dwa miesiące. Nie ma zatem zbyt wiele czasu na to, by stworzyć naprawdę mocny zespół.

Od samego początku czasu było mało. Po kwalifikacji na mistrzostwa świata okazało się, że mamy dalsze dwa miesiące czasu. Gdybyśmy bowiem do mistrzostw świata nie awansowali, to sytuacja byłaby jeszcze gorsza. Trzeba się cieszyć z tego, co już mamy i czekać spokojnie na to, co będzie. Musimy zobaczyć, kto nas może jeszcze wzmocnić, kto wróci do gry po kontuzji. Może doczekamy się jakiejś miłej niespodzianki. Na przykład w postaci powrotu Katarzyny Skowrońskiej, choć rokowania nie są najlepsze. Może okaże się, że będzie jednak zdrowa. Jej powrót znaczyłby naprawdę bardzo dużo dla tego zespołu. Na razie jednak jest, jak jest. Kiedy zostałem trenerem kadry powołałem grupę zawodniczek – nazwę to wulgarnie – do użytku. W tym gronie znajdowało się około ośmiu siatkarek, których na turnieju w Rzeszowie nie było. Zabrakło ich z powodów zdrowotnych, albo ze względu na to, że się w tej kadrze nie widzą. Te, które chciały tutaj grać – przyjechały. One wszystkie trenowały z nami od początku. Po pewnym czasie doszły jeszcze Lena Dziękiewicz i Natalia Bamber. One będą mogły pomóc temu zespołowi nie wcześniej jednak niż za miesiąc.

Na co zatem stać będzie nasze siatkarki na mistrzostwach Europy?

Teraz się nad tym nie zastanawiam. Jestem na razie szczęśliwy z uzyskanego awansu do mistrzostw świata. Na razie nie interesuje mnie nic więcej. Mimo wielkich kłopotów kadrowych udało nam się wykonać zaplanowane zadanie. Na razie jednak widać, że nie mamy mocnego składu. Świadczy o tym choćby porażka u siebie z Turczynkami, które na ten moment są zespołem od nas lepszym. Może coś uda się poprawić jeszcze w grze, ale na gwałtowne zmiany nie liczyłbym. To tak, jakby się chciało jechać samochodem 200 km/h po autostradzie, a silnik wyciągnie na razie 150 km/h. Nie można być jednak pesymistą do końca, tylko trzeba szukać jakiegoś wyjścia z sytuacji. Ktoś tym wszystkim musi się jednak zainteresować. Niedawno nasze siatkarki były dwukrotnymi mistrzyniami Europy, ale nikt tego sukcesu mądrze nie wykorzystał. Dobrych zawodniczek zamiast przybywać, to ubywa. Następczyń naszych gwiazd nie widać.

Mówi pan o wielu problemach. To kim zatem mamy grać na mistrzostwach Europy?

Mogę mówić, że jest bardzo dobrze, choć tak nie jest. Nie jest jednak najgorzej, ale wiele rzeczy trzeba jeszcze poprawić. Dostałem konkretne zadanie, które w Rzeszowie wykonałem. Na szczęście nie tylko ja się muszę zastanawiać nad dalszym losem polskiej siatkówki, ale wiele innych osób. Jedno jest pewne polskiej siatkówce potrzebne są rozwiązania systemowe takie, by unikać problemów z kontuzjami po sezonie. Nie wolno traktować kadry po macoszemu i wybierać momentu, kiedy się chce w niej grać. Bycie w reprezentacji to sygnał dla menedżerów, że zawodniczka jest wartościowa. Teraz faktycznie nie ma w kadrze wielu czołowych zawodniczek, ale nikt pod ich adresem nie kieruje pretensji, bo są to absencje wytłumaczalne.

Rozmawiał Tomasz Kalemba, sport.onet.pl
Cały wywiad w serwisie onet.pl

źródło: onet.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
reprezentacja Polski kobiet

Tagi przypisane do artykułu:
,

Więcej artykułów z dnia :
2009-07-20

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2016 Strefa Siatkówki All rights reserved