Strefa Siatkówki – Mocny Serwis
Strona Główna > Aktualności > PlusLiga > Robert Strzałkowski – Kombajn z (naszą) klasą

Robert Strzałkowski – Kombajn z (naszą) klasą

Robert Strzałkowski
fot. archiwum

Miniony sezon PlusLigi był dla AZS Politechniki wyjątkowy. Pod wieloma względami, bo dobrych, i tych gorszych, momentów nie brakowało. Człowiek od czarnej roboty, Robert Strzałkowski, opowiada o sezonie spędzonym w stolicy.

Asystent pierwszego trenera, przez trzy tygodnie pierwszy trener, masażysta, statystyk – to role, w jakie wcielał się w ciągu roku Robert Strzałkowski. Został najmłodszym szkoleniowcem prowadzącym siatkarski zespół w najwyższej klasie rozgrywkowej. Popularny „Kombajn” ma 23 lata, pochodzi z Bełchatowa, studiuje w Poznaniu, a pracuje w klubie z Warszawy.

Jesteśmy już jakiś czas po zakończeniu sezonu. Jak go oceniasz?

Robert Strzałkowski: – Przed sezonem niemal każdy wieszał na nas psy, spisywał nas na straty i myślał, że będziemy pierwszą drużyną, która spadnie z ligi. Rzeczywistość okazała się zgoła inna, bo udało nam się mądrze skompletować bardzo fajny skład. Już na turnieju w Krośnie, gdzie w pierwszym meczu wygraliśmy z Jastrzębskim Węglem, pokazaliśmy, że potrafimy grać. To nam dodało wiatru w żagle i pokazało, że idziemy dobrą drogą i nie musimy się nikogo obawiać. Chyba od tego zwycięstwa wszystko się zaczęło. Później przyszło bardzo ważne zwycięstwo w Częstochowie, na bardzo gorącym terenie. Pierwsza część sezonu była w naszym wykonaniu bardzo dobra. Powiedziałbym wręcz, że jak na nasze możliwości, była rewelacyjna. Od samego początku mieliśmy pewne przejawy, że są problemy finansowe, ale nas to mało interesowało, bo graliśmy swoje. Pierwszą rundę skończyliśmy z dużym dorobkiem punktowym, na 6 miejscu. Utarliśmy nosa niektórym tzw. >>fachowcom<< i może nawet niektórym kibicom, którzy w nas mniej wierzyli.



Potem nadszedł ten dzień, kiedy trener Kowalczyk powiedział nam, że jest chory i musi odejść. To było praktycznie zaraz po meczu z Jastrzębskim Węglem (wygranym 3:1 – przyp. red.), który był chyba naszym najlepszym w tym sezonie. Po tym, jak gra się taki świetny mecz, trudno się pogodzić z taką myślą, że ktoś musi na jakiś czas odejść z drużyny. Ktoś, kto tak naprawdę jest Ojcem tej drużyny. To nam podcięło skrzydła…

Następnie sam miałem okazję, a w zasadzie byłem zmuszony, do prowadzenia drużyny, bo poszukiwania trenera na zastępstwo trochę trwały. Trener Ireneusz Mazur to naprawdę wybitny fachowiec i, wbrew temu co się o nim mówi czy pisze, jest też świetnym człowiekiem. Robił wszystko, żeby poskładać drużynę do kupy, bo – nie wiem, jak odbierali to kibice – dla nas było i nadal jest to dramatyczne przeżycie. Dla nas to wyjątkowo ciężkie, bo on zbudował tą drużynę, to on tutaj dał chłopakom szansę. Poczynając od Rafała Buszka, którego wypatrzył na Akademickich Mistrzostwach Polski, na Juriju Gladyrze kończąc – którego zakontraktowali w klubie w ostatniej chwili. Okazało się, że obaj zawodnicy ‚wypalili’. Rafał został powołany do kadry Polski, w sytuacji gdy jeszcze rok temu mało kto wiedział kim jest Buszek.

Sezon zasadniczy skończyliśmy na 7 miejscu, co myślę, że było niezłym wynikiem patrząc na to, co mogliśmy ugrać. Potem były te nieszczęsne play-offy i piłka meczowa w górze, w Kędzierzynie-Koźlu. Wydaje mi się, że jeżeli byśmy wygrali ten pierwszy mecz – nie mówię, że od razu przeszli ZAKSĘ – to mogłoby być troszeczkę lepiej niż faktycznie było.

W takim razie, czy miejsce 8 w perspektywie całego sezonu, nie tylko jego ostatniej części, jest rozczarowaniem?

Patrząc na nasz skład, budżet, problemy – nie tylko finansowe – to obiektywnie wynik jest bardzo dobry i nie musimy się tego wstydzić. Ale patrząc tylko na to, jak graliśmy i jakie mecze potrafiliśmy zagrać – w swoim imieniu mogę powiedzieć, że bardzo żałuję, iż nie zajęliśmy wyższego miejsca. W moim odczuciu zasłużyliśmy, by te wyższe miejsce zająć.

Wspomniałeś o problemach, a tych nie brakowało – oprócz choroby trenera Kowalczyka – były też kontuzję: Roberta Milczarka, choroba Radka Rybaka w ważnym momencie, na początku sezonu Bartka Neroja, który długo dochodził do siebie… Jako drużyna umacnialiście się poprzez te przejścia i można powiedzieć, że wychodzicie z nich jako zwycięzcy tego sezonu.

Na pewno wyszliśmy z tarczą, z całego, minionego już, sezonu. Możemy czuć satysfakcję, – nie z miejsca – ale z tego czego dokonaliśmy, przez pryzmat tych problemów. Wszyscy wykonali kawał dobrej roboty: i zawodnicy, i sztab trenerski, i prezesostwo. Myślę, że można być zadowolonym, chociaż zawsze pozostaje te uczucie niedosytu. Zawsze dąży się do tego by być najlepszym i nawet drugie miejsce może rozczarować, bo jednak stoi się za kimś. Teraz można tylko rozkładać ręce – było, minęło – a teraz zbliża się nowy sezon, zobaczymy jak będzie. Jak to mówią: alleluja i do przodu! (śmiech)

Miejmy nadzieję, że ten najbliższy sezon nie będzie oderwaniem od tej pracy, którą teraz wykonaliście i wykorzysta się to co było dobrego.

Wydaje się, że klub wreszcie poszedł dobrą drogą budowania drużyny. Po wcześniejszym sezonie doszli do odpowiednich wniosków, że należy postawić na młodzież. Trzeba dawać szansę młodszym zawodnikom, bo w Polsce jest takich wielu i są to bardzo dobrzy siatkarze. Czasem nie mogą się ogrywać tylko z tego powodu, że ich miejsce, de facto, zajmują obcokrajowcy. Tutaj udało nam się zebrać fajną paczkę i abstrahując od tego, że są świetnymi zawodnikami, są też przecudownymi ludźmi i mówię to z czystym sumieniem. Wsparcie czuliśmy z każdej strony, zaczynając od kibiców, bo ich wsparcie było rewelacyjne. Było ono też od osób, które znają się na siatkówce, ale stoją z boku, od trenerów, od działaczy, od dziennikarzy. Mogliśmy usłyszeć same pochwały w stosunku do naszej drużyny, że naprawdę robimy coś niesamowitego. Będziemy starali się iść tą samą drogą, bo sam pomysł na prowadzenie zespołu specjalnie się nie zmieni, ale zobaczymy co nam najbliższy czas przyniesie. Wiadomo, że nagle nie będziemy mieli kilku(nastu) milionów złotych budżetu. To jest odpowiednia droga, bo ciężko jest inwestować w zawodników, którzy są już u schyłku kariery i tak naprawdę, czasami brakuje im ambicji do grania. Nie chcę powiedzieć, że każdy starszy zawodnik jest zły, ale czasem tej ambicji, walki sportowej, zadziorności, zaciętości takim siatkarzom brakuje. Koniec kariery, osiągnęli co mieli osiągnąć, więc nie ma sensu w nich inwestować, a taki narybek, który przychodzi lubi pracować.

Nie mogę cię nie zapytać o szkoleniowców z którymi pracowałeś jako drugi trener w Politechnice. Czego by nie powiedzieć, to różnice między Krzysztofem Kowalczykiem i Ireneuszem Mazurem widać na pierwszy rzut oka. Jakie różnice w stylu pracy ty byś wskazał?

Trener Krzysztof Kowalczyk jest naprawdę przecudownym człowiekiem. Jednym z najwspanialszych ludzi, jakich w życiu spotkałem. O nim można się wypowiadać tylko w samych superlatywach, bo jest niesamowity. Ma świetne podejście do zespołu, bo tak jak Karol Kłos powiedział – jest przyjacielem, a nie tylko trenerem. I ojcem naszego sukcesu. Traktował nas wszystkich równymi sobie, to nie jest człowiek autokratyczny. Na pierwszym miejscu stawia dobrą atmosferę. Pokazuje jak coś należy wykonać, a nie patrzy tylko na egzekwowanie swoich pomysłów. Żałuję tylko, że takich Krzysztofów Kowalczyków jest mało w Polsce. Nie jest chyba tajemnicą, że w części drużyn brakuje czasami atmosfery, ale to co Krzysiek zrobił, to tylko ręce składają się do oklasków. Myślę, że nikt kto go zna, nie może powiedzieć o nim złego słowa. Świetny fachowiec, a wszystkich przeciwników miał rozpisanych w tzw. małym palcu, mało ludzi ma chyba taki bank informacji, nawet o zawodnikach Zimbabwe. (śmiech) Świetny facet i bardzo dobrze się z nim dogaduję.

Trener Mazur ma wielkie nazwisko w polskiej siatkówce i jest jednym z najbardziej utytułowanych w tej chwili szkoleniowców. Możliwe, że jednym z najlepszych w historii polskiego volleya. Ma zupełnie inne podejście do drużyny, bo jest bardziej wymagający i surowy, ale potrafi docenić wkład i to czy ktoś pracuje, stara się. Często nam powtarzał: to iż ma inny styl prowadzenia drużyny niż Kowalczyk, wynika z tego, że on chce nam pokazać, że na takiej fantazji, jaką czasami graliśmy w tym roku, daleko nie zajedziemy. Tutaj w 100% przyznaję mu rację i sądzę, że pokazał nam tę drogę. Mnie, jako młodemu chłopakowi, zaczynającemu i dopiero bawiącemu się w trenerkę, jego treningi pokazały jak należy robić i pracować. Jego sukcesy, w tym Mistrzostwo Świata z juniorami oraz mistrzostwa Polski ze Skrą, mówią same za siebie. Obaj są świetnymi fachowcami i tutaj żadne porównania nie będą odpowiednie. Są to dwie różne osobowości, dwa różne charaktery, aczkolwiek z oboma trenerami bardzo dobrze mi się pracowało. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz usiądziemy na ławce albo może po przeciwnych stronach. Bardzo sobie cenię to, że miałem okazję pracować i z trenerem Kowalczykiem, i z trenerem Mazurem. Jestem im bardzo wdzięczny za to, co mi przekazali i czego nauczyli.

W ostatnim wywiadzie z Jurkiem Gladyrem, Tomek Tadrała ze Strefy Siatkówki zapytał go o luz, który w czasie meczu, dawał drużynie Kowalczyk. Mógłbyś konkretniej wyjaśnić na czym to polegało, bo można to dwojako rozumieć.

Od początku sezonu było tak, że byliśmy drużyną nieznaną, przez rywali nie rozpisaną, bo tak naprawdę kto słyszał o Buszku, o Skórskim, o Kapelusu, o Gladyrze. To byli zawodnicy nieznani, nawet Neroj i Milczarek, choć szerzej znani, jednak prawie w ogóle nie grali albo mieli bardzo długie przerwy. Na początku sezonu bardzo dobrze wychodziła nam zagrywka i to był element, który mieliśmy jeden z najlepszych w lidze – o ile nie najlepszy! Krzysztof Kowalczyk powiedział: „Chłopaki, gramy na maksa i podejmujemy 100% ryzyka. Ustrzelicie 1 as, zepsujecie 50 zagrywek – biorę to na siebie.” Takie miał do tego podejście i w momencie, gdy ktoś idzie na zagrywkę – a przed nim 2-3 zawodników popsuło – to on wychodzi na luzie, że może zagrać asa, może popsuć. Trener brał to na siebie i taka jest prawda. Trener Mazur, z taktycznego punktu widzenia, ma rację, bo nie może być tak – co pokazały nasze ostatnie mecze – że kilku zawodników psuje zagrywki jeden po drugim albo nie kończymy piłek na pojedynczym bloku i uzbiera się duża liczba błędów. Wtedy można mieć pretensje i są one, jak najbardziej, uzasadnione. Uważam tylko, że można by to wszystko wypośrodkować i gdzieś znaleźć ten ‚złoty’ środek. Mamy bardzo młodą drużynę i wiadomo, że słowo trenera jest dla nich święte, a nie na każdego dobrze działa jak ktoś mu mówi: „słuchaj, tylko nie popsuj”. Od razu jest inne myślenie i na zagrywce wstrzymuje rękę, to już nie jest to samo. Gdzieś jest ‚złoty środek’ i do niego trzeba dążyć.

* rozmawiała Marysia Olbrycht (PrzegladLigowy.com)
* wywiad dzięki uprzejmości serwisu PrzegladLigowy.com

źródło: przegladligowy.com

nadesłał:

Więcej artykułów z kategorii :
PlusLiga

Tagi przypisane do artykułu:
, ,

Więcej artykułów z dnia :
2009-05-19

Jeśli zauważyłeś błąd w tekście zgłoś go naszej redakcji:

Copyrights 2015-2016 Strefa Siatkówki All rights reserved