Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > inne > Bez presji w oczekiwaniu na sukces…

Bez presji w oczekiwaniu na sukces…

Strefa Siatkówki
fot. archiwum

Każda dyscyplina sportu jest inna. Każda ma w sobie coś wyjątkowego, co przyciąga kibiców. Każda wreszcie ma mistrzowskie imprezy, przed którymi pompuje się przysłowiowy balonik. Ale czasami ten balonik pęka jak mydlana bańka...

Zbliża się wielka sportowa impreza. Czekamy na nią z niecierpliwością. Odliczamy dni do rozpoczęcia. Oczekujemy niezapomnianych wrażeń i nieprzeniknionej głębi szczęścia. Rozmawiamy z bliskimi. Spekulujemy. Zastanawiamy się, co może się wydarzyć. Szukamy wszelkich plusów przemawiających akurat za naszymi reprezentantami. Przywołujemy wydarzenia, które już miały miejsce, szukając odniesienia w historii i potwierdzenia dla naszych słów. Wmawiamy sobie, że to my jesteśmy najlepsi, dobrze przygotowani i zasługujący na zwycięstwo. Z dnia na dzień nakręcamy się coraz bardziej. Adrenalina wzrasta. Wszystko aż tętni. W powietrzu czuć zapach rywalizacji. Emocji, co nie miara. I wreszcie nadchodzi ten dzień. Rusza ta ‘wielka sportowa impreza’. Napompowany do granic możliwości balon z nadziejami na sukces nagle pęka z hukiem, a nam pozostaje jęk zawodu, łzy i gorycz porażki… i po co było się tak nakręcać? Cóż. Taka jest już mentalność Polaków i polskich kibiców…

 

Przykładów na niespełnione nadzieje i zawiedzione ambicje jest mnóstwo. Często musimy godzić się i przełknąć gorzką pigułkę przegranej. Zapomnieć o urażonej dumie i wrócić do rzeczywistości…



 

Czy tak nie było podczas pamiętnych mistrzostw Europy w 2008 roku, kiedy to po wywalczeniu historycznego awansu, reprezentacja piłkarzy pojechała na nie, by powalczyć o coś więcej niż tylko ‘odbębnienie’ fazy grupowej? Kibice zacierali ręce na pojedynki, które czekały Polaków. Z dumą mówili o tym, że jesteśmy w stanie pokonać Niemców. Że wreszcie wygramy i odegramy się za porażkę na Mundialu w 2006 roku. I co nam z tego przyszło? Polscy piłkarze przegrali mecz 2:0 po bramkach strzelonych notabene przez Polaka – Łukasza Podolskiego, i do tego po błędach naszych zawodników. Pierwsze rozczarowanie. Łzy. Ból. Zawód. Smutek. To obraz po tym spotkaniu. Potem przyszło to z Austrią. Mecz o wszystko. Strzelona przez Rogera bramka i szał radości. Krzyki, śpiewy, wiwaty – feta kibiców na trybunach. I nagle cisza. Rzut karny dla Austrii. Wykorzystany. Remis. I znowu jęk zawodu i wściekłości. Błąd sędziego, ale on się do tego nie przyzna. Polacy tracą szansę na wyjście z grupy. Mecz z Chorwacją już tylko dla formalności. Przegrany. Koniec udziału dla naszej reprezentacji w tak długo wyczekiwanej imprezie. I po co było tak pompować balonik? Żeby pękł z wielkim hukiem i pozostały tylko niemiłe wspomnienia?

 

To nie jedyny przykład. Można ich wyszukać co najmniej kilka. Mistrzostwa Europy. Tym razem jednak w piłce siatkowej. Szumne zapowiedzi. Nadzieje na wielki sukces. Na medal. Na zwycięstwa. Choć te były o wiele bardziej uzasadnione. Zdobycie wicemistrzostwa świata było motorem napędowym i powietrzem do pompowanego w szybkim tempie balonu. Ale nadszedł pierwszy szok. Absencja Mariusza Wlazłego z powodu kontuzji. Piotr Gruszka skręca kostkę. Dwa ważne ogniwa tej reprezentacji zostają w Polsce, a kadra leci do Moskwy. Nadchodzi pierwszy, tak długo wyczekiwany mecz. Ze spokojem siadamy przed telewizory. Przecież to tylko Belgia. Niespełna dwie godziny później stwierdzamy: to była aż Belgia. Porażka. Mentalność zwycięzców – kolejna cegiełka z tak mocnej budowli, jaką starał się stworzyć Raul Lozano, wypada. Ale trzeba grać dalej. Mecz z Turcją. Obraz wyniszczenia w pierwszym secie, później już tylko lepiej i pewne zwycięstwo. Odbudowujemy się! Nic bardziej mylnego. Przychodzi mecz z Rosją i srogie lanie. Wychodzimy z grupy na trzecim miejscu. Najgorszym z możliwych. Tylko teoretyczne szanse na awans do czwórki. Ale gdyby tak pokonać trzech kolejnych rywali? Nadzieja matką głupich. Szybko spadamy z dużej wysokości. Polacy przegrywają mecz z Finlandią. Koniec marzeń o medalu. Dwa kolejne mecze: z Bułgarią i Włochami przegrane po tie-breakach. Kadra wraca do kraju. Wyniszczona. Pogrążona. Słaba. Efekt – kompromitacja. Po raz kolejny spadliśmy z wysokiego konia. Zawiedzione nadzieje. Szukanie winnego. I znowu polscy kibice musieli przełknąć gorycz porażki, a siatkarze postarać się odbudować i wrócić do dobrej gry…

 

Bolało? Bardzo. I wszystkich. Dwa bardzo ważne dla nas sportowe wydarzenia. Dwie mistrzowskie imprezy w najpopularniejszych i uwielbianych przez kibiców dyscyplinach. Polegliśmy. Inni byli lepsi. Mocni. Za mocni. Tylko, co nam z tego? Szukanie winnych? – Oczywiście było. Ale ani Leo Beenhakker, ani Raul Lozano posady nie stracili, choć to ich obwiniano o te słabe (żeby nie powiedzieć beznadziejne) wyniki. Patrząc na to teraz, trudno ocenić, czy dobrze się stało, że obaj szkoleniowcy dalej pracowali z kadrą. Raul Lozano wygrał, co miał. Zakwalifikował się z drużyną na Igrzyska Olimpijskie. Przygotował zespół na tyle dobrze, że prezentował się, co najmniej przyzwoicie, bo przecież do ‘czwórki’ zabrakło niewiele. Dokończył też to, co miał dokończyć. Zakwalifikował się z drużyną do mistrzostw Europy. I choć styl, w jakim pożegnał się z reprezentacją pozostawia wiele do życzenia, to jednak swoje zrobił. A co z Leo Beenhakkerem? To już nie moja działka. Jak jest, wszyscy wiemy. Są kompromitujące porażki i spektakularne zwycięstwa (jak to z San Marino, wygrana 10:0). Ale wszyscy wiemy, że i jego era w Polsce kiedyś się skończy. Oby tylko wybrać odpowiedni moment…

 

Ale jaki jest cel tego wszystkiego? Dlaczego czekają nas rozczarowania? Niespełnione nadzieje? Może po prostu za wiele wymagamy? Chyba czas wreszcie przestać dmuchać balonik do granic jego wytrzymałości. Przestań nakręcać i przekonywać samych siebie, że jesteśmy w stanie ‘coś’ ugrać, bo przecież w końcu się w to uwierzy. Czy choć raz, my Polacy, nie możemy podejść do czegoś na luzie? Ze spokojem, bez zbędnych emocji, napinania się, presji, co do wyniku? Chyba powinniśmy. Chociaż teraz. Przed startem Ligi Światowej. Ci młodzi chłopcy, którzy w tym roku będą reprezentować nas podczas „światówki” potrzebują naszego wsparcia, a nie nadmiernej presji na to, co robią – na wynik. Przecież to ma być dla nich pole do zbierania doświadczeń, a nie starania się, by napompowany przez kibiców balonik z nadziejami na kolejne rekordy nieprzegranych spotkań, czy na kolejny już z rzędu awans do turnieju finałowego, nie pękł z hukiem. To na mistrzostwa Europy, które będą we wrześniu potrzebna będzie ta dodatkowa mobilizacja, ta presja na wynik, ale też nie za duża. Nie taka, by po pierwszej porażce balon pękł, ale taka, by ten balonik z każdym rozegranym spotkaniem (wygranym spotkaniem) mógł rosnąć…

 

Dajmy im grać. Dajmy im spokój i wsparcie, którego tak bardzo potrzebują. Bo czy nie lepiej jest cieszyć się z „niespodziewanego” sukcesu, niż godzić się z kolejnymi porażkami? Chyba lepiej. I choć wszyscy wiemy, że czas leczy rany i pewnie za parę lat zapomnimy o straconych szansach, to jednak po co narażać się na kolejne rozczarowania. Dajmy sobie i naszym reprezentantom złapać chwilę oddechu.

 

Tak więc, oby ten rok był inny niż poprzedni. By nasi siatkarze bez zbędnego nacisku i presji osiągnęli to, co mają osiągnąć i przynieśli nam tyle radości, ile choćby podczas mistrzostw świata w Japonii… a wtedy balonik nie pęknie z zawodu, a wybuchnie ze szczęścia…

źródło: inf. własna

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
inne

Tagi przypisane do artykułu:

Więcej artykułów z dnia :
2009-05-28

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2016 Strefa Siatkówki All rights reserved