Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > inne > Jaqueline Carvalho i Murilo Endres – ogień i woda

Jaqueline Carvalho i Murilo Endres – ogień i woda

Brazylia
fot. archiwum

Ona: szalona, radosna, zawsze uśmiechnięta, dusza towarzystwa. On: spokojny, stonowany, wręcz skromny. Od dziesięciu lat razem, jednak niemal zawsze w dużej odległości od siebie. Są doskonałym przykładem przeciwieństw, które się przyciągają.

Jesteście najsłynniejszą siatkarską parą?

Murilo Endres: Kto? My?

Jaqueline Carvalho: Nie. Może ze względu na wspólny staż nie ma wielu takich par w naszym środowisku. Nie myśleliśmy nigdy o tym… Są jeszcze Giba i Cristina Pirv, Grun i Hubner… Kilka podobnych by się znalazło.



Jak się poznaliście?

Murilo Endres: W 1999 roku przyjechałem do Sao Paulo i dołączyłem do zespołu Banespa. To miał być mój pierwszy rok. W tym samym czasie Jaqueline przyjechała grać w Finansie. Ja byłem w Sao Paulo, a Jaqueline w Osasco, które są praktycznie połączone. Poznaliśmy się, gdy z kolegami wybrałem się na mecz dziewczyn… chyba juniorek. Jaqueline miała wtedy piętnaście lat. Poszedłem tam razem z kolegami z drużyny i w tradycyjny sposób chcieliśmy poznać kilka dziewczyn i wziąć numery telefonów. Ja dostałem numer „Jaq” od jej koleżanki. Tego dnia nie mieliśmy okazji rozmawiać ze sobą. Minęły trzy miesiące, w czasie których kilka razy dzwoniliśmy do siebie, ale jakoś nie było możliwości się zobaczyć.

Jaqueline Carvalho: Tak naprawdę po raz pierwszy spotkaliśmy się w dyskotece. Ja grałam w juniorkach, Murillo trenował już z pierwszym zespołem. Koleżanka, która dała mu mój numer telefonu za wszelką cenę chciała nas ze sobą poznać. Mówiła: „On jest miły i ładny, a na dodatek za Tobą szaleje”. Tego wieczoru wszystko się zaczęło.

Co sobie pomyślałaś, gdy w końcu zobaczyłaś Murillo po raz pierwszy?

J.C.: Że jest brzydki! (śmiech). Oczywiście żartuję. Przyjechałam do Sao Paulo jako bardzo młoda dziewczyna. Daleko od domu i rodziny. Moja mam powtarzała, że nie mogę być teraz z żadnym chłopakiem, że jestem jeszcze za młoda, muszę myśleć o nauce i grze przede wszystkim. My jednak czuliśmy się dobrze razem. Po jakimś czasie odważyłam się powiedzieć mamie, że jesteśmy razem, a po trzech latach znajomości zamieszkaliśmy razem.

M.E.: Początek tej historii był bardzo ciężki i męczący. Mieszkaliśmy praktycznie na dwóch końcach miasta, które jest ogromne. Ja nie miałem samochodu, a telefony komórkowe nie były jeszcze tak popularne. Żeby się spotkać, wsiadaliśmy do autobusu lub pociągu i spotykaliśmy się w centrum handlowym pośrodku drogi. Spędzaliśmy razem dwie, trzy godziny, na przykład idąc do kina, i potem każdy wracał w swoim kierunku. Tak było codziennie po treningu. Od siódmej wieczorem, do dziewiątej trzydzieści, kiedy zamykano centrum handlowe. Tak minął rok. Później spotykaliśmy się jeszcze na wspólnych obozach reprezentacji juniorów.

Mijacie się w biegu już dziesięć lat. Myślicie o tym, by wziąć ślub?

M.E.: Mijają już trzy albo cztery lata od czasu, gdy podjęliśmy decyzję o ślubie, ale niestety, każdego roku ze względu na brak czasu jest coraz trudniej. Tym razem jednak postanowiliśmy, że jak tylko w maju wrócimy do Brazylii…

J.C.: ...wtedy zorganizujemy coś bardzo szybkiego. Niestety, nie będzie czasu na ślub kościelny, ale do tego na pewno jeszcze kiedyś wrócimy. Dla mnie, jak dla każdej kobiety, jest ważne mieć to wszystko, co powinna mieć panna młoda. Myślę tu o ślubie w kościele, białej sukni i zabawie po ceremonii. To jest moje marzenie, które niestety, obecnie jest trudne do spełnienia.

Niemal cały rok występujecie na różnych parkietach. Najpierw klub, potem reprezentacja. Gdy wracacie do domu, tam też siatkówka jest tematem przewodnim?

J.C.: Nie. Zawsze staramy się znaleźć inne tematy, dużo rozmawiamy, ale nie o siatkówce. Kiedy pracujemy, to pracujemy. W domu próbujemy od tego odpocząć. Oczywiście, gdy Murillo zobaczy mój trening, to potem stara się przekazać mi swoje spostrzeżenia…

M.E.: …zawsze łatwiej zrozumieją się dwie osoby wykonujące ten sam zawód. Jaqueline zna mnie bardzo dobrze. Wie, że jak wrócę do domu po przegranej 0:3, to nie mam zamiaru robić wielu rzeczy. Muszę być sam i w spokoju wszystko przetrawić. Jej jako zawodniczce jest to łatwiej zrozumieć. I to nam pomaga. O siatkówce nie rozmawiamy dużo, bo… czasami kończy się to kłótnią.

J.C.: To, że gramy na jednej pozycji, też od czasu do czasu jest plusem. Murillo nie mówi mi, że muszę coś robić tak czy inaczej ale czasami sugeruje, że może mogłabym spróbować w inny sposób.

Zazwyczaj gracie w miastach bardzo oddalonych od siebie, a w reprezentacji widujecie się tylko przelotem. Czasami w ciągu roku widzicie się zaledwie kilkanaście dni. Jak sobie z tym radzicie?

M.E.: To jest dla nas największy problem. W pierwszym roku, gdy ja przyjechałem do Włoch, by grać w Vibo Valentia, Jaqueline została w Brazylii. Widzieliśmy się w Boże Narodzenie i potem dopiero w maju. Tak więc raz w ciągu dziewięciu miesięcy. To był trudny rok, ale niestety, byliśmy zmuszeni podjąć taką decyzję. Ja chciałem przyjechać do Włoch, Jaqueline jeszcze nie była na to gotowa. Później Jaq trafiała do Jesi, a następnie do Murci. Niby bliżej, a jednak ze względu na Ligę Mistrzyń i podróże w czasie tygodnia, widzieliśmy się trzy, cztery razy w roku.

J.C.: To nie jest miłe doświadczenie dla dwóch osób, które się kochają. Jesteś poza domem, poza swoim krajem i w dodatku daleko od swojej drugiej połowy. Ja miałam odrobinę lepiej, bo w pobliżu była Fofao, Walewska i inne koleżanki, jednak gdy wracałam do domu, nie miałam nikogo, z kim mogłabym porozmawiać. Teraz jest mi to łatwiej zrozumieć. Jesteśmy profesjonalistami, wiemy, że to nasza praca. Mimo wszystko myślę, że kobiecie jest trudniej przetrwać ten okres rozłąki.

M.E.: Najtrudniejsze momenty dla mnie to te, gdy wiem, że Jaqueline jest sama i czasami ma problemy zdrowotne, zespól nie gra dobrze lub pokłóciła się z trenerem. Wtedy potrzebuje kogoś, z kim może porozmawiać, po prostu z kimś pobyć. Ostatnie lata nauczyły nas jednak takiego życia. Ciągle żyjemy nadzieją, że w przyszłości będziemy bliżej i robimy w tym celu wszystko, co możliwe.

To wasz pierwszy wspólny rok we Włoszech. Dlaczego wybraliście właśnie Italię?

J.C.: W moim przypadku przede wszystkim dlatego, że chciałam być jak najbliżej Murillo. Pierwszy rok, gdy trafiłam do Jesi, był dla mnie trudny, ponieważ nie mówiłam po włosku i dlatego mój kontakt z innymi koleżankami był mocno ograniczony. Jestem dziewczyną, która lubi rozmawiać, żartować i być w towarzystwie. Wtedy byłam ciągle sama. Jako liga, Serie A, obok brazylijskiej jest zdecydowanie najlepsza na świecie. Tu skoncentrowane są najlepsze zawodniczki, które znam z rozgrywek reprezentacyjnych. We Włoszech zdobywa się przede wszystkim doświadczenie.

M.E.: Z kolei moim marzeniem od zawsze było przyjechać do Włoch. W 2005 roku pojawiłem się w Italii, bo wiedziałem, że nie ma lepszej ligi, w której mogę się rozwinąć. Ustaliliśmy, że wybadam teren i jeżeli nie będzie trudno się przystosować, w następnym roku przyjedzie także Jaqueline. Teraz już jesteśmy bardziej przyzwyczajeni. Tu nie jest, jak w Brazylii, panuje ciągła zima… (śmiech). Ważne, że jesteśmy razem.

W takim razie, gdy przychodzi do podpisywania nowych kontraktów, kierujecie się także tym, żeby być jak najbliżej siebie?

M.E.: Staramy się właśnie tak robić. To oczywiście nie odbywa się w ten sposób, że jeżeli Jaqueline podpisze gdzieś kontrakt na dwa lata, ja odrzucę wszystkie propozycje na przykład z Rosji. Musimy przemyśleć w tym przypadku wiele czynników i wspólnie zdecydować, co dla nas lepsze. Mieliśmy już taki przypadek, że ja podpisałem dwuletni kontrakt w Modenie, nie mogłem odejść, a w tym czasie Jaqueline otrzymała propozycję z Murcii, której nie mogła odrzucić. Zaryzykowaliśmy, ale już w drugim roku ona wróciła jak najbliżej mnie, do Pesaro. W tym roku obojgu nam kończą się umowy i będziemy próbowali pozostać blisko siebie. Nasz wspólny menedżer ma za zadanie, jeżeli to tylko możliwe, szukać dla nas klubów w jak najmniejszej odległości jeden od drugiego.

Oboje jesteście jeszcze bardzo młodzi. Myślicie sobie od czasu do czasu, jak będzie wyglądało wasze życie w przyszłości?

J.C.: Ja żyję momentem. Wszystko, co się dzieje dookoła, podporządkowuję pracy.

M.E.: Przez ostatnie lata nauczyliśmy się, że nie można nic planować, bo nic nie jest pewne. Rok po roku, staramy się znajdować czas na rzeczy ważne, tak jak teraz ślub, a potem pomyślimy o założeniu rodziny. Na to jednak musimy jeszcze trochę poczekać. Niedawno kupiliśmy nasze pierwsze wspólne mieszkanie i jesteśmy z tego powodu bardzo szczęśliwi.

Będąc w Brazylii, widziałem w jaki sposób reagują na was ludzie na ulicy. W swoim kraju jesteście bardzo rozpoznawalni. Jaqueline przed meczem musiał odprowadzać do hali kordon policjantów… Nie przeszkadza wam to w codziennym życiu?

M.E.: Nie jesteśmy aż tak znani, żeby nie móc pójść do supermarketu na zakupy, więc wszystko jest w porządku (śmiech). Zupełnie inaczej jest w hali, kiedy gramy w reprezentacji, a na trybunach jest dziesięć, dwanaście tysięcy kibiców. To prawda, jesteśmy rozpoznawalni, ale nie jesteśmy gwiazdami.

J.C.: Poza tym w Brazylii liczy się przede wszystkim piłka nożna. Na ulicy często podchodzą do nas ludzie, ale to w nich czuć lekkie zakłopotanie. Ważne, żebyśmy nie ubierali się w stroje narodowe (śmiech).

Jaqueline ze względu na swoją urodę ma wielu fanów w gronie mężczyzn, Murillo kibicują przede wszystkim kobiety… Jesteście o siebie zazdrośni?

M.E.: Dopóki w tym wszystkim jest respekt dla człowieka i dla sportowca, wtedy nie ma żadnego problemu. Myślę, że kobiety przychodzą zobaczyć przede wszystkim Murillo jako zawodnika i Jaqueline jako zawodniczkę. O reszcie lepiej nie myśleć (śmiech).

J.C.: Oczywiście są pewne limity. Gdy kibice przychodzą i chcą autograf, to jest normalne, gdy chcą buziaka, to jest już małe nadużycie. Czasami zdarzają się wyznania miłości czy oferty matrymonialne, ale myślę, że kibice także mają respekt do nas, jako pary.

Oboje stanowicie o sile swoich reprezentacji. Dlaczego, waszym zdaniem, Brazylia, zarówno ta męska, jak i ta żeńska nie ma sobie równych na świecie?

M.E.: Moim zdaniem, Brazylia ma większy potencjał ludzki. Dużo osób trenuje siatkówkę. Mamy wysoką, zdolną młodzież, kompetentnych trenerów i związek, który ciągle dąży do propagowania naszego sportu. Niedawno oddano do użytku centrum sportowe, które przeznaczone jest tylko i wyłącznie do przygotowań wszystkich roczników reprezentacji siatkarskich, zarówno męskich, jak i żeńskich. Myślę, że to obecnie najlepsze miejsce do treningów na świecie. Naszą filozofią jest trenować więcej i ciężej od innych.

J.C.: My chcemy trenować i lubimy trenować. Każdego dnia od samego rana. Próbujemy robić wszystko, co tylko możliwe, żeby zwyciężać, by podziękować wszystkim za to, co dla nas robią. Nasza reprezentacja w trakcie tych czterech lat, kiedy ja w niej jestem, nie wygrała tak naprawdę rzeczy na których naprawdę nam zależało, jak na przykład mistrzostwa świata czy puchar świata. Wszyscy mówili, że jesteśmy mocne, dochodzimy zawsze do finału i na końcu przegrywamy. Na ostatnich igrzyskach olimpijskich udowodniliśmy wszystkim, że jesteśmy w stanie zwyciężać. U mężczyzn zawsze było odwrotnie. Oni wygrywali wszystko, czego się dotknęli. O nas zawsze w Brazylii mówiło się źle.

M.E.: Od czasu, kiedy w 2002 roku męska Brazylia zdobyła mistrzostwo świata, w 2004 roku wygrała igrzyska i 2006 roku powtórnie mistrzostwa świata, wszyscy chcieli przede wszystkim pokonać Brazylię. Musisz też przyznać, że trochę zmieniliśmy światową siatkówkę. Pokazaliśmy wszystkim, że można grać szybciej, lepiej technicznie bez popełniania dużej ilości błędów. Od 2003 roku mieliśmy podwójną presję i do 2007 roku mimo tej presji byliśmy w stanie zwyciężać. Każdego roku, by utrzymać miano niepokonanych, musieliśmy trenować więcej albo wstawać wcześniej rano. Siódma, siódma trzydzieści byliśmy już w hali treningowej. Naszą filozofią było to, że jesteśmy najlepsi, ale żeby tak pozostało, musimy pracować jakbyśmy byli drudzy, tak by ci, którzy chcą nas pokonać, musieli robić jeszcze więcej.

Na co dzień macie możliwość współpracowania z jednymi z najlepszych trenerów w historii tego sportu. Ze Roberto i Bernando Rezende to wielkie postaci, które w swoim życiu wygrały niemal wszystko, co jest do zdobycia. Opowiedzcie o nich…

M.E.: Bernardo to człowiek, który żyje tylko siatkówką i ma bardzo silny charakter. Zawsze chce robić wszystko na sto procent i zawsze więcej od innych. Dąży do tego, by zbudować jedność grupy na zasadzie rodziny. Podczas treningów jest spokojny i zrelaksowany, a na meczach ogarnia go jakieś niesamowite szaleństwo. W domu nie robi nic innego, jak ogląda wideo innych zespołów. Nigdy się nie męczy i pragnie chłonąć coraz więcej informacji. Dla mnie to człowiek godny zaufania, który powoduje, że staję się coraz lepszy.

J.C.: Ze Roberto, jako trener, wygrał już wszystko, zarówno z mężczyznami, jak i z kobietami. Niemal od początku nasze drogi się krzyżują i zawdzięczam mu bardzo wiele. To człowiek, który wprowadza do otoczenia potrzebny spokój. Ma do nas ogromny respekt i to jest jeden z powodów, dla którego jesteśmy w stanie spędzać ten czas razem i coś razem tworzyć.

Wielokrotnie mieliście okazję grać przeciwko polskim reprezentacjom albo polskim zawodnikom. Co sądzicie o polskiej siatkówce?

J.C.: Z polskich zawodniczek miałam okazję grać razem z Gosią Glinką i teraz z Kasią Skowrońską, które uważam, za wspaniałe osoby i doskonałe siatkarki. Polską siatkówkę uważam natomiast za bardzo ważną na arenie międzynarodowej. Zawsze, kiedy gramy przeciwko waszemu krajowi, Ze Roberto ma pewne obawy. Wysokie, technicznie dobre zawodniczki, tworzące grupę, która w przyszłości może jeszcze mocno się rozwinąć.

M.E.: Ja mam wiele miłych wspomnień związanych z Polską, przede wszystkim wygraną Ligę Światową w Katowicach. Wasi kibice stworzyli wtedy piękny spektakl, mocno przypominali nam naszych kibiców, dlatego czuliśmy się niemal, jak w domu. Polska przynosi mi szczęście, bo zawsze tam wygrywam (śmiech). Wasza reprezentacja od kilku lat tworzy silną grupę, która jest mieszanką techniki i siły. Winiarski i Świderski to dwóch zawodników, dla których mam wielki szacunek. Bardzo podobną charakterystykę do naszej, brazylijskiej, miał Murek. Myślę, że tym chłopakom brakuje do nas tylko jednego małego kroku. Oni są w stanie to osiągnąć.

Na koniec chciałbym zapytać, czym jest dla was siatkówka?

J.C.: Dla mnie siatkówka znaczy wiele, bo to dzięki niej mam okazję poznać innych ludzi, inne kraje, inne języki i wielu wspaniałych ludzi. Ten sport spowodował, że rozwinęłam się nie tylko jako sportowiec, ale także jako człowiek.

M.E.: Dla mnie siatkówka jest wszystkim. Od zawsze, kiedy pamiętam, grałem w siatkówkę i kiedy mój brat wyjechał z domu, by profesjonalnie zająć się tym sportem, postanowiłem, że pójdę jego drogą. Później dzięki siatkówce poznałem Jaqueline, dostałem się do reprezentacji, co było moim marzeniem i miałem okazję uczestniczyć w wielu wspaniałych momentach. Jako ludzie jesteśmy bardzo szczęśliwi, bo robimy to, co kochamy, a dodatkowo jest to naszą pracą. Możemy tylko za to wszystko, co mamy, dziękować Bogu.

Rozmawiał Jakub Dolata

 

źródło: Magazyn Siatkówka

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
inne

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2009-06-15

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2016 Strefa Siatkówki All rights reserved