Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > II liga kobiet > Anna Przybyło – wywiad na pożegnanie

Anna Przybyło – wywiad na pożegnanie

Wisła Kraków
fot. archiwum

Miła i spokojna dziewczyna, która swoją boiskową postawę charakteryzuje słowami: zadziorna, ruchliwa, nadpobudliwa. Anna Przybyło w lecie wyjeżdża na stałe z kraju. Podczas towarzyskich meczów z zespołem węgierskim odbyło się pożegnanie.

Marzena Czernek: To właściwie wywiad na pożegnanie: sezonu, Wisły, Krakowa, Polski.

Anna Przybyło: Wyjeżdżam na stałe do Chorwacji, do Zagrzebia. Biorę ślub i mam nadzieję, że życie mi się tam ułoży. Chciałabym też tam grać, ale zobaczymy, czy moje plany się powiodą.

Rozmawiasz już z jakimś klubem stamtąd?



Na razie mam zamiar szukać czegoś niedaleko Zagrzebia. W Chorwacji poziom pierwszej ligi zbliżony jest do poziomu naszej pierwszej ligi, więc mam nadzieję, że uda mi się coś znaleźć.

Twój przyszły mąż jest Chorwatem?

Tak.

Jak się poznaliście?

Trzy lata temu pojechałam do Sopotu na wakacje z Agnieszką Setą i moją przyjaciółką, Ulą. On jest piłkarzem ręcznym i był tam na mistrzostwach świata uniwersytetów. Spotkaliśmy się wieczorem w „Copacabanie” i tak już zostało…

Ciężko musiało być przez ten okres, kiedy przeważnie żyliście osobno.

Oj, tak. Pewnie wiele osób w to wątpiło. Z jednej strony się uśmiechali, a z drugiej myśleli: „tak, tak, to na pewno nie wypali; zakochała się, ale jej przejdzie”. A ja od początku wiedziałam, że to będzie mój mąż.

A czy on o tym wiedział?

– (śmiech) Tak, bo powiedzieliśmy sobie o tym już pierwszej nocy, że jesteśmy sobie przeznaczeni i to jest to.

Dlaczego więc czekaliście aż trzy lata?

Ponieważ studiowałam tutaj. W zasadzie nadal studiuję, bo została mi jeszcze obrona pracy magisterskiej. Czekaliśmy aż skończę studia.

Ze względu na odległość pewnie trudno wam było się widywać?

Tak, ale to nie był aż tak duży problem. Do Zagrzebia jest tak samo daleko jak na drugi koniec Polski, więc to nie jest tak źle.

Przy tak dużej odległości można wykorzystać weekendy na spotkania, ale w waszym przypadku to raczej było niemożliwe, prawda?

Dokładnie, ja grałam w weekendy, a trzeba pamiętać, że on też jest sportowcem, więc trenuje i gra. Ale, jak widać, można to jakoś pogodzić.

Dlaczego to ty przenosisz się do Chorwacji, a nie on do Polski? Przecież Polska to ładny kraj.

Zgadza się. W moich żyłach zawsze będzie płynęła polska krew, ale tak się złożyło, że on tam ma pracę, gra. Mamy tam już swoje mieszkanie, więc to mnie łatwiej będzie się tam przenieść niż jemu tutaj.

Będziesz taką Matką-Polką, która ugotuje obiadek, itp.?

Matką-Polką? Nie, nie, ależ skąd. Mój narzeczony jest wspaniałym człowiekiem i nigdy nie próbowałby mnie sprowadzić do takiej roli. Nie jestem też sfeminizowana i uważam, że te zadania, które należą do kobiety, są jej zadaniami. Przez tyle czasu jesteśmy razem i choć to związek na odległość, to zdarzało nam się razem mieszkać choćby dwa miesiące i żyło nam się wspaniale. Nie przewiduję więc problemów.

A ty sama – nie chciałabyś zacząć spokojniejszego życia? Bez codziennych treningów, ciągłych wyjazdów? Do tego dochodziłyby treningi w obcym kraju, w obcym środowisku.

Skąd! To jeszcze lepiej, bo to większa adrenalina! Jestem bardzo aktywną osobą i ciągłe siedzenie w domu prawdopodobnie doprowadziłoby mnie do depresji, więc jak najszybciej praca albo trening… A w wolnym czasie gotowanie obiadów.

Kiedyś jednak trzeba będzie zakończyć karierę. Zastanawiałaś się co wtedy? Może trenowanie dzieci?

Nie, nie, zupełnie nie nadawałabym się do tego. Nie mam do tego cierpliwości, bo zawsze mi się wydaje, że one już to powinny umieć. Nie nadaję się na trenera. Chciałabym znaleźć jakąś pracę, najlepiej powiązaną z Polską. W Zagrzebiu są tego typu firmy, więc tam będę próbowała swoich sił.

Będzie żal zostawiać Wisłę i całe „polskie” życie?

Jasne! Mam tu wielu przyjaciół. To wspaniali ludzie, a te starsze dziewczyny są dla mnie w zasadzie jak rodzina.

Czy zapamiętasz coś szczególnie z pobytu w Wiśle?

Poprzednie dwa lata. To był wspaniały okres. Bardzo dużo i ciężko trenowałyśmy, ale to przynosiło efekty. W trakcie tych dwóch sezonów dostałam to, czego spodziewałam się po sporcie. Oczywiście, moje ambicje są większe, bo chciałam grać, a było różnie. Widocznie było mi tak pisane, ale cieszę się z tego, że mogłam w tym uczestniczyć.

A pamiętasz jeszcze początki?

Zawsze chciałam grać. Od małego odbijałam piłkę przez trzepak, czy o kant bloku – wszystko kręciło się wokół siatkówki. Mój dziadek bardzo chciał, żebym grała i proponował nawet, że zawiezie mnie na trening, ale w tym wieku człowiek się jeszcze wstydzi… Później jednak koleżanki zaczęły chodzić na treningi, więc ja razem z nimi. Koleżanki skończyły już przygodę z siatkówką, a moja wciąż trwa i to już czternaście lat.

Jak na siatkarkę, nie masz zbyt imponujących warunków fizycznych.

Strasznie nad tym ubolewam. Zawsze chciałam być atakującą, to było moje największe marzenie, a znalazłam się na libero. Na początku trochę się złościłam, ale później gra na tej pozycji zaczęła przynosić efekty.

Ale grałaś także na środku…

Tak, tak, to były czasy! Nawet podczas mistrzostwach Polski występowałam na środku. Pewnie moje koleżanki będą się śmiały, czytając to, ale to było super! Zawsze grałam na ataku. Na boisku jestem takim zadziornym, ruchliwym, a czasem nawet nadpobudliwym zawodnikiem. Dlatego atak jak najbardziej mi odpowiadał. Wtedy 170 centymetrów wystarczało, ale w wyższej lidze już nie. Wszyscy wokół mnie zaczęli rosnąć, a ja stałam.

Kiedy zaczęłaś występować na pozycji libero?

Jakieś sześć lat temu trenerka Musiał mnie przesunęła na tę pozycję. Na początku się złościłam, ale później już się przyzwyczaiłam.

Trochę to niewdzięczna rola.

Ale teraz już mi się podoba, można się w niej wykazać. Bardzo satysfakcjonuje mnie obrona. Libero to niezwykle odpowiedzialna pozycja. Od przyjęcia wszystko się zaczyna, ale po obronie drużyna ma szansę na kontratak i często to właśnie obrona jest bardziej efektowna niż atak.

Po maturze miałaś rok przerwy w grze. Dlaczego?

Drużyna rezerw się rozsypała, nie awansowałyśmy do drugiej ligi. Moje koleżanki wzięli do pierwszoligowej drużyny, a mnie nie, bo już była w tym zespole libero. Któregoś dnia zadzwonił do mnie trener Kędryna i powiedział, że muszę iść na trening pierwszej ligi, bo ówczesna libero, Monika Targosz, miała kontuzję. Tak się zaczęło i już zostałam.

Jesteś bardzo ambitna, zadziorna, a jednak przyszło ci pełnić rolę rezerwowej. Bardzo było to frustrujące?

Oj, bardzo. Monika to bardzo dobra libero, a do tego jest niezwykle pracowita i czasami podglądałam jej grę. Bardzo się starałam i w ubiegłym sezonie dostałam swoją szansę. Na ile mogłam, na tyle ją wykorzystałam. W tym sezonie znowu zostałam posadzona na ławce i nie ukrywam, że dla osoby ambitnej taka sytuacja jest dołująca.

Zwłaszcza, że „wygryzła” cię nastolatka.

To nie miało znaczenia. Z Moniką miałam bardzo dobry kontakt i byłyśmy dobrymi koleżankami. Oczywiście – była rywalizacja, ale bardzo lubię Monikę i później już nie patrzyłyśmy na to w ten sposób – to była zdrowa, sportowa konkurencja. Naszym celem był awans i w tych najważniejszych chwilach zapominało się zupełnie o rywalizacji. Izy już tak dobrze nie znam, ale to sympatyczna dziewczyna, która bardzo dobrze gra. Mnie przyszło siedzieć na ławce i było to trochę deprymujące, ale cóż – taki był wybór trenera.

No i wchodziłaś na boisko, kiedy drużynie zupełnie nie szło, albo – tak jak podczas meczu barażowego dwa lata temu – kiedy Monika doznała kontuzji czasie gry. To chyba trudne zadanie?

Zawsze tak miałam, że w tych najcięższych chwilach, np. w tie-breaku, słyszałam „Anka, zmiana!”. Już się do tego przyzwyczaiłam. Z jednej strony to był strach, ale z drugiej – byłam pewna siebie i cieszyłam się, że trenerzy mi ufają, bo to znak, że wierzą we mnie.

W tym sezonie też dostałaś swoją szansę w dość trudnym momencie, kiedy ważyły się wasze losy w lidze. To był dodatkowy stres?

Bardzo się cieszyłam, że dostałam swoją szansę. Tym bardziej, że trener postawił na mnie w tak ciężkim momencie. Oczywiście stresowałam się, bo nie grałam przez cały sezon, a wyszłam w meczach o taką stawkę, ale dałam z siebie wszystko co mogłam.

Z waszej grupy dość sporo siatkarek się wybiło. Magda Piątek grała w LSK, a ty, Gosia Sikora czy Karolina Surma spisujecie się całkiem nieźle w I lidze. Jako juniorki nie zapowiadałyście się na tak dobre siatkarki. Dlaczego?

Chcieć znaczy móc, a my zawsze bardzo chciałyśmy grać. Marzyłam o tym, żeby występować w I lidze i kiedy już dostałam swoją szansę, robiłam wszystko, co mogłam. Zresztą podobnie jak one – to bardzo pracowite osoby i po prostu dałyśmy z siebie wszystko, kiedy dostałyśmy taką szansę.

W tym sezonie sporo tych szans dostały młode zawodniczki.

W zasadzie, to nie one weszły do naszej drużyny, ale to my – do ich. Dlatego było tak ciężko. Różnimy się wiekiem, pewnie też i sposobem myślenia. My wchodziłyśmy do Wisły po kolei, zawsze były dużo starsze koleżanki, był ten szacunek, chociaż nie mogę powiedzieć, że tego u nas zabrakło. Ale kiedy ja wchodziłam do drużyny pierwszoligowej był ten respekt przed bardziej doświadczonymi koleżankami. Tutaj to one były większością i to przejście do pierwszej ligi nie było dla nich taką wielką zmianą, chyba nie czuły tego. Owszem, zdarzało się, że się złościłyśmy, to był ciężki sezon. Trzeba jednak powiedzieć, że dziewczyny mają potencjał i warunki do tego, żeby grać. A czy to wykorzystają? To się okaże.

Co było gorszym doświadczeniem ostatnich lat: dwukrotna przegrana w walce o awans czy spadek?

Nigdy nie zapomnę tej pierwszej niewykorzystanej szansy na awans. Całą drużyną przeżywałyśmy to tak, jakby zawaliło się nam całe życie. Nie umiem tego opisać. Tydzień po meczu chciałyśmy być wszystkie razem, żeby jakoś rozłożyć ten żal, bo bardzo pracowałyśmy na ten awans. Wiele potu i wysiłku nas to kosztowało. Ten spadek jest równie bolesny dla nas, które tutaj trenowałyśmy tyle lat. To ból dla wszystkich, którzy uczestniczyli w tym, żeby ta pierwsza liga była w Krakowie.

Wielu kibiców zadaje sobie pytanie, jak to się stało, że nie wywalczyłyście wcześniej awansu.

Sama do tej pory nie wiem i nie potrafię tego wyjaśnić, dlaczego w pierwszym sezonie nam się to nie udało. W kolejnym – Gwardia Wrocław była od nas po prostu lepsza.

Trudno było o motywację przed ostatnim sezonem? Od początku było wiadomo, że cele będą zupełnie inne.

Muszę przyznać, że na początku, kiedy zobaczyłam jak nasze młode koleżanki się starają, podobało mi się to. Po pierwszych meczach, kiedy była z nami jeszcze Paula, pomyślałam „Rany, my naprawdę możemy zająć to 5. miejsce, jeśli się postaramy”. Obudziła się wtedy taka nadzieja. Ale czy pojawiłaby się, czy nie, dla mnie nie robiłoby to większej różnicy, bo nie potrafię wejść na boisko i nie walczyć. Nie ma znaczenia, czy to jest trening, czy gramy dla żartów, czy jest to mecz ligowy. Dlatego wiedziałam, że będę walczyć, tak czy tak. Może gdyby nie kontuzja Pauli, później Żocho i kolejne urazy, byłoby inaczej. Ale trudno gdybać gdy już spadłyśmy…

* Z zawodniczką rozmawiała Marzena Czernek

źródło: inf. własna, siatkowka.tswisla.pl

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
II liga kobiet, inne

Więcej artykułów z dnia :
2009-06-10

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2016 Strefa Siatkówki All rights reserved