Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Publicystyka > Cykle > Po bloku > Po bloku: „Srebrna szóstka i złota jedenastka”

Po bloku: „Srebrna szóstka i złota jedenastka”

Andrzej Karbownik
fot. archiwum

Kiedy na Wankdorfstadionie w Bernie kapitan piłkarskiej reprezentacji Węgier, Ferenc Puskas odbierał nagrodę za zdobycie wicemistrzostwa świata w piłce nożnej nie przypuszczał zapewne, że jest to ostatni sukces jego kraju na arenie międzynarodowej. Czy historia lubi się powtarzać?

Fakt jest faktem: po ogromnych sukcesach na wszystkich piłkarskich stadionach całego globu i po zdobyciu wicemistrzostwa świata w roku 1954 węgierska piłka nożna, niegdyś uchodząca za niedościgniony wzór, poczęła się chylić ku obserwowanemu dziś katastrofalnemu upadkowi. Skończył się niesamowity „wysyp" futbolowych gwiazd, który, jako słynna „złota jedenastka", upokarzał kolejne potęgi światowe, a następców zabrakło. Owszem, bywały jeszcze niewielkie przebłyski i reprezentacyjne, i klubowe (m.in. srebrny medal olimpijski w 1972, lecz, jak wiadomo, były to wtedy raczej rozgrywki bratnich krajów socjalistycznych), jednak trend miał wyłącznie charakter dołujący, aby ostatecznie sięgnąć dna.

W roku 2006 polska siatkarska reprezentacja, podobnie jak Węgrzy pół wieku wcześniej, sięgnęła po wicemistrzostwo świata w swojej dyscyplinie. Wydawało się, że jeszcze tylko mały kroczek, no, niech będzie, krok i będziemy tymi, którzy rozdają karty w siatkówce światowej. Rzeczywistość nie zweryfikowała niestety tych marzeń: katastrofalny występ na mistrzostwach Europy, średni występ na olimpiadzie pokazały, że do najlepszych brakuje nam jeszcze wiele. Ale surmy grały nadal, balon potęgi polskiej siatkówki genialnie zarządzanej przez PZPS nadymał się do monstrualnych rozmiarów, wspierany dzielnie przez władze Plus Ligi. Trenerem nasze kadry mieli zostać wszyscy najlepsi specjaliści świata, których zadaniem miało być szlifowanie rzeszy pukającej do wrót kadry siatkarskich brylantów, kształconych przez jedyną w kraju Szkołę Mistrzostwa Sportowego i wspieraną przez Akademię Siatkówki w Łodzi, której zazdrościł nam cały świat.

Dziś, po praktycznie rozegranej już fazie eliminacyjnej Ligi Światowej, gdzie poddano wiwisekcji umiejętności owych siatkarskich brylantów, okazuje się, że mamy mały problem. Okazuje się bowiem, że zdobywcy srebrnego medalu z Tokio, przetrzebieni kontuzjami i nie młodniejący, nie będą już lepsi, natomiast ich następcy jeszcze nie są. Występuje tedy ewidentny problem luki pokoleniowej, której zasypanie może być procesem i kłopotliwym, i bolesnym. Ale jeżeli go nie rozwiążemy, może grozić nam ewidentny syndrom węgierski: po stosunkowo dużym sukcesie popadanie w marazm aż do całkowitego rozkładu dyscypliny. Przesadzam? Nie bardzo. Taka sama sytuacja miała miejsce w przypadku polskiej koszykówki (wicemistrzostwo Europy), rumuńskiej siatkówki kobiecej (wicemistrzostwo świata) itd., itp. – przykładów jest kilkanaście albo i kilkadziesiąt.



Dokonana weryfikacja potencjalnych zawodników odmłodzonej kadry Polski pokazała, że w chwili obecnej nie są oni w stanie w pełni zastąpić swoich poprzedników. Jednak bardzo dobrze się stało, że taka weryfikacja została przeprowadzona, i będę tutaj zębami i pazurami bronił Castellaniego, który na taki krok się odważył. Lepsza jest bowiem wiedza, choćby bolesna, od słodkiej niewiedzy, która nieuchronnie prowadzi do boleści jeszcze większej. Mamy tedy do rozstrzygnięcia nie lada problemat: czy postawić znowu na zmęczonych długą karierą „żelaznych" kadrowiczów, którzy w końcu owe długie kariery będą musieli zakończyć (i oby nie tak, jak robi to na przykład snujący się ciągle po siatkarskich boiskach Vlado Grbić), uzupełniając ich kilkoma młodymi, czy postawić w większości na młodych, wzmacniając ich paroma najlepszymi reprezentantami starszego pokolenia, czy postawić całkowicie na młodych, licząc się z rokiem – dwoma bolesnych porażek.

Sądziłem przed meczami z Finlandią, że to trzecie rozwiązanie jest możliwe, jednak, mimo ogromnej sympatii do Bartmana, Kurka i spółki musiałem zweryfikować swoje poglądy. Postawienie wyłącznie na młodych, zważywszy ich aktualne umiejętności, mogłoby doprowadzić do gwałtownego spadku pozycji Polski w rankingu FIVB, a tym samym utrudnić nam dostęp do najważniejszych siatkarskich imprez. A to z kolei mogłoby uruchomić samonapędzający się mechanizm destrukcji: spadek prestiżu – spadek zainteresowania – wycofanie się sponsorów – upadek klubów – śmierć dyscypliny. Nie, to rozwiązanie nie wchodzi absolutnie w grę.

Moim zdaniem nie wchodzi w grę również rozwiązanie pierwsze, ponieważ opóźnia jedynie to, co opisałem powyżej. Bez ogrywania jak największej rzeszy następców po prostu ich nie wykształcimy, a Gruszka, Zagumny, Ignaczak, Świderski nie będą grali do emerytury, choćby wyposażyć ich w paski antyprzepuklinowe i okleić całych rozgrzewającymi plastrami. Grając jeszcze rok – dwa starymi, choćby i najlepszymi, z przeproszeniem, repami, blokujemy rozwój tych, którzy muszą ich zastąpić. Zatem pozostajemy praktycznie w punkcie, w którym znajdujemy się dziś.

Pozostaje zatem skupienie się na rozwiązaniu drugim, to jest stworzeniu szkieletu zespołu z zawodników młodych lub relatywnie młodych (relatywnie młodym jest dla mnie na przykład Michał Winiarski, może i młody wiekiem, ale przedwcześnie postarzały przez kontuzje) i wzmacnianiu go, w miarę potrzeb i możliwości, najlepszymi dawnymi gwardzistami, aby osiągnąć jednocześnie dwa cele: utrzymanie stosunkowo wysokiego poziomu sportowego przy jednoczesnym twardym, bo w boju, kształceniu następców. Myślę, że takie rozwiązanie jest możliwe, i akceptowalne również dla kibiców, którzy może zechcą łaskawie zrozumieć, że w fazie przebudowy zespołu nie możemy lać Brazylii, która lała nas równo także za czasów naszej świetności.

I uważam, że do przyszłorocznych mistrzostw świata nie można również krzyżować Castellaniego. Stoi przed zadaniem niesłychanie trudnym, znacznie trudniejszym niż jego poprzednik, który jednak w pewnym stopniu przyszedł na gotowe, to jest objął kadrę przygotowywaną już od dłuższego czasu przez swoich poprzedników, nadając jej tylko ostateczny sznyt. Jeżeli po każdej kolejnej porażce (a one, nie oszukujmy się, będą) będziemy skakać selekcjonerowi i zawodnikom do gardła, to nieuchronnie wpadniemy w wir kolejnych zmian trenerów, cudownych rozwiązań, doraźnych powołań, słowem – będziemy mieli chaos. A stąd prosta droga do tego, aby polska srebrna szóstka, a za nią cała dyscyplina, podzieliła los węgierskiej złotej jedenastki. Co byłoby ostatnią rzeczą, jakiej bym sobie życzył.

P.S: Pozostaje problem inny: gdzie są owe rzesze następców, o których tak często i chętnie mówił prezes P., nadmieniając nawet o kilku sztukach na każdej pozycji. O to zapytam pana prezesa za tydzień.

Napisz do autora: andrzej.karbownik@siatka.org

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
Po bloku

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2009-07-16

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2016 Strefa Siatkówki All rights reserved