Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > I liga kobiet > Iwona Kuskowska: Kiwki to taka moja „tajna broń”

Iwona Kuskowska: Kiwki to taka moja „tajna broń”

Wisła Kraków
fot. archiwum

W zakończonym sezonie Iwona Kuskowska nie miała zbyt wielu szans na pokazanie swoich umiejętności. Kiedy już pojawia się na boisku nie potrafi sobie odmówić zdobywania punktów. W akademickich rozgrywkach zdarza się jej grać na ataku i piasku.

Na Akademii Górniczo-Hutniczej dziewczyna nie jest częstym widokiem. Ciebie można na niej zobaczyć…

Studiuję Metalurgię na Wydziale Odlewnictwa. Na początku myślałam, że będzie gorzej, ale teraz spodobało mi się. W przyszłości będę mogła np. otworzyć firmę która będzie odlewała pomniki (śmiech). To naprawdę bardzo ciekawe. Na pierwszym roku nie ma wielu zajęć związanych z tym zawodem – jest tak jakby „przesiew". Później dopiero się okaże jak jest naprawdę. A z dziewczynami nie jest tak źle. Na roku mam chyba piętnaście.

Wiele zawodniczek wybiera studia związane ze sportem. Dlaczego ty się na nie zdecydowałaś?



Nie chciałam cały czas być w tym samym środowisku. Chciałam coś zmienić. Jestem umysłem ścisłym, dlatego łatwiej przychodzi mi nauka matematyki, biologii czy chemii, niż jakieś humanistyczne kierunki.

Dla wielu studentów pierwsza sesja długo pozostaje koszmarem, który śni się po nocach. Ty miałaś jeszcze trudniej bo kiedy była sesja, sezon trwał w najlepsze.

Było ciężko, ale jak widać – udało się to pogodzić. Na szczęście, nie miałam bardzo „napakowanego" planu zajęć, więc mogłam to jakoś pogodzić. Niestety, czasem zdarzało się, że musiałam sobie „odpuścić" jakieś zajęcia, żeby móc iść na trening.

Już na pierwszym roku udało ci się dojść z reprezentacją uczelni do czwartego miejsca akademickich mistrzostw Polski. Jak oceniasz tę imprezę?

Bardzo mi się podobała, a w szczególności jej klimat. Dla mnie to były ważne mistrzostwa, nie tylko dlatego, że pierwszy raz na takich byłam, ale też dlatego, że musiałam się pokazać z jak najlepszej strony na pozycji, na której zazwyczaj nie gram. W przeszłości zdarzało mi się już grać na ataku, ale to wynikało raczej z takiej potrzeby. Ostatnio „siedziałam" cały czas na rozegraniu i wydaje mi się, że jakoś to się udało.

Czyli w przyszłości będziemy mieć szansę zobaczyć cię na tej pozycji?

No nie wiem, to zależy od trenera (śmiech), ale bardzo fajnie grało mi się na tej pozycji. Lepiej na niej widać efekty. To wykończenie akcji jest najefektowniejsze.

Brałaś udział w międzywydziałowej lidze uczelnianej?

Nie, niestety nie. Na moim wydziale jest mało dziewczyn i trudno byłoby zebrać drużynę. Jest jeszcze Iwona Poprawa, która gra w AZS, ale we dwójkę nie zrobimy drużyny.

Żałujesz, że urodziłaś się rok za wcześniej? Gdybyś była rok młodsza, twój dorobek medalowy byłby zapewne większy – taki, jak twoich koleżanek.

Patrząc pod kątem wyników, to żałuję. Miałyśmy szansę z moim rocznikiem zdobyć medale, ale jakoś to nie wyszło. Gdyby nam się udało, mogłabym powiedzieć, że jest dobrze.

Medali zdobyć się nie udało, ale zawsze byłyście bardzo blisko. Dlaczego ani raz nie udało wam się przekroczyć tej granicy?

Zawsze czegoś brakowało. Albo byłyśmy kontuzjowane, albo wracałyśmy po ciężkich kontuzjach, albo sił brakowało. Pomimo to, bardzo miło wspominam te lata.

Czy masz jakieś wspomnienia, które później będziesz opowiadać wnukom „Wiecie, kiedy babcia była młoda…"?

O, mnóstwo jest takich rzeczy. Z dziewczynami potrafiłyśmy na takich zawodach łączyć zabawę z graniem. A takich rzeczy do opowiadania? Nie jestem w stanie ich wszystkich wymienić bo jest tego mnóstwo (śmiech).

Zanim jednak zaczęłaś występować w meczach, musiałaś najpierw pierwszy raz przyjść na trening. Jak na niego trafiłaś?

Jeszcze zanim zaczęłam trenować, chodziłam do taty do pracy, na zajęcia w hali. Zawsze graliśmy tam w tenisa, siatkówkę, albo chodziliśmy na siłownię. I tak jakoś wyszło. Na pierwszy trening poszłam z koleżankami z klasy. Z tej grupy naborowej zostało nas bardzo mało. Ja sama miałam rezygnować bo nie podobała mi się ta systematyczność – nie mam na nic czasu, nawet na naukę czy znajomych. Ale jednak zostałam.

Dlaczego?

Rodzice mnie namówili i bardzo im za to dziękuję. Gdyby tego nie zrobili, straciłabym wiele wspaniałych chwil i nie poznałabym tylu wspaniałych ludzi.

I, jak mawia trener Kędryna, nie wprowadziłabyś go do II ligi w sezonie 2006/07.

(śmiech) Pamiętam ten sezon bardzo dobrze. Niejedna zawodniczka marzy o takim. Co najważniejsze – byłam na boisku bardzo pewna siebie, wszystko mi wychodziło i nikt tej pewności nie mógł mi zabrać. Kolejny sezon nie był już jednak tak dobry. Złapałam kontuzję i trudno było się odnaleźć.

W ostatnim sezonie wielu okazji do pokazania swoich umiejętności raczej nie miałaś.

No, nie miałam, ale jeśli już wchodziłam na boisko starałam się „zrobić dobra robotę". Nie zawsze to mi się udawało.

Udają ci się za to bardzo często kiwki. Podobno jesteś od nich specjalistką.

Hehe, mam nawet ksywkę „kiwcia". Nadała mi ją chyba Ania Przybyło. Fajnie, że istnieje powód, dla którego mnie tak nazwano… Kiwki to taka moja „tajna broń" na przeciwnika.

Czyli jednak „ciągnie cię" do zdobywania punktów?

Oj ciągnie, ciągnie. Czasem jestem aż za bardzo samolubna na boisku i za dużo kiwam. Niestety, przeciwnik zaczyna się „łapać", kiedy kiwam już dziesiąty raz z rzędu.

W „podeszłym" wieku poznałaś uroki siatkówki plażowej.

Wcześniej już zdarzyło mi się grać. Doszłam wtedy do półfinału mistrzostw Polski, ale to było w kategorii juniorek, albo i nawet kadetek. Niestety, nie mogłam pojechać na ten turniej. Bardzo tego żałowałam, bo można było coś ugrać. Teraz do tego wróciłam i muszę przyznać, że to bardzo fajna przygoda.

Twoja partnerka z rozgrywek akademickich, Ola Filip, ma dużo większe doświadczenie na plaży. Jak to się stało, że zaczęłyście razem grać?

Trenerka z AZS AGH zgłosiła nas do rozgrywek. Powiedziała nam, że musi zgłosić trzy pary do ligi akademickiej. Stwierdziłyśmy więc z Olą, że może coś pogramy i jakoś tak wyszło. Za dużo razem nie trenowałyśmy i nie miałyśmy okazji się zgrać. Po prostu, grałyśmy spontanicznie.

I chyba całkiem dobrze wam się grało, bo i efekty widać – awansowałyście do turnieju finałowego mistrzostw Polski szkół wyższych.

Bardzo fajnie! To jest tak, że jak się coś planuje, to nigdy nie wychodzi. A na spontanie – to widać.

Zamierzasz w te wakacje jeszcze pograć „na spontanie"?

Kto wie, może w przyszłym roku pogram sobie jeszcze, ale na te wakacje nie mam żadnych planów związanych z plażówką.

Czyli w wakacje odpoczynek od siatkówki?

Dokładnie.

Masz już jej dość?

To był ciężki sezon. Może nie tyle fizycznie, co psychicznie. Teraz chciałabym odpocząć, nabrać sił na kolejny.

W drużynie sporo było licealistek. „Pani studentce" bliżej było do nich, czy do pozostałych studentek?

Zdecydowanie, trzymałam się z tymi młodszymi. Więcej mnie łączyło z tymi dziewczynami. Wiele z nimi przeżyłam, lepiej się z nimi porozumiewałam. Ze starszymi jednak też nie było źle.

Kto w takim razie trzymał drużynę „w garści"?

Ja i Pestka (smiech)

Mieszanka wybuchowa. ..

Oj, tak. Zawsze z Pestka dawałyśmy czadu. Potrafiłyśmy się śmiać z byle czego. To było naprawdę piękne.

W ankiecie porównałaś siebie do króliczka. Dlaczego?

Po prostu odczuwałam potrzebę opisania króliczka (śmiech). Ale nie identyfikuje się z króliczkiem.

Napisałaś także, że króliczek ma łapki, które pozwalają mu szybko uciekać. Ty też tak uciekasz?

Jeśli wchodzę na obcy teren, to wolę ostrożnie. Gdy się „wdrożę" w towarzystwo, to jest już lepiej.

Szybko zrobiłaś prawo jazdy. Dużo jeździsz?

Jeżdżę sporo po Krakowie, bo mam taką potrzebę. Mam samochód i korzystam z niego, póki go nie rozbiję (śmiech). Ale żeby nie było – zaznaczam, że staram się jeździć ostrożnie, czasami zdarza mi się jeździć szybko, ale tylko wtedy kiedy jest to możliwe, czyli kiedy nie sprawiam zagrożenia innym. Trzeba być ostrożnym i uważnym na drodze, a jeśli się samemu nie będzie stwarzało zagrożenia, to nie powinno się nic złego stać.

Na majowy turniej do Lublina pojechałyście z Olą samochodem. Jak wspominasz tę wycieczkę z punktu widzenia dosyć „świeżego" kierowcy?

O ile do samego Lublina było OK, to później, kiedy miałyśmy już trafić nad jezioro Piaseczno, była masakra. Przez półtorej godziny krążyłyśmy wokół jeziora i nie mogłyśmy trafić w miejsce, gdzie są te domki. Ale było bardzo fajnie i śmiesznie. Na szczęście, przyjazd do Lublina zaplanowałyśmy dzień przed rozpoczęciem turnieju, więc nie było problemu ze zdążeniem na mecze…

* Rozmawiała Marzena Czernek

źródło: inf. własna, siatkowka.tswisla.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
I liga kobiet, II liga kobiet

Tagi przypisane do artykułu:
, , , ,

Więcej artykułów z dnia :
2009-07-07

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2016 Strefa Siatkówki All rights reserved