Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > inne > Po bloku: Nie znoszę zgody narodowej

Po bloku: Nie znoszę zgody narodowej

Andrzej Karbownik
fot. archiwum

Jezu, jak ja nie znoszę czegoś, co się nazywa ogólnie zgodą narodową. Kiedy wszyscy ze sobą się zgadzają to, ogólnie rzecz biorąc, można dostać szału. Z nudów. A najgorsze jest, kiedy są po temu powody. Zjawisko takie ma właśnie ostatnio miejsce w polskiej siatkówce.

Decyzja Castellaniego o desygnowaniu do gry w światówce młodych zawodników została ogólnie zaakceptowana, nikt po porażkach z Brazylią nie żądał głów trenera i zawodników, wszyscy są umiarkowanie zadowoleni z meczów z Wenezuelą, wszyscy oczekują, że prawdziwym sprawdzianem będą mecze z Finlandią, no, dramat po prostu. Nikt nie kwestionuje, nie kontestuje, nie protestuje, nie piętnuje – sam miód i mamałyga. Felietonista taki jak ja, który, wedle opinii niektórych, żeruje jak sęp na emocjach i kontrowersjach, właściwie powinien umierać. Powinien zaś umierać tym bardziej, że generalnie wszyscy zgadzający się ze sobą mają rację.

Bo naprawdę decyzja nowego coacha reprezentacji była decyzją mądrą, a i odważną. Odwaga polegała na tym, że ryzyko nie uzyskania należytego wyniku sportowego (to jest awansu do finału LŚ) było ogromne, a w chwili obecnej wiadomo już na sto procent, że bez dzikiej karty do finału nie awansujemy. Oznacza to, w przypadku nie przyznania nam takowej karty, pozbawienie dużej części kibiców (zwłaszcza tej części, której wszystkie dłonie klaszczą) ulubionej letniej rozrywki, a tym samym narażenie się na jej gniew, który często znajduje posłuch u członków szacownego PZPS. Mądrość zaś polega na tym, że wreszcie będzie można przeciąć mity o różnych dotychczasowych niepowodzeniach, spowodowanych przemęczeniem naszych czołowych reprezentantów, zmuszanych do grania przez nieludzkich selekcjonerów. Starzy odpoczną, wrócą do gry świeżutcy jak młody szczypiorek i dopiero wtedy pokażą, co potrafią. Młodzi zaś mogą się ogrywać w meczach z przeciwnikami z różnych półek, co naprawdę pozwoli wyrobić sobie jasny sąd co do ich rzeczywistych umiejętności oraz możliwości ich wykorzystania. I powiem szanownym czytelnikom na ucho, prosząc o zachowanie ścisłej tajemnicy przed zainteresowanymi: można na razie być naprawdę zadowolonym z ich postawy. Nawet w spotkaniach z Brazylią nie zauważyłem, aby któryś z nich, mówiąc wprost i po męsku, miał pełne portki strachu. Oglądając wszystkie spotkania powiedziałbym nawet, że gołowąsi grali momentami odważniej niż ich utytułowani koledzy w pamiętnym finale decydującym o mistrzostwie świata.

Prawdą jest też, że bardzo ważnym sprawdzianem dla naszej kadry (celowo mówię „ naszej kadry", a dlaczego, wyjaśnię potem) będą spotkania z Finami, przeciwnikiem trudnym, grającym uporządkowaną, dojrzałą siatkówkę, dysponującym ponadto kilkoma naprawdę interesującymi zawodnikami. I, według mnie, właśnie mecze z Finlandią winny być dla selekcjonera podstawą do podjęcia brzemiennej w skutkach decyzji: czy obecnie grający zawodnicy mają być tylko tłem i uzupełnieniem dla leczących schorzałe kości weteranów? Czy też ma być zgoła odwrotnie, czyli weterani mają być naturalnym wzmocnieniem i uzupełnieniem grającej obecnie młodzieży? Oto jest pytanie, jak mawiał pewien niezdecydowany duński książę, zamieszkały czasowo w Elsynorze. Bo należy pamiętać, że w tym roku czekają nas dwie imprezy o ciężarze poważniejszym, niż Liga Światowa: eliminacje do MŚ oraz mistrzostwa Europy.



Gdyby decyzja zależała ode mnie, to, w przypadku poradzenia sobie z reprezentacją Finlandii, zdecydowałbym się na wariant drugi. Czyli pozostawienie jako kadry (otóż właśnie) większości zawodników grających obecnie, przy założeniu wzmocnienia ich reprezentantami z dotychczasowego „żelaznego" składu. Przy czym włącznie reprezentantami, którzy akurat nie mają kłopotów zdrowotnych albo nie są przemęczeni trudnym sezonem oraz wyrażają chęć gry w reprezentacji. Myślę, że pozwoliłoby to na spokojny awans do przyszłorocznych mistrzostw świata oraz przyzwoity występ na mistrzostwach Europy. Jednocześnie byłby już przygotowany kościec zespołu (bez zwapnień i uszkodzeń) który w założeniu miałby osiągnąć najwyższy laur na londyńskiej olimpiadzie. Przestalibyśmy sobie również zadawać ciągle pytania w rodzaju: czy się wyleczy, czy będzie chciał, czy go puszczą w klubie? Nawet okresowy spadek poziomu sportowego jest godziwą ceną za tak kuszącą wizję. Niestety, decyzje nie leżą w moich rękach. Podejrzewam zatem, że pod presją ewentualnych porażek znowu zobaczymy na parkietach mistrzostw Europy starych znajomych z Piotrem Gruszką na czele a Grzegorzem Szymańskim na tyłach. Oczywiście, takie rozwiązanie jest również w pełni akceptowalne, tym bardziej że poziom sportowy reprezentowany przez nieobecnych w Lidze Światowej graczy jest wysoki, a doświadczenie nieporównywalnie większe. Ale… jakoś osobiście wolałbym bardziej ryzykowny wariant. Może dlatego, że czuję przez skórę, że ci młodzi coś w życiu osiągną? A może dlatego, że ich gra coraz bardziej mi się podoba? A może dlatego, że, podobnie jak u Kubańczyków, widać u nich radość gry, a nie przykry, wykonywany z musu obowiązek? Trudno powiedzieć. Ale ja bym na nich postawił.

Bo choć panuje absolutna zgoda narodowa co do tego, że nasza reprezentacja musi być najlepsza na świecie (dołączając tym samym do najlepszych na świecie kibiców, co do czego panuje również absolutna zgoda narodowa), do osiągnięcia owej najlepszości prowadzą różne drogi. Prezentuję zatem swoją wizję takiej drogi, licząc na to, że przynajmniej w tej mierze nie będzie powszechnej zgody narodowej. Której, jak mówiłem, nie znoszę.

Napisz do autora : andrzej.karbownik@siatka.org

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
inne, Po bloku

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2009-07-09

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2016 Strefa Siatkówki All rights reserved