Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > europejskie puchary > Jacek Nawrocki: Jesteśmy przyzwyczajeni do presji

Jacek Nawrocki: Jesteśmy przyzwyczajeni do presji

Jacek Nawrocki
fot. archiwum

- Trenerzy muszą korzystać z pomocy statystyków czy fizjologów, bo oni lepiej się znają na swojej pracy. Wcześniej byliśmy wszystkimi: statystykami, fizjologami i psychologami. Obecnie pierwszy trener ma wszystko koordynować - mówi szkoleniowiec Skry.

Jarosław Bińczyk: Wiele osób związanych z siatkówką twierdzi, że najsłabszą stroną Skry będzie w przyszłym sezonie nowy trener. Niedoświadczony, pierwszy raz prowadzący drużynę w ekstraklasie.

Jacek Nawrocki : – (śmiech) Każdy z naszych przeciwników będzie szukał jakiegokolwiek słabego punktu w naszym zespole. Ale jestem przekonany, że największą siła Skry jest drużyna. Ja nie postrzegam siebie jako kogoś, kto ma kierować zawodnikami z zewnątrz, wręcz przeciwnie, jestem w środku drużyny. Wierzę w naszą współpracę.

Przejmuje Pan drużynę, która pięć razy z rzędu była mistrzem Polski, a czterokrotnie zdobyła Puchar Polski. To naprawdę duże wyzwanie, bo trudno osiągnąć coś więcej, za to stracić można wiele…



Mnie jako trenerowi Skry nie będzie przysługiwał margines błędu. Zdaję sobie sprawę, że nasze zwycięstwa będą czymś naturalnym, zaś porażki będą powodem do krytyki. Najważniejsze, żebyśmy potrafili radzić sobie z oczekiwaniami i presją. W poprzednim sezonie po przegranym spotkaniu w Frierdrichshafen uświadomiliśmy sobie, że gramy po to, by nie przegrać. Gdy poukładaliśmy to sobie pod względem mentalnym, od razu widać było poprawę w naszej grze. Teraz musimy pamiętać o tym od początku. Ważne, by zwycięstwo dawało nam wielką satysfakcję. Wrócę jeszcze do presji, dotychczas graliśmy pod bardzo dużą, ale teraz będzie ona jeszcze większa.

Dlaczego?

Bo mało kto doceni, że przeciwnicy się wzmocnili, liga jest silniejsza, a liczba zespołów pretendujących do medali zwiększy się. Zasada "bij mistrza" będzie jeszcze zwielokrotniona.

Mówi Pan, że jest w środku drużyny, z większością zawodników jest Pan niemal na koleżeńskiej stopie. Nie obawia się Pan braku autorytetu? Może już ma Pan plan?

Nie wiem, jak to będzie. Kiedy jednak myślę o swojej pracy, to uważam, że nie jestem trenerem tylko dla samego bycia nim. Stanowisko w ogóle mnie nie obchodzi, nie szczycę się nim, mało tego, nie cenię trenerów, którzy budują swój autorytet na bazie pozycji, jaką zajmują. Będę się starał przekonać chłopaków pracą i pokazać im, że nie unikam odpowiedzialności.

Od dawna mówiło się, że Jacek Nawrocki jest naturalnym kandydatem na trenera Skry. Kiedy okazało się, że Daniel Castellani odchodzi, miał Pan chwile wahania?

Od wielu lat jestem związany ze Skrą, najpierw jako zawodnik, później jako drugi trener. Zawsze starałem się brać odpowiedzialność za wynik. Często słyszałem od chłopaków, że nie jestem zwykłym drugim trenerem stojącym z boku, ale kimś z zespołu. To mi na pewno pomoże. Kilka razy mówiło się, że jestem kandydatem na pierwszego trenera. Raz bardzo chciałem nim zostać, innym razem nie byłem zainteresowany. To życie napisało scenariusz. Nie zastanawiam się, czy to dobry moment na przejęcie drużyny, czy nie. Chcę się z tym zmierzyć.

Na pewno zastanawia się Pan, czy łatwiej trenerowi budować nowy zespół, czy przejmować już gotowy?

Zdecydowanie łatwiej budować. Człowiek ma większą satysfakcję z obserwowania postępu. U nas trzeba poziom utrzymać. To jest trudne w reprezentacji przez miesiąc czy dwa. A nas czeka jeszcze cięższe zadanie, bo nikt nam nie wybaczy porażek. Nie wykręcimy się tłumaczeniem, że inni są dużo mocniejsi. Zespół był budowany pod oczekiwania Castellaniego, on był głównym reżyserem. Teraz nie mogę nic zmienić, bo 90 proc. drużyny ma ważne kontrakty. Cieszę się jednak z tego, postaram się swoją osobą wnieść świeżość do tego zespołu.

Po przyjściu Castellaniego do Skry widać było zmianę sposobu grania. Styl był bardziej zbliżony do włoskiego.

Zmiana nie była spowodowana tylko przyjściem nowego trenera. Zresztą dla mnie Castellani nie reprezentuje szkoły włoskiej. Oczywiście pochodzi z niej wiele elementów, m.in. przygotowanie taktyczne. Ale on jest trenerem, który wypracował swoją, bardzo dobrą szkołę. Będzie to procentowało w reprezentacji. U nas zmieniło się to w tym sezonie. Ale w innych polskich drużynach też coś się dzieje. W Jastrzębiu pracuje Roberto Santilli, w Resovii Ljubomir Travica, a wcześniej był jeszcze Igor Prelożny. Zmieniły także sposób grania zespoły prowadzone przez trenerów Sucha i Wspaniałego. Teraz trendy w siatkówce bardzo szybko przychodzą i odchodzą, więc i naszym trenerom nie są obce nowinki wywodzące się z Włoch, Francji czy USA. Najważniejsze jest otworzenie się na nie, przyjęcie tego, co dobre. Zagraniczni szkoleniowcy potrafili korzystać z wiedzy naszych fachowców. Nauczmy się to robić! Jeżeli chodzi o sposób grania, to dobry jest każdy, który jest skuteczny.

Nie ma drugiej polskiej drużyny, która tak wielką wagę przywiązuje do statystyk. Castellani chodził w czasie meczu ze słuchawkami w uszach służącymi do komunikowania się ze statystykiem.

Jeden trener porozumiewa się za pomocą gestów, inny – kartek. Są rzeczy, które musieliśmy w Polsce zmienić. Pierwszą były statystyki, drugą – przygotowanie fizyczne. Trenerzy muszą korzystać z pomocy statystyków czy fizjologów, bo oni lepiej się znają na swojej pracy. Wcześniej byliśmy wszystkimi: statystykami, fizjologami i psychologami. Obecnie pierwszy trener ma wszystko koordynować. To nie jest żadna ujma dla nas, że wprowadzamy kolejnych ludzi do pracy z drużyną. Polska siatkówka musi się na takie rzeczy otworzyć. Myślę, że w ciągu dwóch lat wszystkie kluby będą tak pracować. To jest przede wszystkim skuteczne.

Trenerowi Castellaniemu zarzucano nierówne traktowanie zawodników. Na przykład stawiał na Miguela Falascę, nawet kiedy grał słabo.

Skłamałbym, gdybym stwierdził, że zaczynamy wszystko od zera. Wiem, na co stać tych zawodników, wiem, że każdy może wiele poprawić i zrobić postępy. Nie zgodzę się z tym, że Castellani nierówno traktował zawodników. Mamy ludzi bardzo ambitnych, a ich ambicja przeradza się czasami w egoizm. Oni wręcz żądają grania. To jest właśnie największy pozytyw naszej drużyny. Moim zadaniem, bardzo trudnym, jest wykorzystanie tego z korzyścią dla zespołu. Cieszę się, że mam siatkarzy, którzy nie godzą się z rolami zastępców czy rezerwowych.

Czy Skra to wciąż Mariusz Wlazły? Tak mówi się w Polsce.

Dużo rzeczy mówi się o Skrze, żeby obniżyć naszą zespołowość. Jak choćby to, że o naszych sukcesach decydują pieniądze. My powtarzamy sobie, że jesteśmy grupą, nie tylko trenerzy i zawodnicy, ale cały klub. Jeśli chodzi o Mariusza, to pracuje się z nim znakomicie. To bardzo twardy człowiek, któremu woda sodowa nie uderzyła do głowy. On jest postrzegany jako największa gwiazda ze względu na pozycję, na której występuje. Bo kończy większość ataków. Tak samo jest jednak we wszystkich drużynach. Podczas Final Four największymi gwiazdami byli Nilsson z Iraklisu, Omrcen z Maceraty, Schops z Iskry czy Visotto z Trento. Wygrała drużyna, która do nich dołożyła coś więcej w ataku. W Trento byli jeszcze Kazijski i Winiarski. Iraklis był drugi, bowiem Nilssona wsparł Białorusin Achrem. Próbujemy tak samo robić w Skrze. W poprzednim sezonie często się to udawało, bo dobre momenty mieli Murek, Bąkiewicz, Antiga czy Kurek. Wcześniej udział Mariusza Wlazłego w sukcesach był znacznie większy. To był naprawdę krok do przodu, który nasz zespół zrobił przed innymi.

Kto wpadł na pomysł sprowadzenia Jakuba Novotnego?

W poprzednim sezonie Kuba Jarosz pokazał wielki potencjał. Przy Wlazłym ciężko byłoby mu się rozwijać. Dlatego uważałem, ze powinien pójść do innego klubu, gdzie będzie grał pierwsze skrzypce. Jestem przekonany, że wkrótce będziemy mieć kolejnego bardzo dobrego atakującego. W Skrze mogło to się nie udać. Z tego powodu zaczęliśmy szukać doświadczonego atakującego. Taki jest Jakub Novotny.

Podobnie jest z Bartoszem Kurkiem, który jednak zostaje w Skrze?

W minionym sezonie w czasie meczu łatwiej było przeprowadzić jedną zmianę, niż wpuszczać jednocześnie Kubę Jarosza i Bartka Kurka.W kilku spotkaniach to się udało, a w kilku było zbyt ryzykowne. Jednak przyszłość przed nimi. Kurek cały czas się rozwija, pracuje nad poprawą przyjęcia zagrywki. Liczę, że w nowym sezonie będziemy mieli z niego duży pożytek.

Czego brakuje Skrze do zrealizowania głównego celu – sukcesu w Lidze Mistrzów? Kiedy o waszej drużynie będzie można powiedzieć, że jest faworytem tych rozgrywek, tak jak Włosi czy Rosjanie?

Wobec Skry są olbrzymie oczekiwania, bo wygrywa wszystko w Polsce. Brakuje nam pokory i analizy składów rywali, zwłaszcza włoskich, rosyjskich czy greckich. Tak naprawdę mieliśmy dwie szanse pokazania się w Europie. Pierwszą, gdy organizowaliśmy Final Four i nie zawiedliśmy. W zeszłym roku niewiele zabrakło, żeby być w czwórce. Gdy porównamy składy na papierze, to na pewno nie mamy przewagi. Iraklis Saloniki, Rosjanie czy Trento są bardzo mocne. Brakuje nam też cierpliwości. To te wszystkie zespoły od kilku lat przebijają się do strefy medalowej, tak jak Skra w naszej lidze. Gdy będziemy cierpliwi, to ten sukces nadejdzie. Tak było z Friedrichshafen czy Iraklisem. Niestety, w Lidze Mistrzów jeden słaby mecz przekreśla wszystko. Tak załatwiliśmy sobie sprawę w poprzedniej edycji. Na cztery spotkania z rosyjskimi zespołami w fazie pucharowej jeden zagraliśmy źle – z Iskrą. Niestety, to on zadecydował o odpadnięciu.

Czy ogromne oczekiwania i presja przeszkadzają Skrze w odniesieniu sukcesu w Lidze Mistrzów?

Jesteśmy przyzwyczajeni do presji.

 

Rozmawiał Jarosław Bińczyk – Gazeta Wyborcza

Cały wywiad na stronach gazeta.pl

 

źródło: Gazeta Wyborcza

nadesłał:

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2016 Strefa Siatkówki All rights reserved